ktak

Właściwie bez wiodącego tematu, takie tam pisanie co mi do głowy przyjdzie

Śniadanko 2

5 komentarzy

Dla wielu to najważniejszy posiłek w ciągu dnia. Dietetycy się na ten temat kłócą, ale zwykle to albo mleczko i płatki, czasem kawa i kanapka lub herbatka i kilka kanapek. Są jednak śniadania wyjątkowe, na przykład moje. Zaczyna się to śniadanie od pomiarów. Najpierw ciśnienie, pompowanie , powolne wypuszczanie powietrza i odczyt . Potem pomiar cukru. Igłą w palec , do przyrządu pomiarowego pasek i już wyciskam kropelkę krwi na pasek. Chwila oczekiwania i wynik, potem szybka kalkulacja i zastrzyk z insulinki. W brzuszek. Pierwszy tego dnia. Ktoś pomyśli teraz coś do jedzenia. Właśnie ,że nie. Teraz leki , najpierw te na nadciśnienie, potem cukrzycowe, potem leciutko moczopędne i na końcu zestaw probiotyczno-witaminowy z dodatkiem brakujących pierwiastków. Te ostatnie z polecenia małżonki. Jest tego niezła garstka i to trzeba łyknąć. Popijam herbatką i jakoś przechodzi przez gardło. Można przystąpić do konsumpcji. Kroję pomidorka , cienko w plasterki, doprawiam sola i pieprzem. Na talerzyk nakładam ulubiony biały serek, niezbyt dużo i też go doprawiam. Powoli zjadam go z połową porcji pomidora. Lubię te smaki i jakoś mi się nie nudzą. Druga część śniadanka to albo paróweczka z ketchupem, albo dwa plasterki żółtego sera z majonezem czy plasterki szynki z sosem Tao-Tao. Chlebka czy masła w zestawie nie ma. Po chlebie cukier skacze jak głupi, więc bye bye pieczywko. Nażarty jak dziki bawół wstaję od stołu, dopijam herbatkę i delektuję się kakao zrobionym przez Żonę. Czasem z łakomstwa opędzę jeszcze jakiś owoc. Wiem ,że to nienormalne tak jeść , ale pokazuję ,że i tak można. Najwięcej kalorii mam chyba od tabletek , dlatego z nich nie rezygnuję, ha, ha, ha.

Pożegnanie

Drodzy czytelnicy!
Dzisiaj muszę sie niestety z Wami pożegnać. Chciałem podziękowaać za przeczytanie i poświęcenie uwagi tym moim 962 wpisom. Mam nadzieje ,że nie uważacie tego czasu jaki im poświęciliście za stracony. Bardzo dziekuje za dużo sympatii w komentarzach. Czuję jakbym Was wszystkich znał osobiście ale niesstety muszę się teraz skupic na innch sprawach i nie bardzzo to sie da pogodzić z regularnym pisaniem. Może też troche brakuje mi weny. Być może ,że od czasu do czasu , nieregularnie coś jeszcze skrobnę ale nie obiecuję. Dzięki zatem za wspólnie spędzony czas i życzę Wam wszystkiego co najlepsze.

Absencja

Przepraszam za milczenie , ale doznałem ostrego ataku serca i jeszcze paru innych przypadłości  jakby obok. Naprawiono mnie na tyle ,że wczoraj wróciłem do domu. Mam jeszcze 21 sierpnia jeszcze jeden zabieg i wiele takich działalności dodatkowych. Myślę ,że do pisania wróce we wrześniu , bo brak sił  okrutny. Pozdrawiam i wybaczcie.

Bez siły

Dzisiaj nic nie napiszę , nie mam siły

Gacie

Gacie

Chodzi o gacie męskie. Z racji płci noszę takowe i chcąc nie chcąc coś w temacie rzuca mi się w oczy. Dawniej element gaci pod nazwą guma było proste. Zawinięty górny brzeżek , wciągnięta gumka i grało. To znaczy grało do czasu aż się gumka w praniu nie zwulkanizowała i wtedy nie trzymała. Naprawa gaci była prosta , agrafka , nowa gumka , minuta wciągania i gacie jak nowe. Teraz to się zmieniło. Patrzę po sklepach a tam gumki majtek , wykonane nowocześnie z napisami. Bardzo popularne napisy włoskie informujące ,że dana para jest przeznaczona dla chłopa. Przecież to tak łatwo pomylić ha, ha, ha. Inny trend to gacie markowe, na gumce Dolce Gabana czy coś równie ekskluzywnego. Pewnie chodzi o to by przykucając tyłem do partnerki jej oczom ukazał się napis świadczący o zamożności tego kto takie gacie ma. Ale poza pozorem zamożności na tyłku niewiele to o noszącym mówi. Lepszy bajer dałby napis „ Mam Porsche”. Wiele dam chętnie by się takim autem przejechało. Z tym ,że i BMW i inne też by działały na kobiety. Oczywiście nie wszystkie. Taka nowa ciekawa forma konwersacji.

Tak mi się chce

Tak mi się chce

Taka pora roku ,że się chce. A czego? Usiąść wieczorem przy prawdziwym ognisku i wpatrywać się jak płoną gałązki. Do tego coś chłodnego do picia i oczywiście coś do jedzenia. I w tej mierze lekko upadają obyczaje. Większość ludzi piecze w ognisku kiełbaski. To jest dobre i nie ma się co czepiać. Niektórzy nacinają te kiełbaski inni nie, niektórzy pieką kiełbaski do uzyskania prawie czarnego koloru, inni tego nie lubią. Dodatkowo ta grupa smakoszy piecze sobie kromki chleba. Do tego gdzieś na boczku pomidorek, dymka czy coś podobnego. Fajny obyczaj ale ja mam w pamięci jak w żar ogniska wrzucało się ziemniaczki i one tak siedziały aż do zwęglenia się skorupki. Smak nie do podrobienia, wystarczyło przełamać posolić i już można się było śmiać z innych , którzy takim ziemniaczkiem pobrudzili buźki. Ale szczytem ogniskowej perwersji było upieczenie w glinie jakiegoś ptaka, najczęściej kurki. Wystarczyło ją wypatroszyć, wymyć , do środka kostka masła i sól , a potem wszystko z piórami zalepić szczelnie gliną. I do żaru. Po jakichś dwóch godzinach spieczoną skorupę wyjmowało się z żaru, rozbijało a w środku było pyszne. Pióra odchodziły z gliną a mięsko było cudownie miękkie i wilgotne. Nie wiem dlaczego się już to tak rzadko spotyka , a szkoda. Chyba troszkę zgłodniałem, idę coś wrzucić na ruszt.

Łoś

Łoś

Leżę teraz, to sobie czasem coś w tv obejrzę. Ostatnio oglądałem jak chłopaki z Alaski muszą upolować łosia, bo cała wioska musi cos w zimie jeść. Ta wioska to ze cztery rodziny max 20 osób. Chłopaki latali po bagnach , aż jeden zobaczył samca, nieduży 350 kg i w końcu go ustrzelił. Zacząłem liczyć Te 350 ka na 20 osób daje 17,5 kg na osobę na całą zimę. Od tej dawki trzeba odjąć tak ze 25% na kości , futerko, kopytka itp. A więc mamy ok 13 kg mięsa. A odchodzi jeszcze trochę krwi i wody więc tak naprawdę jak zostanie 10 kg to wszystko. Zakładając ,że taki statystyczny Innuita je na raz 150 g to daje to ok 70 posiłków , czyli dwa miesiące i tydzień jedzenia. A zima na Alasce to co najmniej 6 miesięcy. Co zatem wsuwa mieszkaniec przez pozostałe cztery miesiące. Pewnie jakieś reniferki i rybki. A co z witaminami? Ktoś zapyta. Jedzą też tłuszcz fok , podobno pyszności. I pomyśleć ,że są oni pozbawieni zupek, ziemniaczków , słodyczy i tego co niektórzy lubią najbardziej / chodzi o wegetarian/ czyli suróweczek . Biedni ludzie ci Innuici, ale o dziwo oni nie narzekają. Mają swoje przysmaki jak na przykład ikra na surowo czy gotowany język renifera. To co mnie jednak naprawdę zadziwia to fakt ,że oni nie znają chlebka. Te nasze bułeczki chrupiące , chlebki trzeszczące w zębach. Dla nich to bez znaczenia. Ale nie dla nas. Czy jesteście sobie w stanie wyobrazić polski dom bez pieczywa? Ja nigdy i właśnie dlatego nie wybieram się na Alaskę. Albo myśl taka, uroczy wieczór nad rozlewiskiem a ja po zjedzeniu wiewiórki z rusztu na puszystym mchu rozkładam śpiwór i zasypiam jak dziecko. Budzi mnie świt, otwieram oko i w oddali widzę jak grizzly wsuwa jagódki. W bagienku niedaleko okazały łoś je trawkę, a nad tym wszystkim lata orzeł. Na coś takiego mnie nie stać, o nie.

Moje pozycja

Moja pozycja

Tyle się dzieje a ja jak w więzieniu zamknięty na leżąco. Normalnie cholera mnie bierze i jak to mam w zwyczaju szukam pozytywów.  I co gorsza nie znajduję. Na demonstrację się nie nadaję, więc nie zaznaczę swoją obecnością. Znany nie jestem więc nikogo to nie obejdzie ,że mnie nie było. Na telewizję patrzę z niechęcią , no może z wyjątkiem Formuły 1. Tak sobie pomyślałem ,że może poćwiczę aby zostać smakoszem. Z jednej strony szkoda mi Żonę skłaniać , aby przygotowała coś nowatorskiego a z drugiej jak mam tak ograniczony smak ,że mija się to z celem. Dodatkowo jeść mi się nie chce. No to może smakoszem napojów , cos pomieszać , jakieś koktajle. Tu wymagana smakowe są mniejsze. Jest też grupa trunków pitych aby się nawalić. I tu być może mógłbym się wykazać kreatywnością , ale jak ja o kulach narąbany jak stodoła wrócę do łóżka? Nie ma takiej opcji. Żona może najwyżej zostawić moje zwłoki do regeneracji zostawić w miejscu degustacji. Jest niestety jeszcze jeden element , który nie pozwala m się tym zająć. Ja zwyczajnie nie lubię się nawalić. Napić, posączyć ,posmakować, proszę bardzo , ale tak do upodlenia to nie. Wegetuję więc w pozycji horyzontalnej i głupieję do tego stopnia ,że przez myśl mi przeleciały robótki ręczne / mam kompletny brak talentu w tę stronę/. W chwili desperacji postawiłem sobie trudne zadanie- wymyśleć reklamę ketchupu. Podobno trudne. I wymyśliłem. Na ekranie profil gościa w dość sporym zbliżeniu. Facet ma przymknięte oczy i coś mu dociera do nozdrzy. Wciąga coś do nosa. Lecą w tę stronę sól, pieprz, ziółka a potem na spodzie ekranu pojawia się czerwona plama . I tu bardzo szybko facet robi chap ustami jak pieś chwytający zdobycz. Na ekranie pojawia się a co pod spodem to mniej ważne i ostateczny napis Ketchup ………. I tu nazwa. Nawet byłem zadowolony z pomysłu. Czego to się z braku zajęcia nie wymyśli.

 

TGV

TGV

To mało znany skrót , ale znaczący. Skrót ten po rozwinięciu i przetłumaczeniu z francuskiego oznacza Pociąg Dużej Prędkości. Chodzi o pociąg który sporo lat temu zbudowali Francuzi w ramach takiej koncepcji ,że połączy on Paryż z Lionem. Czas przejazdu był na tyle korzystny ,że pociąg ten jadąc z centrum do centrum obu miast jechał szybciej niż samolot. Potem rozszerzono trasę pociągu i na południe i na północ. W Europie powstawały pociągi oparte na podobnych założeniach  a w Azji to cała eksplozja takich połączeń, szczególnie w Japonii i teraz w Chinach. Tyle o pociągach , ale nie o tym jest ten wpis. Dzisiaj rozmawiałem z kumplem, który mnie uświadomił , że wśród młodszych skrót ten oznacza coś zupełnie innego. TGV to Tequila+Gin+Vodka w równych częściach i do tego taka sama część lodu. Wymieszać i wypić. Podobno przechodzi się w stan „uniesienia” równie szybko jak nazwa pociągu wskazuje. Dziwne w tych nowych koktajlach jest to ,że głównym celem jest jak najszybsze doprowadzenie się do nieprzytomności. Smak właściwie mało kogo obchodzi. Za moich czasów do takich efektów doprowadzał drink pod nazwą Moskiewskie ognie czyli spirytus pół na pół z szampanem. Ale mało się go spożywało. Jak popatrzę jakie wysublimowane potrawy w restauracjach zamawiają miłośnicy TGV, gdzie wszystkie sosiki i dodatki maja znaczenie , gdzie wydawałoby się smak ma absolutne pierwszeństwo i trzeba być nie wiadomo jakim koneserem, a do picia? Coś aby szybko odlecieć. Tak jakby dysonans. Osobiście odnoszę wrażenie ,że w tym jedzeniu to im chodzi raczej o to by się pochwalić niż aby się delektować. Ich strata.

Wizja

Wizja

Naprawdę nic nie biorę, ale miałem jakby widzenie. Na początku pod przymkniętymi powiekami zaczęło się formułować coś dziwnego. Trochę jaśniało pośrodku a zdecydowanie ciemniejsze było na obrzeżach. Formował się niezbyt regularny kształt kuli, właściwie owalu. Potem kształt zaczął lekko rosnąć, tak w miarę proporcjonalnie w każdą stronę. Następnie trochę z boczku od środka zaczęły się pojawiać na jasnym tle takie jakby pajączki. Potem było ich coraz więcej i nabierały powoli buraczkowego i granatowego koloru. Rozrastały się a dookoła zaczęła się tworzyć jakby aura , z początku zielonkawa , potem żółta. Wyglądało to ciekawie i naturalnie, Zastanawiałem się do czego to jest podobne, ale nic mi się nie nasuwało. Zobaczyłem za to, że intensywność kolorów bardzo powoli przygasa, a na powierzchni z jednej strony pojawiły się jakieś zwoje przędzy czy cos podobnego. Potem na kształcie pojawiły się coraz wyraźniejsze linie , które były ruchome. Wpatrywałem się tak w jeden punkt kształtu i odniosłem wrażenie ,że widzę usteczka i ząbki. Obraz był coraz wyraźniejszy i przed oczmi stanął mi obraz twarzyczki mojego najmłodszego wnuka, uśmiechniętego od ucha do ucha. Zapytał mnie swoim cieniutkim głosem – co robisz Dziadek i uroczo się uśmiechnął. Tak mi się dobrze, spokojnie i optymistycznie zrobiło, że zasnąłem. Ale tę wizję pamiętam doskonale. I nie będę zmieniał dealera.