ktak

Właściwie bez wiodącego tematu, takie tam pisanie co mi do głowy przyjdzie

Powrót

11 komentarzy

Powrót

Wczoraj po raz czwarty od lipca wróciłem ze szpitala do domu. Tym razem po 12 dniach. Niestety wciąż bez diagnozy i mam tam wrócić 8 stycznia. Miałem już 9 transfuzji, a krew mi się gdzieś ulatnia. Jestem nieszczelny, ale nie nieszczery. Tym razem pobyt w publicznym ośrodku lecznictwa dał mi wiele przeżyć i możliwości obserwacji. Na Sali było nas trzech, jak w piosence Perfectu. Ja , czyli panna nikt , Lump Józek i alkoholik Stasio. Ci dwaj osobnicy zasługują na oddzielne wpisy więc ich opiszę potem. Na razie o dwóch sprawach. W sferze zapachowej to nasza sala przypominała wnętrza Coco Chanell z tym ,że jakby na odwrót. Ile razy wchodziłem musiałem wietrzyć , najbardziej dawał Józio, był z nami 8 dni bez ani jednego mycia. Naturszczyk rzec można. W tym zakresie ma się rozumieć. Strefa druga to kuchnia. Bardzo wczesny Wojciech Basiura, ten z okresu błędów i niepowodzeń kulinarnych czyli późniejszy Modest Amaro.  Z tym ,że ten szpitalny nie uczył się na błędach i stale popełniał błędy i zaniechania. Szczególnie w takich aspektach żywienia jak nieznajomość typów diet, walory smaków, warunki podania tych wykwintnych skądinąd posiłków , a o walorach estetycznych można w ogóle zapomnieć , bo nie istniały. Jak więc widać warunki ze wszech miar sprzyjały memu dążeniu do szybkiej diagnozy lecz sądząc z długości pobytu i na tym polu poległem.

Do tego szpital miał bardzo charakterystyczną cechę jakby korespondującą z systemem i czasami w jakich żyjemy. Szpital jest typu czeskiego więc na peryferiach i na tychże peryferiach znajduje się bardzo dużo przybytków typu dom starców i dom pomocy społecznej. Wszyscy chorzy pensjonariusze są do szpitala zwożeni, co powoduje dosyć wysoką średnią wieku pacjentów oraz niestety wysoką umieralność. W tej sytuacji wzrasta rola pielęgniarzy szpitalnych, co chwila potrzebnych aby pacjentów przenieść , poprawić bądź zapakować. Panowie robią to z dużą obojętnością, a nawet z humorem. Kiedy byłem przez jednego z nich wieziony na badanie w windzie pochwalił się ,że dziś dopiero dwóch, ale najwięcej to siedmioro zwiózł na ostatnią podróż. I mówił o tym w poczuciu dumy i dobrze spełnionego obowiązku. Dumny człowiek pracy. Inny przewijając naszego lumpa, który zabrudził pampersa pisał jedną ręką smsy do kogoś, w poszanowaniu polskiej mowy zapytał przewijającą wraz z nim salową ‘ czy zapach to się pisze przez c’? Prawdziwy purysta językowy. Takich obserwacji było więcej i tylko dzięki nim spokojnie przetrwałem te 12 dni, a po powrocie do domu doznałem dawno nie odczuwanego spokoju.

Stary a głupi

Stary a głupi

W chwili słabości , no może nie całkiem świadomie , powiedziałem Żonie ,że tak mi jakoś pulsuje w głowie. I już to mówiąc czułem ,że popełniam błąd. Po jakichś 10 sekundach od mojego wyznania ukazała mi się twarz Żoneczki z hasłem na ustach – rozbieraj się. Jak zaznaczyłem , byłem troszkę niedysponowany , ale hasełko skojarzyłem jednoznacznie, uśmiechnąłem się sam do siebie na myśl o czekających mnie atrakcjach i przez głowę ściągnąłem sweterek. Już jak opuszczałem ręce doznałem rozczarowania , bo zobaczyłem w rękach ślubnej znienawidzony aparat do pomiaru ciśnienia. Cały zapał runął, a w jego miejsce pojawiła się świadomość tego co mnie czeka. Wysunąłem rękę , Żona ozdobiła mi rączkę zaciśniętym rękawkiem i zaczęło się pompowanie. Potem upuszczanie powietrza z rękawa ozdobione wdzięcznym pikaniem aparatu i wreszcie wyrok. To wyższe ciśnienie zbyt duże, nawet sporo zbyt. I się zaczęło, zostałem na cito zapisany do lekarza pierwszego kontaktu, z tym ,że określenie na cito oznacza w tym wypadku dwa do trzech tygodni. Nie bardzo mogłem się poruszać po domu , bo zewsząd wychodziła Żoneczka z tym cholernym aparatem. Wyniki były zapisywane i potem następowały konsultacje telefoniczne z przyjacielem domu kardiologiem. Cito zleciało jak z bicza trzasnął i pojawiłem się w gabinecie uroczej pani Doktor Pierwszego Kontaktu. Przemiła osoba zmierzyła mi ciśnienie swoim sprzętem, wyszło nieźle. Tak na marginesie w okresie cito próbowałem zwalić winę na nasz domowy sprzęt ,że zawodzi i przekłamuje na moją niekorzyść, ale się nie dało.  Urocza Pani Doktor stwierdziła u mnie stany emocjonalne i to określiła jako przyczynę nadciśnienia. Dowiedziałem się ,że tego się nie leczy. Oczywiście musiałem zdać sprawę z wizyty naszemu przyjacielowi, który po usłyszeniu co zrobiła i jak mnie zdiagnozowała lekarka powiedział …… Głównie słowa powszechnie uznane za obraźliwe. Kazał przyjechać , należycie zbadał i przepisał stosowne piguły. A ja myślałem ,że nadciśnienie to prosta dolegliwość na  którą sa powszechnie znane leki . Myślałem tez ,ze je dostanę. Stary a głupi.

Jaskinia

Jaskinia

Zawsze fascynowali mnie jaskiniowcy. Szczególnie to w jaki sposób żyli, oraz jak ich zachowania mają się do dzisiejszych potrzeb człowieka. Mój ulubiony film to „Walka o ogień”, który cos mówi na ten temat. Co jakiś czas myślę o tym jak na przykład ubierali się w tych jaskiniach? Wiadomo ,że korzystali z futerek zwierząt, ale ile się trzeba było narobić aby taką skórkę zamienić na coś z czego można było uszyć/upiąć tunikę. Na zimnych kamieniach jaskini było im niewygodnie więc nanosili trawy , gałązek i na to dwie skóry jedna od dołu a druga od góry. A czy to prali? A jak czymś zapaskudzili? To co szli po następnego zwierzaka. Raczej tak , bo jedli wtedy właściwie mięsko. O ile można sobie wyobrazić jak wsuwają sarenkę czy jelenia , ba nawet łosia o tyle konsumpcja mamuta jest trudna do wyobrażenia. Ot choćby taka golonka z mamuta, toż to całe plemię ze dwa trzy dni by jadło, a były cztery. I t trzeba dodać kompletny brak surówek czy frytek o kopytkach nie wspomnę. Wielu zapyta jak oni mogli tak jeść. Odpowiadam , z apetytem, bo nie jadali zbyt często, więc usiłowali się najeść na zapas. Gość w moim wieku nie miał już ani jednego zęba i jadł , a właściwie łykał tylko małe ręcznie rwane kawałeczki i wsuwał tak długo jak długo trawił takie żarcie. Potem posyłali go po drewno na opał , a na zewnątrz jaskini, wilki, niedźwiedzie czy inne drapieżniki kończyły jego życiowa przygodę. Oczywiście dziś nam jest dużo lepiej, bo i placuszki i suróweczki nie wspominając o tym ,że ja mam własne zęby minus dwa. Wynik nie do osiągnięcia dawniej. A teraz proszę bardzo jest nas wielu, a nawet jak ktoś ma sztuczne ząbki to też wsunie golonkę. Może nie z mamuta ale zawsze. I właśnie tego bym sobie życzył goloneczki co jakiś czas.A

Zapach

Zapach

Pamiętam jak zwykle na Wszystkich Świętych urzekał mnie zapach cmentarzy. Lubiłem chadzać tam po zmroku i urzekały mnie i te zapachy i dymy ze starych zniczy, oraz zapach gorącej stearyny. To wszystko razem tworzyło jakby nastrój do latających duchów jakie zdawało się latały po cmentarzu. Nigdy nie czułem z tego powodu strachu a raczej rodzaj wzruszenia, bo wydawało mi się ,ze ta atmosfera powstaje na podstawie wspomnień tych co cmentarz odwiedzili. Niestety teraz wszystko zepsuły niezrozumiałe dla mnie wyścigi rodzin zmarłych. Kto postawi większą chryzantemę , kto zapali jak największą ilość jak największych zniczy. Ani to uroda , ani nastrój. Do tego wyścig na nagrobki , a z jakiego kamienia , a gdzie zamawiany itp. Brakuje by na płytach ceny zostawiali. Okropne. Nikt już nie robi grobów z roślinkami pod nazwą mrozy, które to maleństwa przetrzymywały ujemne temperatury a nadawały nagrobkom walor naturalności.  Tradycyjną pańską skórkę przed bramami cmentarzy zastąpiły stoiska z różnego rodzaju asortymentem czegoś do żucia itp. Ginie nastrój zadumy, wspomnień, gdzie te rodzinne obiady po południu? Dzisiaj trzeba odwiedzić kilka cmentarzy aby zapalić lampki na grobach wszystkich choćby w miarę bliskich. A to zajmuje dużo czasu. Dawniej szło się na jeden cmentarz i na raptem kilka grobów. Potem obiad i wspomnienia. Pewnie są jeszcze domy gdzie się tak obchodzi to święto i oby jak najdłużej.

 

Rączka

Rączka.

Powszechnie wiadomo ,że jestem kibicem Formuły 1 od lat. Wczoraj oglądałem eliminacje, a w ręku miałem kieliszek wina. Nawet zważywszy na niedawno przebyte choroby, nic zdrożnego. W pewnym momencie podniosłem go do ust i zanim zatopiłem ust korale w tym cudownym płynie, rączka trzymająca kieliszek lekko mi zadrżała. Wypiłem , pokontestowałem smak trunku i do głowy przyszła refleksja. Nie, nie chodziło o sam fakt picia tylko o to ,że zwróciłem uwagę na to drżenie dłoni. Jeszcze parę miesięcy temu w ogóle bym tego nie zauważył. A tu jakby naprzeciw emocjonujących wydarzeń na ekranie, taka refleksja. Nigdy nie byłem przesadnie dbającą o swoje zdrowie osobą , a już żebym się tak wnikliwie obserwował? Nigdy. Właściwie całe swoje życie pilnowałem aby ten kawał mięcha mnie tworzący nie dominował mnie pod żadnym względem. Wykurzyłem się strasznie na to swoje ciało i postanowiłem się zemścić. To ty cholero będziesz się wzdrygać przed szlachetnym trunkiem jaki sączę? Niedoczekanie, masz go polubić i tyle. Wydałem ciału polecenie i zacząłem wprowadzać je w życie nalewając drugi tego wieczora kieliszek. Po ekranie latały bolidy F1 a ja kombinowałem, że może ten swój zezwłok pokonam pijąc butelkami zamiast kieliszków. I wtedy zrozumiałem ,że ono , znaczy to cielsko ma jednak przewagę, bo co będzie gdy odmówi współpracy? Nie skończy się to dla mnie sukcesem. Co zatem robić? Dupy sobie drżeniem nie zawracać i smakować ulubione trunki, do czego wszystkich namawiam i zachęcam.

Wyjaśnienie

Wyjaśnienie
Bardzo miło zaskoczyły mnie Wasze komentarze po opublikowaniu śniadanka 2. Nie wiedziałem ,że czytanie moich wypocin daje radość tylu osobom. W tej sytuacji muszę ssie wytłumaczyć dlaczego milczałem. Jak wspominałem miałem spore kłopoty zdrowotne od złamania nogi poprzez niedotlenienie aż do zawału. Niewiele brakowało aby m już w ogóle nic nie napisał. W czasie choroby miałem cztery pełne dni kalendarzowe gdzie byłem nieprzytomny a potem przez parę dni na przemian świadomość i odjazd w brak przytomności. W tym drugim stanie miałem jednak przeżycia , które postanowiłem opisać , bo i intensywne były i wszystko pamiętam. Szło mi bardzo ciężko dosłownie po parę linijek dziennie. Skupiłem się najpierw na faktach jakie pamiętam i to zarówno tych z rzeczywistości jak i i z tej wirtualnej strony stanu w jakim byłem. Z wielkim trudem to opisałem a teraz zbieram się aby dopisać do tych faktów całą stronę emocjonalną , a nie jest to zadanie łatwe. Nie wiem ile czasu mi to zajmie, ale póki co nawet nie zacząłem. Jak się uporam sam ze sobą to może uwolnię się od tego ciążącego nade mną obowiązku i będę w stanie pisać wesołe historyjki

Śniadanko 2

Dla wielu to najważniejszy posiłek w ciągu dnia. Dietetycy się na ten temat kłócą, ale zwykle to albo mleczko i płatki, czasem kawa i kanapka lub herbatka i kilka kanapek. Są jednak śniadania wyjątkowe, na przykład moje. Zaczyna się to śniadanie od pomiarów. Najpierw ciśnienie, pompowanie , powolne wypuszczanie powietrza i odczyt . Potem pomiar cukru. Igłą w palec , do przyrządu pomiarowego pasek i już wyciskam kropelkę krwi na pasek. Chwila oczekiwania i wynik, potem szybka kalkulacja i zastrzyk z insulinki. W brzuszek. Pierwszy tego dnia. Ktoś pomyśli teraz coś do jedzenia. Właśnie ,że nie. Teraz leki , najpierw te na nadciśnienie, potem cukrzycowe, potem leciutko moczopędne i na końcu zestaw probiotyczno-witaminowy z dodatkiem brakujących pierwiastków. Te ostatnie z polecenia małżonki. Jest tego niezła garstka i to trzeba łyknąć. Popijam herbatką i jakoś przechodzi przez gardło. Można przystąpić do konsumpcji. Kroję pomidorka , cienko w plasterki, doprawiam sola i pieprzem. Na talerzyk nakładam ulubiony biały serek, niezbyt dużo i też go doprawiam. Powoli zjadam go z połową porcji pomidora. Lubię te smaki i jakoś mi się nie nudzą. Druga część śniadanka to albo paróweczka z ketchupem, albo dwa plasterki żółtego sera z majonezem czy plasterki szynki z sosem Tao-Tao. Chlebka czy masła w zestawie nie ma. Po chlebie cukier skacze jak głupi, więc bye bye pieczywko. Nażarty jak dziki bawół wstaję od stołu, dopijam herbatkę i delektuję się kakao zrobionym przez Żonę. Czasem z łakomstwa opędzę jeszcze jakiś owoc. Wiem ,że to nienormalne tak jeść , ale pokazuję ,że i tak można. Najwięcej kalorii mam chyba od tabletek , dlatego z nich nie rezygnuję, ha, ha, ha.

Pożegnanie

Drodzy czytelnicy!
Dzisiaj muszę sie niestety z Wami pożegnać. Chciałem podziękowaać za przeczytanie i poświęcenie uwagi tym moim 962 wpisom. Mam nadzieje ,że nie uważacie tego czasu jaki im poświęciliście za stracony. Bardzo dziekuje za dużo sympatii w komentarzach. Czuję jakbym Was wszystkich znał osobiście ale niesstety muszę się teraz skupic na innch sprawach i nie bardzzo to sie da pogodzić z regularnym pisaniem. Może też troche brakuje mi weny. Być może ,że od czasu do czasu , nieregularnie coś jeszcze skrobnę ale nie obiecuję. Dzięki zatem za wspólnie spędzony czas i życzę Wam wszystkiego co najlepsze.

Absencja

Przepraszam za milczenie , ale doznałem ostrego ataku serca i jeszcze paru innych przypadłości  jakby obok. Naprawiono mnie na tyle ,że wczoraj wróciłem do domu. Mam jeszcze 21 sierpnia jeszcze jeden zabieg i wiele takich działalności dodatkowych. Myślę ,że do pisania wróce we wrześniu , bo brak sił  okrutny. Pozdrawiam i wybaczcie.

Bez siły

Dzisiaj nic nie napiszę , nie mam siły