ktak

Właściwie bez wiodącego tematu, takie tam pisanie co mi do głowy przyjdzie

Ruby

6 komentarzy

Ruby

Ruby nie był ideałem. Z urody na pewno nie Adonis, Nie był też silny jak apollo i piękny jak byk. Odwrotnie też nie. Ale był sympatyczny, wesoły i powszechnie lubiany. Ludzie dobrze się czuli w jego towarzystwie. Strasznej kariery nie robił i w takie sytuacji spotkał Sue. Obustronne uczucie wybuchło jak pożar suchego lasu, a wraz z nim wszelkie konsekwencje, czyli małżeństwo, dzieci itp. Ruby dużo pracował starając się zarobić na całą czeredę i do czasu mu się to udawało. Gdy przyszły gorsze dni okazało się ,że Sue nie chce rezygnować ze zbytków jakimi była otoczona i bardzo trudno to znosi. Oczywiście wyładowywała całą złość na Ruby,m. On miał nadzieje ,ze każdy jego krok poprawi sytuację , ale jednego nie przewidział. Sue w głębi duszy winiła go za wszystko i nawet gdy pozornie godziła się na proponowane rozwiązania to nie była w tym szczera. Niechęć i złość na Rubiego wręcz się nasilała. Jego ciągłe próby oszczędzenia jej wyrzeczeń pozostawały jakby niezauważone. Nawet gdy w sposób zasadniczy zmienił ich życie powodując wyraźną poprawę, jej złość nie minęła. Wyrażało się to tym ,że na przykład nigdy nie była z niczego zadowolona i całą żółć wylewała na Rubiego. Od rana każdego dnia zaczynała litanię co jej się nie podoba, jak jej niedobrze i ile w życiu straciła. Do tego coraz częściej skarżyła się ,ze jej życie nie układa się tak jakby sobie życzyła. Tęskniła do rzeczy, jakie były troszkę trudniejsze do osiągnięcia ale z których korzystała do tej pory raczej incydentalnie. W obecnej sytuacji przeradzało się to w tragedię. Ruby miał dość i nawet uczucie jakie do niej miał cały czas nie ułatwiało mu każdego kolejnego dnia. Wreszcie się zdecydował na desperacki krok. Swoją rentę i niedużą część przychodu jaki dawał wypracowany majątek przepisał na siebie i wyjechał do Brazylii. Ale sam , wykupił na wybrzeżu lepiankę jednoizbową i tam zamieszkał. Dogadał się z miejscowymi rybakami i jeździł z nimi na połowy. W zamian otrzymywał troszkę jedzenia, picie i ubranie kupował sam. Wreszcie zasypiał spokojnie, każdy dzień to była nowa przygoda. Żałował tylko ,że tak długo czekał i że nie miał kontaktu z wnukami. Gdy zmarł we śnie pochowano go na miejscowym cmentarzu i tak wszelki ślad po nim zaginął. Tak jak chciał.

Czym ugasić pragnienie?

Nadchodzą gorące dni i problem czym się napić powraca. A pić się chce. Jest duża grupa ludzi , którzy lubią w takie dni napić się czegoś o nucie mlecznej, to znaczy zsiadłego mleczka, kefiru, maślanki. Najlepiej, aby taki napój był zimny. Dawniej chłodziło się to w ziemnych piwniczkach, czy w studni. Bardzo popularna była kiedyś lemoniada, zwana także limoniadą, czyli woda z cukrem i cytryną. Proporcje są oczywiście zależne od indywidualnych gustów. I do tego oczywiście lód. Są tacy , co uważają ,że napić się można jedynie czystą wodą, lub , choć to nie jest mile widziane, wodą gazowaną. Oczywiście najlepsza jest zimna. Dzieci uwielbiają z sokiem. Jest też grupa miłośników soków oraz , by pozostać w klimatach bezalkoholowych, różne napoje gazowane typu cola i wiele innych. Dawniej była jeszcze grupa miłośników kompotów, w tym okresie szczególnie z rabarbaru, ale nie tylko. Dalej są bardzo liczne grupy miłośników piw wszelkiego rodzaju z radlerami włącznie. Nie można też pominąć fanatyków win białych i różowych. I tu na przykład spritzery austriackie, czy wszelkiego rodzaju mieszanki z Włoch, oraz bardzo popularna hiszpańska sangria. Wszystkie te napoje charakteryzuje to ,że spożywa się je zimne. Są jednak ludzie żyjący w dużym upale , na pustyniach , którzy dla ugaszenia pragnienia piją gorącą herbatę z naną / czyli miętą/ bardzo obficie posłodzoną. I co ciekawe, to rzeczywiście gasi pragnienie. Spotykałem się też z opowiadaniami o piciu kawy z cytryną , ale nie miałem okoliczności wypróbować. Ciekawe co Wy pijacie w upalne dni?

Spanko

4 komentarzy

Spanko

Gdy tylko przychodzą ciepłe wieczory i noce, mam zawsze ochotę spać na dworze. Może to jakiś atawizm, ale mnie ciągnie. Tak sobie zasnąć, a nad tobą niebo. Leciutki chłodek nocy, zapach traw i niczym nie skrępowana wolność snu. Gdy tylko chcę to zrealizować coś mnie niestety powstrzymuje. A to słyszę opowieści o wściekłych lisach , które atakują śpiących, a to ptactwo jest nadaktywne co zwiastuje kłopoty, bo zwierzaki się boją. Czasem ktoś mnie ostrzega , że w nocy będzie burza to mnie zaleje. I co się do takiego snu przymierzam to coś mi staje na przeszkodzie. Raz tak się wściekłem na niemożność zrealizowania marzenia , że gdy zasnąłem to śniło mi się ,że leżę sobie na takich leżach na świeżo ściętej trawie, nad głowa gwiazdy i czuję leciutki wietrzyk. Tymczasem w oddali cichutki hałas , który się zbliża w moją stronę. Z krzaków wyłoniła się cud dziewica, posągowej urody, w długiej białej sukni, z rozpuszczonymi włosami i dosłownie podfrunęła do mego łoża i wyszeptała -posuń się. To się posunąłem. Nie opierałem się, gdy się do mnie przytuliła, ale się przebudziłem z lekka i spostrzegłem moje ślubne szczęście obok, leciutko tulącą się do mnie. Jest tak jak trzeba-pomyślałem. Zamknąłem oczy zadowolony i spałem słodko do rana.

Ad Babcia Zosia

6 komentarzy

Ad Babcia Zosia

Chyba zostałem lekko źle zrozumiany. Patrząc na Babunię nie miałem zamiaru znaleźć w sobie jej urody. Zastanawiałem się nad Jej życiem , odgadywałem charakter i domyślałem się relacji z Dziadkiem. Oni mieli trójkę dzieci, dwóch synów jak dęby, choć chorowitych i córkę z wadą postawy, ale inteligentną. Babunia czyniła różnorakie zabiegi wobec swoich dzieci i wnucząt. Z natury surowa w obejściu, przestrzegająca zasad i tradycji, starała się scalić rozjechaną po Polsce rodzinę. Zmarła w 1945 roku w wieku 70 lat. Jak tak na nią patrzyłem , również i na Dziadka to się zastanawiałem co z charakteru po nich mam. I tak myśląc znalazłem się w głupim położeniu. Wynajdywanie cech pozytywnych miałoby posmak samochwalstwa, a tego nie lubię. Żadne z nich nikogo nie zamordowało czy nie pobiło jak i ja więc może to jest jakaś genetyczna ciągłość? Z tym ,że taka mało oryginalna bo już trochę żartując i listonosz mógł być pacyfistą. Jedyne co namacalne to to ,że Dziadzio pracował na kolei, a ja studiowałem kolejnictwo. Z tym ,że nie był to wynik jakiejś pasji, a jedynie chłodna kalkulacja mojej Mamusi, która wiedząc ,że mnie interesuje informatyka, „pełna wiary” w moje umiejętności stwierdziła ,że Elektronika na Politechnice będzie dla mnie zbyt trudna, więc lepiej studiować na mniej wymagającym wydziale jakim był Transport.  I to by było na tyle w kwestii DNA.

Zdrówko Zosiu

6 komentarzy

Zdrówko Zosiu

Siedziałem u siebie w pokoju, w ręku szklaneczka niegrzecznego napoju i wpatrywałem się w zrobione ponad 100 lat temu zdjęcie mojej Prababki. Na marginesie nazwa mi się nie podoba , bo brzmi jak praszczur. Ale wróćmy do Babuni.

Zdrówko Zosiu

Ona zawsze była dla mnie przepiękna kobietą , prawie tak piękną jak moja Żona. W rodzinie poza tym dużym zdjęciem, jest kilka małych i Duży portret Zofii.

Zdrówko Zosiu

Siedzę i patrzę w te łagodne oczęta , śliczny leciutko zadarty nosek, burzę ciemnych włosów , bardzo porządnie upiętą na czubku głowy, na sukienkę z golfem z jakiejś koronki i na sporą kokardę na piersi.

Zdrówko Zosiu

Obok wisi małżonek Pradziadek, niestety nieefektowny, wygląda jak urzędnik po służbie, łysawy, z wąsem na obie strony , marynarka, krawacik i stojący sztywny kołnierzyk. Wygląda jak ojciec Zosieńki

Zdrówko Zosiu

Tak się wpatruję i marzę ,że może coś z tej ślicznej Zosi mam , ale nie znajduję. Biorę do ręki swoje zdjęcia z podobnego przedziału wiekowego i też nić. Nawet nic z nieciekawego urodą Dziadka

Zdrówko Zosiu

I wtedy wstałem ze względów nazwijmy to fizjologicznych i przechodząc koło lustra spojrzałem na siebie. Coś czego zwykle nie robię z braku zainteresowania. I nie zobaczyłem tego młodego przystojnego mężczyzny , którego fotki oglądałem chwilę temu

Zdrówko Zosiu

Zobaczyłem lekko , a może nawet średnio zużytego faceta. Przypomniałem sobie też zdjęcia tej cudownej Zosieńki z czasów gdy była w moim obecnym wieku. Mogę śmiało powiedzieć ,ze łatwiej ją było przeskoczyć niż obejść.

Zdrowie Zosiu

I właśnie wtedy gdy coraz mniej wyraźnie widziałem Prababcię, pewne skojarzenia co do genetyki zaczęły mi się nasuwać, ale oczy się zamykały, głowę niezmiennie ciągnęło w dół i owe wnioski nie zdążyły się uformować. Może to i lepiej

Zdrowie Zosiu

Salsa

7 komentarzy

Salsa

Bardzo miłym zwyczajem jest to ,że ludzie się spotykają i każdy cos tam przyrządza i przynosi. Wywołuje to zarówno obniżkę kosztów dla osób inicjujących, jak i możliwość prezentacji domowych wyrobów  gości. Oczywiście można podzielić gości na tych od słodkiego i całą resztę. Wtedy impreza stanowi niespodziankę i poza walorami towarzyskimi, ma też walory smakowe w wydaniu organoleptycznym. Ale mi się napisało, głupota straszna , bo czy doznania smakowe mogą mieć inny charakter? Ale zostawmy na boku mój analfabetyzm. Taka sytuacji , z tym spotkaniem połączonym z przynoszeniem , ma jeszcze jeden aspekt , bardzo ważny. Otóż zwykle przynoszący się starają. A to w kwestii niecodziennych smaków potraw znanych, a to w kwestii pokazania potraw mniej znanych itp. Czyli ambicjonalna dowolność i egzotyka.  Najbardziej lubię sobie wyobrażać jak panie domu, a nie oszukujmy się , one zwykle gotują , usiłują sobie przypomnieć co już ze swojego repertuaru do tych znajomych przynosiły, a czego jeszcze nie. Słyszę te pytania do męża , słuchaj czy pamiętasz, czy sałatkę z granatami to już do Zosi zanosiłam? A wtedy mąż odpowiada, nie pamiętam , bo wtedy Ty prowadziłaś więc troszkę przeholowałem. I tak to się zawsze kończy, słyszy małżonek, jesteś beznadziejny, nie można na Tobie polegać.  Ale ,że w rok jeszcze poprzedni szanowna małżonka zakończyła tak samo u Zosi, nie ma znaczenia. Podstawowy problem jednak pozostaje. Co przynieść? I tu śpieszę z dobrą radą. Najlepsza jest salsa. Mało kto się na tym zna, a i składników sporo więc przez dodanie czy to jakiejś przyprawy, ziółka czy większej ilości jalapenho i już smak się zmienia diametralnie. W ogóle tej potrawy się nie da dwa razy zrobić o tym samym smaku, więc zawsze można mówić ,ze mamy zupełnie nową odsłonę i wszyscy uwierzą. Smacznego.

Szufladki

10 komentarzy

Szufladki

Zajrzałem wczoraj do szuflady w łazience. Moim oczom ukazały się leki, żadne tam dwa trzy proszki, a całe tabuny medykamentów. W drugiej to samo, przypomniałem sobie, że swoje leki jakich zażywam sporo, trzymam zupełnie gdzie indziej. I wtedy przyszła mi na pamięć apteczka w domu rodzinnym, woda utleniona, plaster, wata, tabletki z krzyżykiem, pyralgina, węgiel i emskie. Ach, jeszcze jodyna. Przypomniałem sobie też jak się leki kupowało. Troszkę gotowych leków było na półkach, a  na zapleczu każdej apteki było laboratorium, gdzie dyplomowani chemicy przyrządzali syropy, maści i tabletki według przepisu lekarza. To był taki warsztat chemiczny. Opakowania były szkaradne, ale leki specjalnie dla każdego pacjenta. Teraz w każdym domu bez wychodzenia do apteki , można wyleczyć dowolną chorobę, zaopatrzyć dowolną ranę, wykonać większość zabiegów chirurgicznych, no może poza przeszczepami. Dodatkowo można zadbać prewencyjnie o wszystkie narządy, od zębów po prostatę i kości.  Zadałem sobie pytanie jak do tego doszło. I wtedy przypomniałem sobie jak słyszałem opowieści ,że nasza aspiryna jest gorsza od niemieckiej , bo jest robiona z preparatów rumuńskich, a te jak powszechnie wiadomo są gorsze. Skąd ta wiedza nie wiadomo, ale świadomość została. Do tego wczaso szkolenia dla lekarzy w zamian za zapisywanie leków poszczególnych koncernów, sponsorowane artykuły i reklamy w tv. I o ile dawniej w przeliczeniu na dzisiejszą walutę domowa apteczka akumulowała 30 złotych, to dzisiejsza to tysiące. Mało tego dalej wydajemy na suplementy i paraleki nawet będąc w bardzo słabej sytuacji finansowej. Może przyszedł czas na względnie tanie placebo? 

Wiara na co dzień

4 komentarzy

Wiara na co dzień

Wcale nie chodzi o uczucia religijne. Raczej o to w co wierzymy myśląc o sobie samym. Ja na przykład miałem długą dyskusję z moim kumplem na temat picia. Otóż on wierzy w to ,że jest pijakiem, ale nie alkoholikiem. Uważa ,że ktoś kto wypija wieczorem butelkę wina, zasługuje właśnie na wzmiankowane określenie. Mało tego uważa ,że to nic obraźliwego czy uwłaczającego. W jego głosie daje się wyczuwać nawet pewnego rodzaju dumę.  Ja ze swoim jednym drinkiem, powiedzmy pięć razy w tygodniu miałem się za lekko uzależnionego, ale do głosu doszedł rozsądek. Taki Włoch, Francuz, Niemiec, Anglik czy Hiszpan, by wymienić pierwszych z brzegu codziennie wypijają znacząco więcej niż ja, a nikt ich nie nazywa alkoholikami. Mało tego po kieliszku wina do obiadu prowadzą samochody i nic złego się nie dzieje. Skąd więc u mnie wiara ,że ja jestem jakiś uzależniony? Fakt lubię różne alkohole, ale zwykle pijam małoprocentowe jak wino, piwo czy koktajle. Trudno mi się pogodzić z myślą ,że jedząc na przykład kaszankę z grilla nie schłodzę gorących ust łyczkiem piwa. Tak samo różne dania włoskie bezwzględnie należy popijać winem. Kiedyś dla źle pojętego usprawiedliwiania się próbowałem rozcieńczać wino ,ale to nie to samo. Taki na przykład śledź w oleju wręcz nie da się zjeść bez popicia drobnym kieliszkiem wódki. To samo wędzony węgorz. Myślę zatem ,że nie ma co oglądać się na stereotypy i tylko uważać aby nie przekraczać norm zachowania. Wydaje mi się ,ze chodzi o upijanie się. Czyli jeśli pijesz i cię to nie zwala z nóg wszystko jest OK. I właśnie tego się trzymam.

Dorota ma rację

4 komentarzy

Dorota ma rację

Jest taki program w tv Dorota was urządzi. Ulubiony program mojej Żony. Tam córeczka znanej pisarki, a właściwie już samodzielna osobowość telewizyjna pokazuje jak urządzić pokój, kuchnie czy coś innego. Oczywiście wszystko w trzy dni i bez problemów. Ma ta dziewczyna dużo ciekawych pomysłów i rad. Część fajnych , troszkę efekciarskich , troszkę takich od czapy, ale coś się dzieje. Do tego sympatyczne i wesołe komentarze. Fajnie się to ogląda , choć dla mnie dwa trzy odcinki to dosyć.  Moja Żona natomiast chłonie nowalijki i ciekawe sposoby zmiany wizerunku czy to już urządzonych wnętrz , czy już stojących mebli. Moja Żona wypatrzyła w internecie rodzaj szafki do przedpokoju. Taką jak Jej się podobała. Szafka nadeszła, została złożona i postawiona tam gdzie miała stać. Podobała się , ale widziałem ,że jest jakaś zadra w tej szafce, która blokuje pełna satysfakcję. Okazało się ,ze Żona stwierdziła ,że gałki szuflad i drzwiczek są nie do końca takie jakby chciała. Dorota w swoim programie pokazała do jakiego stopnia takie detale mogą zmienić mebel. Poszukiwania w internecie i domowe dyskusje doprowadziły do względnej zgodności o jakie gałki mogłoby chodzić. Wyszperaliśmy, gdzie można je zobaczyć na żywo. Dzisiaj pojechaliśmy do sklepu zobaczyliśmy i w domu zmieniłem je. I Żona i Dorota miały rację. Fajny sposób na zmianę.

Ulrich

Ulrich

Jestem pacyfistą i wszyscy wiedzą ,że ja bym nawet komara nie skrzywdził. No, może w tym wypadku lekko przegiąłem. Ale naprawdę ja wszystkie żyjątka oszczędzam , jak mogę, to im pomogę. Teraz zaczęła się pora ciepła i wszystko ożyło, nawet insekty. I to doprowadza do sytuacji dla mojego życia niebezpiecznej. Moja żona wszystkie muchy i maluchy owadowe leje taką packą, do tego trujący zapach po domu się rozchodzi z elektrycznie podgrzewanych odstraszaczy i rzeczywiście jakby mucha chciała wlecieć do tej komory gazowej to raczej nie wleci. A ja w tym śpię. Okna otwarte więc wymiana powietrza zapewniona, ale i szeroko otwarte dla robaczków. Jakież zatem było moje zaskoczenie jak parę dni temu wychodząc spod prysznica zobaczyłem w łazience pająka z krzyżykiem, czyli Krzyżaka. Z mety nazwałem go Ulrich, nie wiedzieć czemu.  Zacząłem się zastanawiać co taki Ulrich u mnie w domu może zjeść , pajęczyn nie stwierdziłem i zwyczajnie mi się go zrobiło żal. Następnego dnia bardzo drobno pokruszyłem malutką cząsteczkę chleba i wysypałem Ulrichowi. Takie płatki dla pająka, bo na to postanowiłem dodać kroplę mleka. Niech ma śniadanie. Na drugi dzień posiłek znikł. Zjadł pomyślałem i oczywiście powtórzyłem dawkę. Potem zacząłem marzyć ,że wytresuję Ulricha, będzie mi jadł z ręki itp. Ulrich raz się pokazywał ,raz nie, ale był obecny. Regularnie zasilałem Ulricha, wdzięczny ,że nie produkował pajęczyn, aż do dnia gdy straszna prawda wyszła na jaw. Moja żona przy śniadaniu zaczęła mi opowiadać z nutą triumfu w głosie jak to wyśledziła, jak wstrętny pająk brudzi u nas w łazience, jak to codziennie musiała sprzątać i jak się zasadziła i ubiła gadzinę packą. A ja siedziałem i nie mogłem wydobyć z siebie głosu. Zwyczajnie Grunwald pod moją strzechą.