ktak

Właściwie bez wiodącego tematu, takie tam pisanie co mi do głowy przyjdzie

Wpisy z okresu: 12.2013

Koniuszek

Koniuszek
Roku oczywiście. W nocy nie bardzo mogłem spać, choć nie sądzę by to było z podniecenia, że wieczorem idę do znajomych na tradycyjną imprezę. Trochę ich już było, a sama wizja mało mnie rusza. I tak sobie leżałem i myślałem, jakie alkohole do tych znajomych przytargać i wtedy pomyślałem o szampanie. To wino o chyba najbardziej skomplikowanej procedurze wytwarzania, najbardziej dziwnej historii przetrwania, magicznej sile, z jaka działa na większość ludzi, oraz charakterystyczne tym, że w jego istnienie i przetrwanie największy wpływ mieli Anglicy. Wino powstało we Francji w zakonie dominikanów, jako wynalazek mnicha o nazwisku Dom Perignon. Chłopina się nakombinował, a podstawą jego wynalazku było to, ze do już zrobionego wina powtórnie dodawał drożdży i zamykał butelki. Drożdże pracowały i napełniały płyn dwutlenkiem węgla. Powstawał przy tym niezdrowy osad, więc w pozycji szyjką w dół obracano butelki o ćwierć obrotu przez kilkadziesiąt dni jednocześnie zwiększając kąt jej nachylenia. I tak cały osad spływał do szyjki gdzie go pewnego dnia zamrażano, usuwano i dopełniwszy butelkę ostatecznie korkowano. Potem długo leżakowała, 2-3 lata. Było to na przełomie 17 i 18 wieku i niestety po otwarciu butelki Francuzi wyrażali swoją dezaprobatę dla tego produktu twierdząc, że wino się zepsuło. Na szczęście dla ojczulka płynem zainteresował się angielski kupiec, który zamówił większą partię pod warunkiem, że wino będzie czerwone i słodkie. I jako takie zaczęło sobie zdobywać rynek w Anglii. Był jednak problem, mocno gazowane wino rozsadzało dotychczas stosowane butelki. I tu znowu pomogli Anglicy, bo we własnych jednostkach miary stworzyli specyficzne butelki stosowane do dziś. Wytrawne szampany zdobywały stoły znacznie później. Czemu o tym piszę, choć sam nie lubię szampana? Bo dzisiaj bardzo wiele tych butelek zostanie otwartych i wypitych, a właściwie wychłeptanych, bo mało, kto o północy będzie w stanie docenić walory smakowe szampana. Bo nie wiem skąd się ta tradycja szampana o północy wzięła i może ktoś mi podpowie? I czasem się zastanawiam jak się mają życzenia noworoczne do prawdziwości wypijanego trunku. Czy czego sobie, ani nikomu, nie życzę nie jest tak, że takie życzenia jaki szampan? Bo w końcu na prawdziwego mało, kogo stać, a i życzenia rzadko pokazują to, czego naprawdę życzymy drugiej osobie. Oczywiście poza zdrowiem, szczęściem i wszelką pomyślnością, czego naprawdę szczerze wszystkim życzę.

Inna częstotliwość

Inna częstotliwość
Gdybyśmy słyszeli inne częstotliwości to może udałoby się nam usłyszeć, co się dzieje w świecie bombek. Po przeszło 11 miesiącach spędzonych w ciemności pudeł i pudełeczek na strychach, w piwnicach czy szafach znów nadszedł czas ubierania choinki. W pudłach ruch i ożywienie, bo trzeba sobie jakoś zapewnić dobre miejsce. Żadna ozdóbka nie chce wisieć na dole przy ziemi, bo to i dziecko brudzi ją paluchami i pies czy kot trąca, nie mówiąc już o strasznych kontaktach z odkurzaczem. Ożywienie jest, ale i strach jest. Najgorsze są jednak takie podziały na grupy i walki wewnątrz i na zewnątrz grup. A grupy to; kwarcówy/ szklane bombki ręcznie malowane/, papierówy / wszelkie ozdoby z papieru/, słomianki / ozdóbki z zawartością słomy/, żarówy / świecące/ oraz stanowiące osobną i skłóconą ze wszystkimi grupę plastiki/ z zawartością Onego/. Dodatkowe zagrożenie stanowią słodziaki, czyli wszelkie zjadliwe cuda wieszane na choince. Zaczyna się ozdabianie drzewka, każdy element wykorzystując najmniejsze drgnienie czy ruch pudełka stara się pokazać się, koleżanki kibicują. Element wieszany cały w strachu upuści czy nie powiesi wysoko czy nisko. Potem szorowanie po igłach i jest. Wisi średnio, buja się kręci, ale wiązanie na gałęzi trzyma. Jest OK. Teraz koleżanki i tu kibicowanie- żółta wyżej, co tak błyskasz zielenino/nielubiana w pudełku/ a potem do innych-, co mnie tak przypiekasz żarówo jedna farbka mi się zmarszczy i jak będę wyglądać. Czy też – zabierzcie tego chochoła, bo błyszczeć nie zdołam? I tak do pokrycia… łańcuchami. Potem chwila kontemplacji i marzenia, jak długo tak powiszę, czy mnie, aby nie zbiją przy zdejmowaniu? Czy drzewko usychając mnie nie zrzuci, albo jakiś smarkacz łasujący na piernikach czy cukierkach / staropolszczyzna/. Mija dzień za dniem wokół się dzieje i przychodzi najbardziej niebezpieczny dzień, Sylwester. Ozdoby z lękiem patrzą na korki od szampana. Tę pociski mają na sumieniu niejedną ozdóbkę. Potem głośna muzyka, konfetti, rytmiczne basy z głośników poruszają leciutko całą choinką i dopóki jakiś pijany gość nie złapie się gałązki w upojnym tańcu jest świetnie. Potem smutne dni, bo zbliża się czas powrotu do karceru i następnych jedenastu miesięcy w ciemności. To nawet Eskimosi i więźniowie mają lepiej.O rewolucjonistach nie wspomnę. Zdawajmy sobie sprawę z tragicznych warunków życia ozdób choinkowych.
Ostrzejsze formy rozmów poszczególnych ozdób ze sobą zostały usunięte ze względu na występujące w nich wulgarne słownictwo, brak manier i powiedzmy sonie szczerze chamstwo.

Stan dziwny

Stan dziwny
Od kilku dni z moim organizmem dzieje się coś dziwnego. Spać mi się chce i mogę jak to nie ja spać np. 5 godzin w ciągu dnia a potem całą noc. Doszło do tego, że boję się przymknąć oczy, bo a nuż zasnę. Do tego dochodzi jedzniowstręt. Może przesadzam, ale jedna kanapka rano i koło piątej trochę mięsa i warzywa na cały dzień to chyba nie przesada? Na domiar złego czasami na myśl o jedzeniu robi mi się niedobrze. Dodatkowo czuję się opuchnięty i taki jakiś nieswój. Łeb zaczął pracować i pytanie, co się dzieje wręcz cisnęło się na wargi. Oczywiście po chwili zastanowienia eureka- jestem w ciąży. Szybka wycieczka do apteki, test ciążowy i patrzę jak naciąga jak w tej piosence, bez humoru / tyle, że w piosence Lombardu herbata w szklance a tu ciąża/ I tak stanęło ni w pięć ni w dziesięć. Znowu myślenie a to o poczęciu a to o tym czy ja w ogóle mogę i po chwili intensywnego krążenia w zwojach mojej głowy myśl, która wszystko wyjaśnia- to ciąża urojona. Fajnie jest diagnoza i co dalej. Pierwsza myśl usunąć, ale tu na drodze stosowna ustawa. Względy religijne u mnie raczej nie wchodzą w grę, bo jestem ateistą. Potem pytanie o to jak nie u nas to gdzie? Słowacja? Ale zaraz czy taką urojoną można w ogóle usunąć? Tego nie wiem i coraz bardziej zdenerwowany widzę oczami wyobraźni jak przybywa mi 30 kilogramów, jak puchnę na twarzy, jak mi się robią rozstępy. Zaczynam rozumieć jak duża musi być motywacja kobiet w tym stanie. Ja nie odczuwam dumy ani radosnego podniecenia na samą myśl o tym, że będę matką. No, może, dlatego, że sobie to uroiłem, że nią będę. Ale i tak sama myśl gra w moich uszach złowieszczo. I tak się dołuję tą wyobraźnią aż zgłodniałem i pomyślałem, że może zjem serniczka? Jak pomyślałem tak zrobiłem. Bez mdłości, bez niechęci a wręcz przeciwnie z chęcią. Spać mi się już odechciało. Dumnie obwieszczam, pokonałem kryzys a ciąża jak przyszła tak poszła, bez naruszania ustawy.

Ciacho

Ciacho
Oj śniło mi się w nocy, że zagniecione ciasto zaczęło rosnąć. Tak się unosiło i zwiększało objętość. Wokół zapach drożdży a w miseczce aż się gotowało. Ciasto rosło i rosło. Potem z tego ciasta robiono kulki i po wgnieceniu środka wkładano tam małą łyżeczkę różowego lśniącego dżemu z dzikiej róży. Potem delikatnie to zaklejano i odstawiano na wymoszczoną mąką deseczkę. Piszę w trzeciej osobie, bo sam mam mało zgrabne rączki do takich prac. Potem zapach smażonych pączków, obsypywanie cukrem pudrem lub zamaczanie w lukrze i przysmak gotowy. Świeży, pachnący a nade wszystko smaczny, Biorę mały kęs i w ustach czuję boski smak róży z drożdżowym ciastem. Cudnie. Nuta rozsądku nawet we śnie kazała mi uspokoić się, / bo uczucia towarzyszące były bardzo miłe/ i powiedzieć sobie pączki dopiero w czwartek, tłusty czwartek. I rozmyślałem sobie o tym dniu, nie żeby doczekać pączkowego obżarstwa tylko tak trochę marketingowo. Wszyscy wiedzą, że trzeba w tym dniu spróbować pączka i traktują to trochę jak obowiązek a nie jak święto. Dlaczego nie towarzyszą temu dniu tak popularne gry i zabawy? Cała Gala ogranicza się do krótkiej migawki w mediach i tyle. Amerykanie spróbowali naszych pączków – w Chicago to jest PACZKI DAY, i wydaje mi się, że wkrótce do naszego kraju przyjdą nowe zwyczaje związane z tym świętem. W rodzinnym kraju tego zwyczaju będziemy powtarzać zwyczaje innych. Dlaczego nie ma np. konkursu na najlepsze pączki, wyłoniony zwycięzca mógłby się chwalić przez rok pucharem- najlepsze pączki w…….. Dlaczego nie ma konkursów zdobienia pączków, konkursów na najlepszy sposób podawania pączków, najlepsza kawa do pączków, najlepsza herbata itp. Różni rodzimi specjaliści mądrzą się jak najlepiej zrobić tradycyjne dla Polski przegrzebki a o pączkach ani słowa. Wreszcie konkursy w stylu, kto zje najwięcej, jakich pączków. I to wszystko, jako żer dla mediów, wiadomości dnia, a nie ciągle wypadki i nieszczęścia. Jak ubogo my się bawimy i tego właśnie najbardziej mi żal, a nie kolorowych jarmarków.

ODK

ODK
Czyli Ostatnia Dopuszczalna Kaloria. Z racji dolegliwości, na jakie „cierpię”, każą mi liczyć kalorie, ja to olewam i nie liczę, ale mam Świadomość, że codziennie jest w moim posiłku jakaś tam ODK i po przekroczeniu tej normy sam sobie szkodzę. Normalnie to nie wiadomo, kiedy się tę normę przekracza i dla mnie to jest OK. Rzadko przekraczam, albo o tym nie wiem. Ja w ogóle nie jem dużo mimo mojego potężnego ciała przyswajam jednak prawie każdą kalorię a nawet czasem myślę, że nie powinienem głęboko oddychać, bo przecież roztocza to też kalorie. Szwagier je trzy razy tyle, co ja a jest o 1/3 mniejszy i szczupaczek. Żoneczka wsuwa często dużo więcej niż ja a też drobniutka. Pasożyty zupełnie nieopłacalne w hodowli. Dostają dużo a przyswajają mało. Ja to, co innego dostaje malutko a przyswajam nawet więcej. Wzór ekonomii karmienia. Ale wróćmy do świąt. Robiliśmy pasztet, piekliśmy mięsa, były ryby i moja specjalność sałatki. Ja bardzo lubię te wigilijne poranki, gdy razem z Żoną wstajemy, ja kroję warzywka na sałatki a Żona nakrywa stół, przygotowuje cały ceremoniał, cedzi barszcz itp. Tak się nakroiłem w tę Wigilię a potem przy stole spróbowałem troszkę jednej, zjadłem dwa kawałeczki śledzia i troszkę karpia. Chyba nie dotarłem do ODK.W pierwszy dzień Świąt pokroiłem mięsa, indyka i królika a potem też nie zjadłem za, wiele, bo przy stole kawałek pasztetu, łyżeczka kapusty, na obiad troszkę królika. I w ogóle nie byłem głodny. Goście poszli i koło 20 Żoneczka obwieściła, jestem głodna. Ale mnie to też nie ruszyło. Zacząłem podsumowywać, że przez Święta zjadłem dwie kromki chleba, dwa kawałki śledzia, troszkę kapusty, łyżeczkę sałatki i dwa kawałki pasztetu, a do tego, co niewiarygodne wypiłem trzy piwa i kieliszek wódki do śledzia. Wszystko. A tu nagle w drugi dzień Świąt na śniadanko wędlinka z sosem, pasztecik, sałatka, ryba faszerowana i wtedy aż mnie coś zabolało, poczułem ból gdzieś w środku, świdrujący ból psychiczny, bo fizycznie mnie nie bolało. Spadł na mnie grad z tych kalorii ponad ODK. Ból podszyty wstydem powiększał się z każdym kęsem. Nie bardzo mogłem przestać, aż zjadłem to, co sobie nałożyłem. Było mi ciężko i źle. Nie, dlatego, żebym sobie coś ślubował przed Świętami. Żal był Straszny, że szło tak dobrze i zdechło. Okazałem się człowiekiem słabym, jak zwierzę, co się nie potrafi oprzeć jedzeniu. Nabrałem do siebie nieprzyjemnego dystansu. A potem jak wybuch bomby bunt. A to niby, dlaczego jak mam ochotę jeść to nie powinienem? A może ja chcę? A jak utyję i będę żył 5 minut krócej to, co z tego? Ale będę żył tak jak chcę. A wszystko inne nie jest tak ważne. Więc się nie katujcie róbcie jak chcecie. Nie będziemy żyć w gorsecie konwenansów i trendów. Pies je trącał. Taki jestem jak jestem najedzony, bo najlepszą obroną jest atak.

Pierwsze krople śniegu

Pierwsze krople śniegu
Pewnie zostanę uznany za gruboskórnego debila, ale cóż ja niestety nie lubię śniegu i jak rano wyszedłem z domu i poczułem krople deszczu to się ucieszyłem. Wolę śnieg w kroplach niż w płatkach. W ogóle cała ta zima jest do dupy i dla mnie obojętnie gdzie, góry, morze czy środkowopolskie równiny. Ja po prostu cholery nie lubię. Nie widzę na przykład nic złego w tym by wieszać bombki na palmie, czy pod nią znajdować prezenty a już lekko spocić się w Wigilię, żaden kłopot. Ognisko można rozpalić na plaży, na siebie założyć np. mikołajowy kapelusik / niektórzy tylko/ i jest OK. Ryby także bliższe tym ciepłym klimatom niż karp spod lodu. Chyba jednak ten bociek, co mnie w dziobie targał / może przesadzam z tym targaniem, bo urodziłem się drobniutki, malutki i bardzo delikatny- i tylko to ostatnie zostało do dziś/ to chyba coś na mapie pomylił i mnie nie tu gdzie trzeba upuścił. A upuścił na pewno i to na głowę. Skutki odczuwam do dziś, tyle rzeczy jest nie tak, oczekiwania cieplne mojego ciała w jaskrawy sposób rozjeżdżają się z rzeczywistością, marzenia tym bardziej. Więc nie wiem, za co to cholerne ptaszysko bierze pensję. Swoją drogą to niezła fucha, podlatujesz pod punkt odbioru niemowląt otwierasz dziób, dostajesz to różowe, potem Ci programują GPS i lecisz. Jak zboczysz to uroczy głos mówi za tą szosą w dole skręć w lewo i możesz robić, co chcesz, nigdy się nie denerwuje? Jak się, jako bocian wkurzysz podrzucasz maleństwo gdzie bądź i nawet biskup Michalik nie pomoże i wracasz swobodnie do bazy? Tam żabie udka, na święta to z sosikiem, odpoczynek i pod punkt odbioru różowych. Super fucha, żadnej odpowiedzialności pełny wikt i opierunek. Żyć i roznosić. Takie prześliczne różowe maleństwa na gwiazdkę. I tu nic się od lat nie zmienia, zawsze ten sam pakunek, żadne tam mody trendy itp. Czyste płócienko i w drogę. I gdzie tu sprawiedliwość, ptaszysko stroszy pióra przegryzając udkiem, a ja muszę cierpieć te chłody zimowe, bo mu się nie chciało dolecieć do celu. Niech no ja kiedyś dorwę bociana, ale niestety odleciały. No i do kogo zanieść pretensje?
Wszystkim czytelnikom mojego bloga życzę dużo zdrowia i uśmiechu na co dzień, reszta na tej pożywce rozwinie się automatycznie. Wesołych Świąt.

Zupa pomidorowa

Zupa pomidorowa
Tak się wczoraj zadumałem o smakach moich przodków i pomyślałem o tym, jaką zupkę pomidorową robiła moja Prababcia. Pewnie gotowała rosołek na skrzydełkach- podobno najdelikatniejszy. Osobno Babunia gotowała pomidorki do miękkości, potem przecierała na sicie i uzyskany przecier / stąd nazwa/ łączyła z rzeczonym rosołkiem w sobie tylko znanych proporcjach. A jak to pachniało? Jak byłem mały to jak Mama kroiła w kuchni pomidory ja je czułem w pokoju. Teraz jak je sam kroję to muszę powąchać rękę, aby wyczuć zapach. Pewnie tracę węch. Wracając do pomidorowej. W każdym domu inaczej smakowała a to się ją jadało z ryżem a to z kluskami, ale zawsze, jako zupę na głębokim talerzu. Teraz jest inaczej, bo mamy zupę krem z pomidorów z serem żółtym, grzankami bądź czystą w kubeczkach. Gazpaccio na zimno z hiszpańska i inne wyroby zupo podobne. Smaki się rozjeżdżają, bo dawniej wystarczyło siorbnąć i wiadomo było, że pomidorowa ze stołówki, zero smaku, mocno zabielona i ledwo ciepła. Teraz wykwintnie, bułkę przez bibułkę lub szybko gorąca woda plus kostka rosołowa jak ja to mówię z knura do tego koncentrat, przecier, sok lub co tam jeszcze i zupka gotowa. Moja Żona niestety nie chce mi dać przepisu, ale zupę mogę polecić. I tak myślę, że spektrum smaków, jakie daje pomidorowa nie da się porównać z żadną inna potrawą i że można by kiedyś zrobić przewodnik smakowy pomidorowy po znajomych. Każda osoba, która ją gotuje wkłada w to / lub nie/ swój charakter, swoje poczucie smaku i swoje wyobrażenie o tym, co jest dobre. I gdyby ktoś chciał określać charaktery i osobowości na podstawie upodobań kulinarnych to myślę, że właśnie pomidorowa byłaby godnym polecenie probierzem. Jak ja to mądrze napisałem, a teraz prymitywnie łyżka w dłoń i wpieprzamy tę naszą pomidorową i jedyna myśl, jaka przemyka przez głodny mózg to- pyszna jak zawsze.

Dokumentacja

Dokumentacja
Właściwie, co rok powtarza się jeden obrządek świąteczny. Nie wiem czy nie popularniejszy niż same Święta. Co roku krewni na Wigilii i w pierwszy dzień Świąt robią zdjęcia i filmy. Fajnie popatrzeć jak się zbierają do tego obrządku, wyciągają przez lata coraz to inny sprzęt. Robią dziesiątki zdjęć rozsyłają a potem słuch po zdjęciach ginie. Czasem nowocześniejsza Babcia sobie przypomni parę świąt w tył i ze wzruszeniem stwierdzi, że wnuki rosną jak na drożdżach, „ bo patrz, jakie były małe jeszcze kilka lat temu”. Dorastające dzieci nie chcą w ogóle tego oglądać a w szczególności siebie, a dorośli nie będą sobie psuli humoru widząc, że jednak parę lat temu było lepiej. Zmieniają się sprzęty używane do uwieczniania, zmieniają się też metody oglądania. Kiedyś zdjęcie kolorowe na papierze święciło triumfy, teraz albo na komputerze albo na telewizorze się ogląda. Ale zawsze tylko raz. Ilość zdjęć rośnie archiwum puchnie. Nikt tego nie da skasować, bo jakże pamiątka rodzinna. Podstawowy argument, że dzieci się ucieszą oglądając te zdjęcia jak dorosną jest o tyle nieprawdziwy, że stare zdjęcia chcą oglądać wnuki. Dzieciom bardzo rzadko jest potrzebny do oglądania ich konterfekt z młodych lat. Do tego dochodzi szybka zmiana technologii i ewentualna konieczność przenoszenia zdjęć czy filmów z nośnika na nośnik. Koszty, problemy, lenistwo i zostają zapomniane karty. Moja Prababcia była za młodu niezwykle piękna, potem jej przeszło, ale jej zdjęcie i zdjęcie Pradziadka wisi nad moim biurkiem, czarno-białe formatu A3 od wielu lat. Zdjęcia mają już na pewno ponad sto lat i tak sobie na nie często zerkam mimochodem. Myślę wtedy, że Oni nie byli w stanie przewidzieć, co się stało w czasie tych stu lat, jak dalece się zmienił Świat i jego postrzeganie, jak długą drogę przebyliśmy. Ciekawe jak by się próbowali odnaleźć dziś? Czy to w ogóle byłoby możliwe? Co by myśleli siedząc przy wigilijnym stole gdzie Kolendy lecą w tle z odtwarzacza, a dania popija się Coca Colą? Czy odnaleźliby smaki, jakie znają? Ja tak sobie myślę, bo mam ich zdjęcia.
A co będą oglądać moje dzieci za dwadzieścia lat? Czy znajdą pretekst do takich rozważań? Czy w ogóle im to będzie potrzebne?

Codzienne ganianie

Codzienne ganianie
Panie się szykują do Świąt, a to zakupy a to się kapustka zaczyna dusić czy to na bigos czy na inny przysmak i zaczyna do domu zaglądać Święty Mikołaj. Ale nie wszystkim. Mam klientkę, która jest Żoną Japończyka. To dość zaskakujące małżeństwo jest zaskakujące i w czasie świątecznym. Z tego, co mówiła mężuś przyjeżdża do domu na Święta 8 stycznia, zgodnie z ich japońskim kalendarzem. Żona z córeczką świętują po naszemu. I tak sobie wyobraziłem, co by było gdyby i uroczy małżonek zasiadł przy wigilijnym stole. Część przynajmniej potraw by mu pasowała. Śledzik w pałeczki i do buzi, wódka nie sake, ale chybaby przełknął. Zupka z miseczki też żaden problem posiorbałby smakowicie i fajnie. Dalej sałatki, te by pewnie zostawił, postna kapusta z grzybami, to by pewnie dał radę, bo to podobne do morskich wodorostów. Z tym, że tu zachwytów bym się nie spodziewał. Ciągle by mu brakowało ryżu i nawet pyszna gotowana pszenica nic by w tej sytuacji nie zmieniła. Karp w galarecie, sam karp gotowany ok., ale ta galareta? Jak to nałożyć pałeczkami? Do kitu, chyba, że galareta gęsta. Potem pierożki albo paszteciki. Pierogi by zjadł, ale paszteciki formą nie są dostosowane do tego, co oni jedzą, więc problem. Potem karp z patelni na maśle/ a co to zapyta Japończyk/, karp faszerowany też niekoniecznie, choć to chyba danie najbardziej dla niego zjadliwe. Na koniec kompot z suszu tak tak, nie z suszi. To by niechętnie łyknął. Na koniec mordęga, słodycze. No jak zjeść makowiec pałeczkami, jak pozbierać smakowite ziarenka? Sernik? A co to?, Babka drożdżowa? Słodycze dla nich to coś dziwnego. Wstałby głodny. Na drugi dzień to samo. Jedynie to przezroczyste jak sake by mu się podobało. Szybko by doszedł i wszystkie obawy szlag by trafił i nawet kutię by zjadł. Tylko, co potem? Oj nie łatwo być szogunem w naszym kraju.

To miało być wczoraj

To miało być wczoraj
Zbliżają się Święta dużymi krokami. Wszyscy kombinują, jakie potrawy na Wigilię, jakie na pozostałe dni. I właśnie o tym chciałem popisać. Bo tak tradycyjnie to powinny być potrawy wyjątkowe, podawane raz w roku, ale ich dobór czasem mocno zastanawia. Zacznijmy od zupy. Z reguły barszcz lub grzybowa. Ale dlaczego właśnie te? Dlaczego nie pomidorowa czy np. kwaśnica? Pewnie, dlatego, że te dwie pierwsze można zrobić bezmięsnie. No, ale krem z pieczarek czy dyniową też. To, dlaczego. A żur, chlebek z Zimniakami? Nie kumam, ale zupka to dopiero początek rozważań. Są dania specyficzne i zależą od tego skąd pochodzi rodzina po kądzieli. I tak łazanki z makiem, kutia czy wszystkie te pierogokluski z kapustą i grzybami dadzą się wytłumaczyć, bo dwie pierwsze to same łakocie a dwie następne to to, co zostało z zupki. Do tego rybki różne w różny sposób przygotowane. Ot tradycja, miłe to i ciekawe. A tak sobie pomyślałem, że może wymyśleć Święta na wesoło, czyli właściwie świątecznie, ale nie tak poważnie. Pomyślałem, że dobrą podstawą do dań wigilijno wesołych będzie regionalizacja i tak myśląc o Śląsku do głowy wpadł mi krupniok rybny z kilofkiem, myśląc o górach to otwiera się cała gama możliwości a to oscypek z rozmarynek/ choinka musi być/ a to ruskie z owczego sera, a to zupki jak kwaśnica postna z ciupażką z serka. Na Pomorzu to od słodkiego śledzia/ szwedzki wymysł, można zjeść/ przez kombinacje ryb typu dorsz z rodzynkami, przez zupę z mlecza śledziowego. I tak piszę te głupoty i coraz mniej mi się chce jeść. REZYGNUJĘ, to nie był dobry pomysł. Jednak łazanki i kutia / choć nie w moim domu/ zwyciężyły. A u mnie będzie grzybowa śledzik, karpik i paszteciki i niech tak zostanie, bo tak jest dobrze. Do tego porżnę warzywka na kilka sałatek, doprawimy z Żoną, kapustkę na gorąco i napoje. Dzieci dostaną prezenty, a dorośli będą obserwować ich radość. Krzysieńku, tradycji nie przebijesz tak pomyślałem. W końcu jestem trochę młodszy.
Przeczytałem tekst i dopiero teraz widzę jaki jestem zdominowany przez tradycję po kądzieli.