ktak

Właściwie bez wiodącego tematu, takie tam pisanie co mi do głowy przyjdzie

Wpisy z okresu: 2.2014

Osobowość III

Osobowość III
Po wczorajszych problemach z osobowością miałem nadzieję, ze to już koniec strat, jakie poniosłem w związku ze śmiercią Stefana. I że w końcu wszystko sprowadzi się do opisanej wczoraj nadwrażliwości osobowości związanej z jej pognieceniem. Do głowy mi nie przyszło, że ona nie dość, że się pogniotła to jeszcze się pobrudziła i zakurzyła. Nadwrażliwość przechodzi mi dosyć szybko, bo osobowość na mojej sylwetce jest mocno opięta i prostuje się szybko. Jest więc nadzieja, że parę dni i wrócę do stanu poprzedniego. Trochę żal, bo byłem wrażliwy jak lilija, ale trudno, co za dużo to niezdrowo. Gorzej z tymi pobrudzeniami i powiedzmy to szczerze zaciekami na osobowości. Zastanawia mnie, kto ją tak ubarwił i dlaczego? Pewne elementy odczuwam już dziś. Jadę autem i widzę jak sobie słabo radzi kierowca przede mną i myśl, a rozwal się łamago. Brud w czystej formie. Słyszę coś o gotowaniu i myśl a dodaj jeszcze soli to przesolisz i diabelski śmieszek gdzieś w środku. Przechodzi koło mnie Pan 185 cm wysoki 140 kg wagi, czyli obiektywnie ładny a u mnie w środku – a ja jestem ładniejszy. A fe Krzysiu. Człowiek się wstydzi własnych myśli. No dobrze, ale myślą bez dalszych konsekwencji fizycznych krzywdy nie zrobię. A jak mi te brudy w osobowości zaczną podpowiadać, żeby komuś nogę podstawić czy coś w tym rodzaju? Pobiegłem do sklepu kupiłem Vanish posypałem się i czekam. Po 15 minutach otrząsnąłem się, ale plamy na osobowości zostały. Próbuję dalej Pronto, Pur, i inne z siła wodospadu i nic jak brud był tak jest. A moja osobowość kiedyś była taka czysta, niewinna. Co robić? Dawniej do takich delikatności był Cypisek, nie uczulał, ale i nie prał za to dezaktywował. Może Lenor myślę zdusi cholerne plamy zapachem? Ale też nie. I wtedy mój wzrok padł na mydło Biały Jeleń. Skrzyżowanie niewinności z naiwnością, to przecież cały ja. Szybko natarłem dokładnie osobowość, potarmosiłem i zeszło. Jak to należy dopasować jedno do drugiego. Co prawda po tym praniu osobowość pozostała mokra i troszkę pomięta, ale wyschnie i się odwisi.

Osobowość II

Osobowość II
Po wczorajszych perypetiach z zagubioną osobowością i znalezieniu jej w strasznym stanie porzuconej jak coś niepotrzebnego, moja radość z ponownego jej użytkowania trochę zakłóciła moje postrzeganie. Dopiero jak się położyłem dotarło do mnie, za jak ja znowu zdobywałem to osobowość on była mocno zmemłana. I tak naprawdę zacząłem nie zdając sobie z tego sprawy odczuwać te zmiany. Jak w mózgu im więcej zwojów tym większe możliwości w mojej osobowości nagłego i ponad oczekiwania rozkwitu doznały; wrażliwość na świat, delikatność i wszystkie cechy odpowiadające za stosunki międzyludzkie. Patrząc na skazanego prawomocnym wyrokiem pokazywanego w tv nie mogłem powstrzymać łez, bo temu Panu musi być ciężko. Patrzyłem na kwiat, na którym jeden z listków zżółkł i znowu bicie serca, pochlipywanie. Normalnie wstyd. Los uśmierconego Stefana nie pozwalał mi zasnąć a jak już wymordowany zasnąłem to się obudziłem w środku nocy i po śnie. Rano jedząc śniadanie, a konkretnie kromkę chleba z białym serem rozważałem czy aby krówka w czasie dojenia zbyt nie ucierpiała, kęs stanął w gardle na myśl, ze ją mogło to boleć. Całe szczęście, że w zapamiętaniu ugryzłem się od wewnątrz w policzek, bo to mnie otrzeźwiło i przywróciło do rzeczywistości. Przecież krowy boli jak są niewydojone i to jest dramat jak ktoś tego cudownego napoju nie ściągnie, a nie na odwrót. Otrzeźwienie i rozsądek kazały mi się zastanowić, co ze mną będzie i czy ten stan podwyższonej wrażliwości da mi normalnie żyć. Tak litując się nad wszystkim, ujmując się za każdym to nie dość, że zeświruję do końca to jeszcze ktoś mi w dziób przywali za obronę zwyrodnialca. Pochylając się nad każdym naruszeniem „sprawiedliwości” przyrody nie będę mógł żyć. I wtedy dotarło do mnie, że osobowość przez wiele lat leżała na mnie jak szyta na miarę, bez zaszewek czy zagnieceń, czyli wszystko było jasne i proste a teraz pognieciona, podeptana, no nic może się odwisi na mym kształtnym torsie. A swoją drogą pół dnia , bez osobowości i jakie straszne straty, jakie spustoszenia. Przecież to się będzie prostować miesiącami. A może się spocić złachać tę osobowość i niech schnie na mnie? Ale jak bym się tak sam złachał ,to co ja powiem Żonie? Że to terapia? Nie uwierzy , we mnie takiego jak teraz też nie. Kwadratura koła. Ratunku!!!!!!!!!!!!!!!!

Osobowość

Osobowość
Obudziłem się rano z poczuciem, że przygniata mnie coś bardzo ciężkiego, aż trudno było oddychać. Zanim otworzyłem oczy wiedziałem, ze coś jest nie tak. Kołdra, kołdrą, ale to było coś jeszcze. Przygniatało mnie poczucie winy za wczorajszy wpis. Przecież już pisałem o fasolce po bretońsku, a uśmiercenie Stefana wydało mi się nie dość, że bestialskie to i strasznie banalne. Ostatkiem sił udało mi się wyjść spod kołdry i powędrować pod prysznic. Zdejmując piżamkę poczułem wielką ulgę fizyczną i psychiczną. Wesoły wszedłem pod prysznic i nie wiem, dlaczego umyłem się kosmetykami Żony. Wyszedłem spod milutkiej ciepłej wody, wytarłem się, znowu ręcznikami Żony. Zanim się zorientowałem byłem suchy, no przecież nie można odwrócić operacji i umokrzyć się i znowu wytrzeć w swoje. Trudno. Przy stole Żona je kanapkę z serem, zrobiłem sobie identyczne. Już się chciałem ubierać w jej ciuchy, ale rozmiarek nie ten. Założyłem swoje i wychodzę z domu i słyszę, że jakiś facet idzie do autobusu. Zamknąłem garaż i też idę do autobusu. Przyjechałem do pracy autobusem budząc wśród współpracowników zdziwienie, bo nie zdarzyło się to od bardzo wielu lat. W pracy kopiowałem to, co robili inni przebywający koło mnie. Wewnątrz rosło przerażenie, co się dzieje nigdy taki nie byłem. Z niecierpliwością czekałem na koniec pracy, jak wszyscy, ale nie jak zwykle ja. Pojechałem do domu autobusem, usiedliśmy do obiadu. Żona łyżkę zupy ja też łyżkę zupy, Żona ziemniaczki i ja też. Bezwiednie małpowałem ją do końca posiłku i kiedy skończyłem za poleceniem żony poszedłem się przebrać w domowe ubranie. Zdejmując w łazience strój służbowy zobaczyłem ją. Na podłodze jak zmięta szmatka, jak rzucony w kąt brudny podkoszulek, leżała moja osobowość. Przypomniałem sobie to poczucie ulgi, jakiego doznałem rano i wszystko stało się jasne. Szybko wraz z domowym ubraniem narzuciłem ja na siebie. Poczucie winy i jej ciężar wrócił nieznośnie i doprawdy nie wiem, w którym wcieleniu zostać, ale chyba udźwignę tę winę.

Stefan cd.

Dopadł drzwi, drżącymi rękami otwierał zamki i nawet nie pomyślał jak zwykle, po cholerę mi trzy zamki, kiedy nie ma, co wynieść? Ale tym to rządziła Ona i nie miał tu niestety nic do powiedzenia. I tylko Ona mogła mu zepsuć te chwile, na które czekał. Uspokoił się na chwilę, choć cały drżał z podniecenia, ostrożnie otworzył drzwi i wszedł do środka spodziewając się zwykłego potoku słów wyrażających bezmiar Jej zawiedzionych nadziei. Z środka dobiegł jedynie krótki szczek- tylko zdejmij buty, bo pada. Nie jest najgorzej pomyślał, aż drżąc na samo wspomnienie tego, co go zaraz spotka. To było tak podniecające. Cicho wszedł do łazienki i umył się po pracy. Spokojny, trochę pryskający, ale ciepły i miły strumień trochę go ukoił. Wytarł się, wyszedł i już bez żadnych przeszkód poszedł do kuchni. Były tam obydwie. Usiadł bez słowa, choć w środku, jak we wnętrzu wulkanu, aż się gotowało, ręce trzymał pod blatem, aby ukryć drżenie. Właściwie nie oddychał nie patrzył tylko czekał w napięciu. Uniósł oczy i zobaczył na talerzyku trzy kawałki jasnego pszenicznego pieczywa. Tak być powinno, to jeden z ważniejszych elementów. Ona kręciła się wokół niego prawie bezgłośnie. Spojrzał na garnki na kuchni i zauważył, ze ten, który go interesował był ledwie w połowie pełny. Zaraz się zacznie opowiadanie o tym jak ona się odchudza i przy nim weźmie tylko troszeczkę, a on przecież wie, że w czasie gotowania wyżarła te pół garnka, bo łakoma jest jak cholera. Zobaczył jak nakłada, ważna chwila, czy doniesie? Doniosła. Z satysfakcją zauważył, ze jeszcze trochę zostało. Wziął znad talerza głęboki wdech. Szał radości wewnątrz, Jeszcze chwile odwlekał moment bezpośredniego kontaktu, pasł oczy i nozdrza. Ślina zalewała mu wręcz gardło i łykał ją raz za razem. Wstałby dodać chwili jeszcze bardziej uroczysty charakter podszedł do kuchni i dodał sobie resztę tego, co zostało w garnku. Wziął z półeczki paprykę i wtedy do niego doszło, że to przecież zwykła potrawa i że czekanie na nią i marzenie o niej przez piętnaście lat to czysty kretynizm. Wracał do stołu zamyślony i łokciem strącił talerz ze stołu. Bez słowa poszedł do łazienki nie słuchając tego, co Ona gadała. Beznadzieja tego życia i idiotyzm oczekiwania przez piętnaście lat nawet na fasolkę po bretońsku pchnął go do ostatecznego kroku. Ona znalazła go tam dopiero za kilka godzin, był już zimny, fasolka też.

Stefan

Stefan
Stefan był skromnym urzędnikiem średniego szczebla. Jego życie to były plusy związane z pracą na państwowym stanowisku, a minusy to ta sam praca na państwowym stanowisku. Jego marzenia koncentrowały się wokół tego ile lat mu zostało do emerytury. Niczego się nie spodziewał a marzenia to wyspać się do 7, a nawet do 8 codziennie. Będzie mógł obejrzeć wieczorne seriale bez obawy spóźnienia do pracy, czyli bez stresu. A spokój mimo, ze pozorny był gwarantem życia Stefana. Stosunki rodzinne ograniczały się do zdawkowych wymian zdań i błyskawicznego zapominania ich treści. Okazjonalne wizyty świąteczne też nie sprawiały mu przyjemności. Wewnętrznie był samotny i bez oczekiwań. Marzenia jakiekolwiek i kiedykolwiek były pokrywał gruby pancerz codzienności. Toteż od chwili, gdy powziął informację o tym, co go prawdopodobnie spotka był jak ogłuszony. Nie mógł zrozumieć jak po latach lekceważenia coś mogło zostać pomyślane w jego kontekście i to zgodnie z ukrywanymi marzeniami. To jak uderzenie obuchem. Świat wirował mu w głowie od spodziewanego szczęścia. Powoli zaczęło do niego docierać, co się może zdarzyć. I wtedy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki organizm zaczął oddawać wszystkie odruchy, jakich nie wydawał prawie nigdy w ciągu ostatnich piętnastu lat. Kolorowe wizje przed oczami, czy wręcz ślinotok i uciski w dole brzucha. Jak oszalały Stefan patrzył na zegarek, maksymalnie rozkojarzony czekał jak w blokach startowych na koniec pracy. Był tak podniecony, ze zwolnił się dziesięć minut przed końcem obiecując odpracować je nazajutrz. Do domu prawie biegł, nie patrząc na to dzieje się dookoła. Nie zauważył nawet przelotnego deszczyku, jaki spadł przed pięcioma minutami. Pędził przez miasto jak szalony. Gdy z daleka zobaczył swoje osiedle tętno zrosło mu do 150 uderzeń na minutę. Tak za nią tęsknił, przecież nie mieli kontaktu od 12 lat i właściwie została w jego pamięci jak jakiś mglisty ślad, ale zawsze była dla niego czymś wyjątkowym, czymś właściwie nie do zastąpienia.
cdn

Ząbki

Ząbki
Razu pewnego poczułem, że moje ząbki zaczynają się podejrzanie chwiać. Dotknąłem jedynki dolnej a ona mi została w ręku. To samo z innymi. Wziąłem czysty ręczniczek i wyjmowałem jeden po drugim razem z korzeniami. Poukładałem na ręczniku porządnie, dolne na dole górne na górze, od jedynek w boki i tak na nie patrzę. Nie jest tak źle, prawa górna szóstka z protezą, ale poza tym wszystkie swoje. Korzonki piękne białe nawet niespecjalnie pokrzywione. Po prostu powód do dumy. Ale dlaczego wyszły? Myślę może je przy okazji trochę doszorować, bo niewiele, ale trochę kamyka na nich jest. Biorę pastę, szczoteczkę i każdy po kolei wecuję do połysku. Ale ząbki mi się wyślizgują, tak jakby stawiały jakiś opór. Wtedy myślę, a po jaką cholerę ja je tak szoruję, co ja sobie z nich naszyjnik będę robił? Czy one to zęby rekina, lwa czy krokodyla? E tam zwykłe ludzkie perełki. Próbuję wsadzić z powrotem, ale się prężą i nie dają. Kombinuję, może im źle, bo fakt, że tak całe dnie i noce po ciemku w tej gębie siedzieć, żadna frajda. A do tego ta wstrętna aktywna ślina. Roboty w ustach nie za dużo, ale ta robota mało ciekawa. O co chodzi kombinuję i zaczynam podejrzewać, że to jakaś skoordynowana akcja. Ale jak za czymś czy przeciwko? Myślę, że, za czym ś to by chyba rytmicznie klekotały np. w czasie mówienia czy oddychania. Raczej protest, wyszły z domów i szwendają się na zewnątrz na znak protestu. Co tym cholerom nie odpowiada. Tyle lat jem podobnie, leki biorę podobne, ba pijam podobnie a tu protest. Jakiś impuls, ostatnio zmieniłem szczoteczkę a i w czasie zewnętrznego pucowania nie były zadowolone. Biorę starą na szczęście jeszcze niewyrzuconą szczoteczkę i bez pasty przelatuje pierwszy ząb. Protestu brak, więc tak dla zrozumienia znów bez pasty przelatuję nową szczoteczką, protestu znowu brak. Czyli czynnikiem zaburzającym jest pasta. Ubrałem się i lecę po starą pastę, ale tak korzystając z okazji kupiłem też inne, myślę przy okazji rozpoznam upodobania. Sprzedawca ledwo mnie rozumiał jak bezzębnie sepleniłem, ale językiem migowym jakoś się dogadaliśmy. Lecę do domu z reklamówką pełną past. Siadam próbuje i udaje mi się wytypować kilka akceptowalnych, a w końcu total care wywołuje zachwyt perełek. Najgorzej wypada whitening, potem ta do odbudowy szkliwa. Przelatuję ząbki total care i jeden po drugim wędrują na swoje miejsce. Uczucie jak szczęka zadowolona i szczęśliwa przyjmuje swoje perełki z powrotem przepiękne. Weszły wszystkie i teraz wiem jak je konserwować. A ja przed wyjściem po pasty wbrew swoim zwyczajom spojrzałem w lustro- ten bezzębny uśmiech to i śmiech i strach w jednym.

Automatyzm

Automatyzm
Jak wiele zależy od wychowania i to nawet nie w sensie pokazywania, co jest dobre a co złe, ale w sensie postrzegania przez dzieci tego, co dookoła to się nie da przecenić. W procesie dojrzewania można u dzieci rozbudzić automatyczne reakcje na potrzeby w określonym kierunku nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Dzisiaj dziesięciolatki nie rozstają się z telefonami, coraz częściej z tabletami i w ogóle przechodzą na inny sposób percepcji rzeczywistości. Coraz mniej czyta o tym, co się dzieje na świecie, wolą wideo obrazki w Internecie. Książki w odwrocie, bo lepsze są filmy. Jak takie dziecko chce coś zapisać to albo zapisuje w telefonie, albo, co dziwne nagrywa, ale rzadziej niż zapisuje. Codzienne obcowanie z grami, mapami czy absolutna wiara w GPS też są standardem. To ich codzienność. Świat poprzez ekran. Po drugiej stronie, bardzo zajęci, często zapatrzeni w swoje problemy rodzice wspomagający się coraz częściej psychologiem. Dalej dziadkowie często wybierający telefon starego typu z guziczkami, bo tak przecież zawsze było, czytający książki i gazety. Pokolenia się rozjeżdżają komunikacyjnie. I gdzie znaleźć wspólny język? Zostało nam jeszcze słowo. Rozmawianie z dziećmi daje im bardzo dużo, tak samo zresztą jak dorosłym. Tu wspólną komunikacje nawiązać łatwo. Trzeba tylko znaleźć ciekawy temat. Z dziećmi o to nietrudno, bo łakną wszelkiej wiedzy, z tym, że musi być podana w interesującej formie. Temat bez znaczenia od ściegu krzyżykowego do promu kosmicznego. Ostatnio rozmawiałem z wnukami o teorii kwantowej i molekularnej. Teoretycznie nudy na pudy, ale poparte odpowiednimi przykładami z perspektywami zastosowań. Co mnie zdziwiło dzieciaki nie chciały kończyć rozmowy. Wolały to niż bajkę. Co to się na tym świecie porobiło?

Dzisiaj mi się nie chce

Dzisiaj mi się nie chce
Założyłem sobie, że będę pisał pięć razy w tygodniu i wolne sobie będę robić w soboty i niedziele. Założenie niby ambitne a takie mało realne, a co jak zapomnę czy mnie wydarzenia przywalą? Ale póki, co w miarę się w tym utrzymuję.
Tak się złożyło, że wczoraj wieczorem byłem w szpitalu czekając na przyjęcie doń członka rodziny. Godziny od 20 w górę. Siedzę i obserwuję to, co wokół a tam praca wre lekarze i pielęgniarki dyżurują ruchem pacjenci są opatrywania, przekazywani na badania, transportowani na oddziały. Robota aż miło popatrzeć, wszystko w oparciu o nowy sprzęt, a to wózeczki a to wyposażenie gabinetów, recepcji. No gdyby nie choroby to aż miło. Trochę gorzej z informacją, ale podejście ludzkie, choć surowe. I ten wydawałoby się pozytywny obrazek zakłócają trzy osoby, które wraz z wejściem do poczekalni przynoszą znajomą woń alkoholu. Lekko ranny pan z kolegą oraz pani z nimi. Wszyscy na lekkim rauszu, ale zadowoleni, weseli rzucający słowami, śmieją się, radują. Ubrani w ubrania z pomocy społecznej, ale czyste a z rozmowy wynika, że mieszkają w noclegowni. Nie rozrabiają specjalnie, są grzeczni tylko śmiech trochę nie pasuje do atmosfery izby przyjęć. Obsługują ich normalnie jak wszystkich i dobrze. Patrzę tak na to i myślę, że mnóstwo się w Polsce zmieniło, bo dawniej ani sprzęt ani obsługa ani nawet stosunek do bezdomnych nie był taki. I oczywiście, że jeszcze jest dużo do zrobienia i zawsze będzie, bo świat i medycyna się zmienia, ale warto się obiektywnie przyznać gdzie jesteśmy a nie tylko narzekać i biadolić.
Dzisiaj mi się nie chce wymyślać nowego tematu a piszę o czymś, co się zdarzyło wczoraj. Ryzyko jest takie, że nie wiem czy to się spodoba moim czytelnikom, ale spróbujmy.

Hi -tech

Hi –tech
Jakiś czas temu opowiadałem znajomym, a może i pisałem gdzieś, jak można przesyłać Internetem zapach i wydawało mi się to tak odległe i nierealne, że traktowałem to jak fikcję, a wczoraj wyczytałem, że już kilka firm zajmuje się tym tematem i najbliższa rozwiązania szczegółowego jest firma a jakżeby inaczej francuska. Mieszają w odpowiednich proporcjach zapach z czterech pojemników i wychodzi z tego zapach, jaki zażyczył sobie nadający wiadomość do odbiorcy. Oczywiście można w ten sposób przesłać ukochanej np. zapach kwiatów oczywiście pod warunkiem, że narzeczona będzie posiadała urządzenie francuskiej firmy. Pomyślałem, zatem nieskromnie, no masz stary wizję i zaraz potem dotarło do mnie, że wiem, co będzie dalej. Otóż podstawową cechą posiłków jest zapach i smak, więc jesteśmy o krok od przesyłania netem całych potraw. Smak to przecież kombinacja czterech podstawowych, a więc słodkiego, słonego, kwaśnego i gorzkiego, zapach możemy przesyłać, pozostaje kształt jedzenia i surowiec. Już teraz możemy drukować w systemie 3D, a więc możemy sobie wydrukować kształt. Robi się to za pomocą skrzyżowania spolaryzowanych wiązek w środowisku, z którego powstaje drukowany przedmiot. To tylko brzmi tak mądrze a wcale nie jest takie skomplikowane. I tu ciekawostka, tym środowiskiem może być coś jadalnego, Wystarczy je nasycić smakami w odpowiedniej proporcji, zapachami i po wydrukowaniu można wcinać. Nie ma gwarancji, że to będzie pożywne, naturalne czy w ogóle zjadliwe, ale kierunek nasuwa się sam. A ile zabawy. Kochanie, przesyłam Ci szarlotkę, którą dala ciebie złożyłam z danych od Mamusi- uroczy mail od partnerki. Czy zamawianie w knajpie i odbiór na biurku, lub w domu przed kolacją. Na przykład koło południa decydujesz, że na kolację mają być pierogi leniwe, wysyłasz maila do domowych urządzeń i przychodzisz o określonej godzinie a w drukarce czekają leniwe. Jeszcze wirtualny partner/partnerka samosterujący odkurzacz i można żyć bez zobowiązań latami. Tylko, kto pozmywa po posiłku? E, to też rozwiążą. A my zostaniemy sami z robotą firmową. Cudownie!!!!!!!!!!!!!!!!

Glut , historia prawdziwa

Glut, historia prawdziwa
Samo słowo oznacza substancję półpłynną, czyli coś pomiędzy cieczą a ciałem stałym. I zaskakujące jest jak wielką karierę ten tytułowy glut zrobił. Nie będę wchodził w szczegóły podstawowego znaczenia, ale przejdę do pochodnych. Śluz, bardzo bliski kuzyn brzmi nie najlepiej i kojarzy się obrzydliwie, choć nie wiadomo, dlaczego. Smar o tej konsystencji już lepiej a le w kontekście ust dalej to nie to. Fizycznie niby prawie to samo, co śluz a jakże inny odbiór. Dalej żel i tu już właściwie bez odrazy, żele właściwie przyjmujemy w każdej postaci a to kremiki do wzmocnienia, a to do mycia ciała a to do regeneracji czy mycia zębów. Dalej idą żele spożywcze od produktów opartych na żelatynie takich jak wszelkie galaretki do glutowatych opartych na mące ziemniaczanej, krochmalu rzeszy produktów usztywniających czy znowu glutowatych kisieli czy budyni. No spektrum takie, że mucha nie siada, ale to wszystko jeszcze nic, bo są kleje, zaprawy, uszczelniacze i mnóstwo innych produktów, których podstawową cechą jest to, że są półpłynne. A nasz stosunek do nich wynika z oceny cech wtórnych. Czyli coś jak z ludźmi. Niby wszyscy mają ręce, nogi, głowy i tułów a mamy do czynienia z podziałem na płcie, charaktery, zdolności i rasy. Czasem jeszcze narodowości i wiek. Ale patrząc na ludzi wydaje mi się, ze gluty mają więcej odmian. Czy zatem to znaczy, że jesteśmy gorsi od tych półpłynnych? Pewnie nie i mimo, że żywym odpowiednikiem gluta jest meduza czy ostryga to nam ludziom to nie imponuje. Mimo tak w sumie ograniczonego spektrum naszych postaci/ bo nie występujemy w postaci półpłynnej/ czujemy się lepsi niż te kleje czy meduzy. A to, dlaczego? Skoro mała występująca w Australii meduza jest nas w stanie załatwić na amen, mimo, że jest ledwo widoczna to, jaki mamy powód do zarozumialstwa? Że ładniejsi, mądrzejsi, no czy ja wiem? Czy naprawdę wiemy, co myśli meduza. A może dla nich szczytem wyrafinowania jest taniec o bardzo skomplikowanej strukturze? Albo jakieś inne umiejętności o charakterze naukowym? Tego nie wiem, ale byłbym ostrożny z wyrażaniem się o glutach, bo nikt nie wie, co one z tego rozumieją