ktak

Właściwie bez wiodącego tematu, takie tam pisanie co mi do głowy przyjdzie

Wpisy z okresu: 3.2014

Tornado

Tornado
W USA szaleją tornada, szczególnie w południowo wschodnich stanach. Patrzyłem kiedyś w tv na to tornado i słuchałem jak to porywa w górę, i wyrzuca porwane ładny kawałek dalej i nachodziły mnie różne myśli. Po pierwsze dowiedziałem się, że lot trwa od kilkunastu sekund do nawet 40 sekund. Wietrzysko porywa wszystko od gałązek po domy i samochody. I tak sobie wirują unosząc się w górę a potem są wyrzucane na znaczną odległość. I jeszcze jedna informacja, z porwanych nikt nie przeżył. No, ale wyobraźmy sobie dopada nas ten zefirek i unosi w tym diabelskim młynie do góry to jak się zachować? W większości wrzask, przerażenie, szybki rachunek sumienia, łzy i pierdut o ziemię. Wszystko się kończy tak zwanym „ zdarzeniem ubezpieczeniowym” jak to potocznie nazywają agenci od ubezpieczeń. Potem rodzina dostaje albo nie kasę i po człowieku. Krztyny radości nie zostaje w pamięci ostatnich chwil. A gdyby tak jak na jakimś szalonym wyścigu kręcąc się w leju próbować np. wsiąść do przelatującego obok samochodu to jak go wyrzuci a ma on poduszki powietrzne to jest szansa oszukać kostuchę. Wyczyn kaskaderski, ale próbować można. A jak nie to warto się choćby dla zabawy dać porwać wirom i wiedząc, że to koniec pośmiać się jeszcze chwilę. Bo człowiek lecący w powietrzu jest naprawdę wolny. To jest najpiękniejsze poczucie, jakiego doznałem, takie zawieszenie w powietrzu. W koło cisza a człowiek wisi w niczym. To fantastyczne. Trochę porównywalne z jadą motorem 150 km/h bez kasku w koszulce z krótkim rękawem w ciepły dzień. Chce się krzyczeć i już. Tak samo płynąc żaglówką pod wiatr w sporym przechyle gdzie wszystkie żagle łopoczą a trzymając w ręku fał i rumpel czuć każde drgnienie łodzi. Człowiek i żywioł. Człowiek, co prawda słaby, ale ten żywioł trochę ujeżdża. A wracając do tornada to przy całej świadomości końca warto przeżyć ten szalony taniec na wietrze z uśmiechem i radością. Tak jak i w życiu, trudności a nawet nieuchronny koniec nie musi być tragedią. Można do końca czerpać z życia radość. Trzeba tylko chcieć.

Promień 5

Promień 5
Dziś czas podsumować moje tygodniowe zmagania ze światłem i przestać teoretyzować a przejść do tematu światło i ja, lub odwrotnie. Więc od początku- czy ja wytwarzam światło? Włosów mi ubywa a powód tego jest jeden aureola mi je wypala i nic nie mogę na to poradzić, świeci i pali cholera jedna. To nic przyjemnego, zimą chłodniej, latem pali skóra. Naprawdę lepiej bez aureoli i na pewno ciekawiej. Aureola to światło ze źródła elektromagnetycznego. Mam jeszcze światło ze źródła elektrostatycznego. Gdy rano wstaje nie widzę na oczy, idę pod prysznic i po wyjściu widzę jak po mojej jedwabistej jak nieraz zaznaczałem skórze spływają kropelki wody, następuje przeskok miliardów małych iskierek i tak stoję sobie nagusieńki olśniony. Niestety to szybko mija i zostaję tylko mokry. Ale każdego dnia czeka na mnie ten cudowny czarowny moment uniesienia i złudnej wiary, że taki jestem wyjątkowy. Kiedyś przemknęło mi przez myśl, że jestem jak Zegarmistrz Światła, ale uświadomiłem sobie, o co chodziło w tym wierszu i aż mną wstrząsnęło, krople spadły i wróciłem szczęśliwy do rzeczywistości. A po chwili samolubna myśl, ale lśniący to jestem. To drugi sposób, w jaki produkuję światło swoje własne, ale jest i chemia. Jak tylko w zasięgu moich katalizatorów znajdzie się moje ślubne szczęście zaczyna się proces chemiczny promienienia. I opromienia nas ta reakcja przekuta w uczucie od dawna gorejące/ następne światło i następna chemia/. Czasem myślę, że żarówki w naszym domu to zwykła rozrzutność. Niestety nie da się ich zastąpić, bo jak jestem niegrzeczny, a bywa tak, aureola przygasa, włosy chwilowo odrastają, ale widać wokół gorzej. Może, dlatego wydaje się, że włosów więcej. Lśnienie pokąpielne też nie trwa zbyt długo i właściwie, żeby je praktycznie wykorzystać to bym się musiał, co chwila moczyć/ pod prysznicem świntuchy!!!/ i spływać. Zapalenie płuc murowane. Jedyna pewna sprawa to uczucie i serca gorejące. Kiedyś nawet próbowałem od tego zaindukować prąd, kręciłem zwojnicą, ale pralka nie ruszyła. I czy to znaczy, że to uczucie takie słabe? No nie, bo już troszkę trwa i góry były przenoszone, e to pralka jest uszkodzona, a może trudno prać brudy, jakie się widzi, na co dzień?

Promień 4

Promień 4
Dzisiaj nastąpi wyjaśnienie tajemnicy, dlaczego to wszystko o świetle piszę. Ale zanim do tego dojdziemy jeszcze słów parę jak to się teraz mówi w temacie światło a płeć. Wczoraj pisałem raczej o płci w kontekście źródła światła, szczególnie tego żeńskiego a dziś napiszę o samej istocie świecenia i o efektach, jakie takie świecenie wywołuje. Oczywiście w kontekście płci. Nie może być wątpliwości, że światło rano i wieczorem, czyli wschód i zachód Słońca ma charakter kobiety. Te delikatnie rozświetlające się kontury / oczywiście wieczorem one się zacierają/ z takimi elementami rozszczepiania się na nich światła o poranku muszą być kobiece. Wiele promieni we wnętrzach cyzelowanych dla osiągnięcia nastroju to też światło niewątpliwie ma cechy i charakter kobiecy. Z kolei wnętrza biur, warsztatów czy słońce w samo południe to cały chłop prosty, praktyczny i patrzący jedynie na stronę użytkową. Chłop leżący pod samochodem z latarnią chce, aby ona oświetlała najjaśniej jak można miejsce pracy i żeby nie było łatwo jej stłuc. Światło jak każdy wie ma też swoją barwę i wiadomo, że kobiety wolą światła cieplejsze sodowe / może im uderza do głowy?/, a faceci chłodniejsze odcienie / zimny drań?/. Coś w tym jest taka szalejąca gorąca Latynoska i stalowy, nieugięty i szorstki Skandynaw. Niby ci sami ludzi a jacy inni. Tak samo ma światło. Ale nie zawsze, bo na przykład światło dzienne jesienią, czy światła we mgle a nawet światła przebijające przez chmury. To tu się cech płciowych nie doszukamy, takie coś pośrodku. Czy to dobrze czy źle nie mnie sądzić. A światło niesie z sobą jednak mnóstwo odczuć, wrażeń i nastrojów i chyba nic na świecie bardziej niż ono na nas nie oddziałuje. I tu dochodzimy do wniosku, o którym pisałem na początku. Światło to kwintesencja i wyobrażenie czegoś, co nazywa się gender, bo w jednej chwili może być męskie a za chwilę żeńskie czy nijakie. Nie wiem czy to jest ta Światłość wiekuista, bo jestem ateistą, ale skojarzenia same się nasuwają.

Promień 3

Promień 3
Dziś więcej o promieniach. One same i ich własności każą o tym napisać. Gdzie powstają? Tam gdzie wybuch, płomień, wyładowanie. Czyli albo chemicznie albo elektrostatycznie, czy elektroindukcyjnie. Tak naukowa geneza, a nas interesuje jak konkretnie powstają. Te z kosmosu to z wybuchów na Słońcu i te nam dają dzień i noc, bo w nocy świecą odbite od Księżyca. Inne źródła to pioruny i wyładowania, żarzenie się substancji oraz reakcje chemiczne. Wracając do kopczyka brylantów to w świetle błyskawicy rozkwita on pełnym światłem, dużo bardziej intensywnym niż zwykłe. Porównując z życiem są to jakieś rewolucyjne zmiany, takie jak ślub /dla chłopa to obuchem w łeb/ czy inne typu matura, też piorunujące. Piorun kulisty wywołany przez burzę nieodmiennie kojarzy mi się z Teściową / oczywiście, jako instytucją/. Ale pytanie czy światło ma płeć? Chyba tak. Ten promyczek odbity i ulatujący w kierunku wszechświata na pewno jest rodzaju męskiego. To taki easy rider lecący ku niezależności odrywający się od tego życiowego galimatiasu. Człowiek duchem wolny. Taki motocyklista na pustej drodze czy spadochroniarz w powietrzu. Taki jeździec odjeżdżający w stronę zachodzącego słońca. Męski i niezależny. A światło płci żeńskiej? Jest, jest. W głębinach oceanów na poziomie -4 do – 5 kilometrów pływają takie dziwne świecące stwory podobne do dafni, krewetek itp. Świecą wytwarzanym chemicznie światłem a właściwie mrugają różnymi kolorami w odcieniu neonowym. Ciała mają przeźroczyste i widać w nich nieliczne organy wewnętrzne. Na tych głębokościach panuje zupełna ciemność, więc takie światło wabi mniejsze organizmy, które nasze kobieco świecące zjadają. Skąd ta analogia z kobietami? Z jednej strony wabienie feerią barw, z drugiej próba ukazania niewinności/ ta przeźroczystość/ a w głębi duszy zbrodniczy zamiar. Czy może być coś bardziej kobiecego? I po tym stwierdzeniu Wyjaśnia nam się, dlaczego w związku potrzebna jest chemia- śmiała, ale celna paralela do tych stworzonek z identycznym skutkiem. A relacje fizyczne, czyli męskie to piorun, czyli przemoc i ucieczka, czyli hajda w kosmos. Jakie to proste i oczywiste i przecież wynika z istoty światła a nie z charakterów.

Promień 2

Promień 2
Rzeczywiście wczorajszy wpis był początkiem pewnych skojarzeń, jakie, mam. Te rozsypane w kopczyk brylanty to jak życie, gdy je oświetlisz to widok kuszący i przepiękny. Dla bardzo wielu najpiękniejszy. Gdy jednak zajrzeć w środek tego kopczyka to wygląda to już trochę inaczej. Te miliardy promyczków odbijających się od jednej do drugiej ściany pięknie oszlifowanych klejnotów z trudnym do spełnienia marzeniem o wpuszczeniu ich do środka. Synonim sukcesu. A w środku gdzie wydaje się osiągnęło się wszystko też nie jest jasne, że jest się na najlepszej pozycji, bo nie ma przecież klejnotów idealnych i gdy na drodze stanie skaza to koniec, od razu wypadasz. W niektórych klejnotach jest lepiej w innych gorzej. Jeśli trafisz do klejnotu z Putinem to Cię pożre. Przy pomocy interferencji odbierze całą energię. I nikt nie będzie świecił jaśniej niż on. Gdy wpadniesz w brylant Bill Gates to się zanudzisz na śmierć od gadania na tematy teoretyczne a optymalizacja sposobu odbijania w celu zachowania energii jak najdłużej odbierze Ci całkiem chęć do świecenia. A jak wpadniesz w brylancik Kwaśniewski to będziesz zmieniał współczynnik załamania światła kilka razy dziennie. I niby pobyt w brylancie jest tym szczęściem wymarzonym to nie jest to takie proste i oczywiste, że jak się tam znajdziesz to już nie ma powrotu na zewnątrz. A gdy na brylanty spadnie deszcz i zmienią się warunki fizyczne, lub gdy ten najważniejszy walnie pięścią w stół, na którym kopczyk jest ułożony? Łatwo wtedy wyskoczyć z miłego miejsca i znów stać się podróżnikiem między brylantami ryzykując rozszczepienie na kolorki. Dla niektórych to niekończąca się zabawa od ściany do ściany aż do pełnego zgaśnięcia, inne znów wypalają się same nie wierząc, że jest szansa, aby wskoczyć do środka jakiemuś klejnocikowi. Im bardziej chcą tym trudniej im to zrobić i gasną gdzieś na ścianie w poczuciu nieświecenia tak jak na to zasługują. Cały czas czekały na jakiegoś Mesjasza, Diogenesa czy Jarosława. I bez skutku. Inne zadowalają się takim odbijaniem i patrzą do wnętrza klejnotów na to się tam dzieje z zaciekawieniem, lecz bez zazdrości. Im wystarczy odbijanie się od tych samych powierzchni tyle, że z drugiej strony. Taka różnorodność wśród nich panuje. Wczoraj pisałem, że mnie to wszystko nic nie obchodzi- kłamałem nieświadomie, bo jak to przemyślałem te analogie, to mnie obchodzi. I jak już rozparzę wszystkie zbieżności światła z ludźmi to się zajmę samym światłem i może się dowiem czegoś o ludziach

Promień

Promień
Kiedyś wyobrażałem sobie jak promień światła wpada w kopczyk brylantów i co się wtedy z nim dzieje. Brylanty oszlifowane w różne wzory a to promień odbijają, czasem pochłaniają i wtedy pięknie wygląda taki uwięziony w środku. Inny promień padnie na taki bok brylantu, że się odbije i uleci w przestrzeń. Jeszcze inny rozpocznie wędrówkę wewnątrz kopczyka odbijając się w kolejnych płaszczyznach kolejnego brylantu. I będzie promyk krążył od jednego do drugiego klejnotu aż w końcu albo znajdzie się w środku któregoś z nich, albo odbity uleci w przestrzeń albo, co smutne, trafi na skazę i zgaśnie. Najładniejsze są te, które po kilku odbiciach wpadną w strukturę tak oszlifowanego brylantu, że odbijają się wewnątrz klejnotu o równych kątach i jakby się w nim zapętlają. Tworzą świetlistą aureolę, takie wesołe światełko. Promyki wpadają w kopczyk z dużą energią i z czasem ją tracą, kolejne odbicia osłabiają promyki. Te, które odbijają się od zewnętrznych powierzchni klejnotów szybciej „kończą” swój świetlisty żywot. Te uwięzione w idealnych strukturach krążą dłużej, ale też z czasem gasną. Tak sobie o tym myśląc znalazłem bardzo duże podobieństwo do ludzkich losów. Dzieci wchodzą w życie jak te promyki, żwawe, pełne energii i samoistnie ruchliwe. Kolejne odbicia/ przeżycia/ przez pewien czas nie wywołują widocznego osłabienia energii, ale stan ten nie trwa wiecznie i po jakimś czasie energia promieni jest mniejsza. Niektóre promienie się rozszczepiają na różne kolory wykorzystując brylant jak pryzmat i wtedy każdy z kolorowych promieni wiedzie swój własny żywot. Jak w życiu takie rozszczepienia powodują bark możliwości koncentracji na jakimś wybranym celu i szybsze zużycie. Z kolei te zaklęte w jeden klejnot promienie żyją najdłużej. Inne rozbrykane odlatują w przestrzeń lub nikną, jak w życiu. Te gasnące promyki to celebryci, te odlatujące w przestwór o lekkoduchy, zanikając gwałtownie, ofiary chorób i wypadków. Pozostają błądzące od brylantu do brylantu i te w nich zamknięte. Nie wiem, które szczęśliwsze, wiem tylko, które mocniej i dłużej świecą. Nie wiem też, jaki mają cel jaśniej czy dłużej, efektownie czy efektywnie. Nie wiem też, po jaką cholerę się nad tym zastanawiam, bo z moją wagą powiedzenie o mnie promyczek, jest dużym nadużyciem i jakbym nawet został wystrzelony z działa w stronę tych klejnotów to jedyne, czego bym dokonał to rozwalenie kosztownego kopczyka w drobny mak

Prostata

Prostata
Za namową reklamy w tv „rzuciłem wyzwanie prostacie”. A ta cholera nie stawiła się na pojedynek. Ja poczułem się olany, bo zachowując się honorowo rzuciłem wyzwanie. Nie tam jakaś akcja od tyłu z ukradła czy coś podobnego, twarzą w twarz, jeśli tak można powiedzieć. I twarz prostaty okazała się podła i zdradziecka. Ściskając w ręku Prostamol trwałem nieruchomo nie wiedząc jak się zachować. Nie przywykłem do tego, by mnie olewać, Przełknąłem gorycz znieważenie i odłożyłem tabletkę. Usiadłem w fotelu i zacząłem się zastanawiać, komu jeszcze mogę rzucić wyzwanie. Może ZUS, no nie tutaj z góry stoję na straconej pozycji, bo tam się honoru nie doczekam. Więc co mogłoby honorowo podjąć rękawicę pomyślałem, może rozwolnienie, bo jak podejmie to przyjdzie i będzie walka. Nie wie, że mam zakamuflowany Stoperan, i tym go załatwię, troszkę węgla i gotowe. Marna satysfakcja. Do głowy przyszedł mi łupież, bo to wystarczy szampon z Biedronki i już go masz i jest, z czym walczyć, no, ale nie kupujesz przeciw łupieżowy i z głowy. Szpotawych nóg nie mam, resztę swoich dolegliwości, no może nie to, że polubiłem, ale zaakceptowałem. Więc, z czym mam walczyć, kogo wyzwać. Z czym podjąć wyzwanie? Może świr? Fakt byłem dziś na pogrzebie i mimo, ze miałem poważną twarz jedna dobra znajoma /celowo unikam określenie stara, bo nie jest a dobra jak najbardziej/ w twarz powiedziała mi, że więcej na pogrzeb ze mną nie pójdzie, bo jej się chce śmiać a to na tej uroczystości nie wypada. I trudno się z nią nie zgodzić, ale dlaczego zwala winę na mnie. Ja byłem poważny. Może jej się z czymś kojarzyłem, nie wiem. Ale postanowiłem rzucić temu wyzwanie i stanąć twarzą w twarz z powaga na pogrzebach i mam szansę wygrać, bez leków. W zwycięstwo trzeba wierzyć. Wiem, że nie będzie łatwo i będę się musiał wykazać bardzo silną osobowością, bo przeciwstawić się własnemu charakterowi to wyczyn nielada. Ale na pewno dam radę, bo chyba czeka mnie z tą znajomą niejeden pogrzeb. Ma się te perspektywy.

Zapachy

Zapachy
Dzisiaj o zapachach. Temat strasznie trudny, bo z jednej strony naturalny, a z drugiej my, jako ludzie go nie lubimy. Każdy, kto miał psa, kota czy inne zwierzę wie, że ma ono swój zapach. I ten zapach jest częścią tego zwierzaka. W historii nieodłączną częścią wojownika był zapach końskiego potu, o pocie wojownika nie wspominając. Tak myślę, że do momentu, kiedy Francuziki nie wymyślili perfum i ich stosowania zamiast mycia, to dominowały na zamkach i w dworach, czy czworakach swojskie zapachy starego potu z łojem. Ludzie w tych zapachach wychowani nie zwracali na nie uwagi, w odróżnieniu od wilków czy niedźwiedzi, dla których taki od pół roku niemyty woj pachniał jak najlepsze danie od Pani Gessler. Bo to jest prawda, że jak się długo używa tego samego zapachu to się go przestaje czuć. I komu to przeszkadzało? Te wszystkie brudy dały początek wielu powiedzonkom typu, jak się wysuszy to się wykruszy i innym. Ale my się musieliśmy różnić od zwierząt i musimy pachnieć tak, że taki wilk jak nas zwącha to ma torsje nie do powstrzymania, bo z żadnym daniem mu się nie kojarzymy. A my nic tylko dezodoranty, żele, olejki i inne substancje zapachowe. Z jednej strony tak chronimy zwierzęta a z drugiej nikogo nie obchodzą gastryczne kłopoty wilków, zaburzenia perystaltyki basiorów, czy wreszcie wrzody u wilczyc. Te bardzo poważne dolegliwości dotykają również inne mięsożerne, dla których możemy być przekąską. I tu się trzeba zastanowić, bo jak potrafimy wisieć na drzewach tygodniami, by ratować jakiś gatunek liszki, to, dlaczego nie ratować wilków poprzez odpuszczenie mycia? Ile korzyści, wydatki na kosmetyki –zero, zużycie wody –prawie zero, pranie też można skasować, bo ubranko będziemy nosić do końca okresu przydatności. Detergenty – zero, zużycie wody mocno ograniczone. I jak się tak zastanowić to my pachniemy tylko dla szpanu, żeby inni poczuli, bo sami już tej wody kolońskiej nie czujemy, ale inni tak, Ja jeszcze myślę, że furorę zrobią perfumy, które będą się układać na ciele w cenę, jaką są warte. Ot takie delikatne podkreślenie statusu. Wszyscy widzą ile za nie dałem. Super. A po lasach biedne wilki zmagają się z chorobami. Czy Wy wiecie jak bolą wrzody?
Na koniec jeszcze jedno, marnotrawstwo wody. Zostawiając w łazience czy kuchni na chwile odkręcony kran, NIE MARNUJEMY wody, woda kanałami wraca do rzeki. My marnujemy pieniądze, jaki płacimy za jej dostawę, a więc ekonomia a nie ochrona środowiska.

Pawiany

Pawiany
Dzisiaj rano przypadkowo zerknąłem w lustro i uderzył mnie brak mojego podobieństwa do pawiana. A przecież to „rodzina”. Zasadniczo pewne podobieństwo być powinno, ale kurczę nie widzę. Nie mam mimo wszystko takiej kufy jak pawian, może, dlatego, że nie jestem ładniutki a ładniutkie pawiany maja długą kufę czerwona z białymi bokami. Tak trochę w narodowych barwach, z tym, że Danii. Zupełnie inna fryzura jeszcze bardziej zwiększa moje niepodobieństwo. Oczywisty brak ogona też nas odróżnia. Futro pawiana pokrywa prawie całe jego ciało. U mnie z tym włosiem cienko, nic z małpy czy niedźwiedzia. Ręce mam krótsze i to sporo, za to nóżki dłuższe, zgrabniutkie a nie takie jakieś… Pazurki mam takie subtelne a nie szpony jak ten cholernik. Dalej słynna dupa pawiana. Rozebrałem się i w lusterkach lustruję. No ani nie czerwona ani nie jakaś szpetna, powiem nieskromnie, nawet ładna. A ładna dupa to już coś. Inna rzecz, że głupio się pochwalić. Nie ma też najważniejszego atrybutu pawianów drapieżnej mordy i charakteru. Mordę może bym i miał, ale trzeba by się bardzo, ale to bardzo starać, a nie ma, po co. Co zaś do charakteru to je jestem pacyfista ugodowy i po prostu nie pasuję. Pawiany żyją w stadach po kilkadziesiąt osobników i ich system społeczny tez jest inny od tego, w jakim żyję. Nie bardzo mam ochotę by jakaś nieznajoma mnie na przykład wiskała. Nie ma, z czego, bo jestem chłopcem czystym. Nie podoba mi się też takie ciągłe naparzanie się z innymi pawianami i ta uległość pawianic. Żadnej prywatności, nie upilnuje się jej. Ruja i wszechobecna kopulacja. A wrzask, że skonać można. Więc zastanawiam się, co za kretyn i na jakiej podstawie zaliczył nas do tej samej rodziny zwierząt. Absurd oczywisty i trzeba być ślepym na oboje oczu, by tego nie widzieć. I tylko smutno, że jak patrzę na niektórych przedstawicieli naszego gatunku to się okazuje, że ten biolog taki ślepy nie był. I nie chodzi o to, że ktoś ma dupę czerwoną.

Smaki

Smaki
Miało być o wiośnie, ale spokoju mi nie dają smaki. Pierwszy oryginalny smak, jaki zapamiętałem to smak śniadania w domu rodzinnym, gdzie Mama dawała mi dość specyficzne danie. akao z chałką, no niby nic, ale wtedy nie było jeszcze kakao instant i w talerzu pływały małe malutkie grudki nierozpuszczonego kakao. W połączeniu z kawałkami chałki dawało to boski jak mi się wydawało smak, Spróbowałem, jako dorosły- szału nie było, a i jakby smak nie ten. Potem były smaki ze szkolnej stołówki i tu pamiętam racuchy i cynaderki. edno i drugie pyszne i nigdy potem już nie próbowałem takich. Potem wakacje na wsi i tak świeże ogórki zrywane prosto z krzaka, chleb własnej roboty, ser biały, masło, i maślanka. o tego powidła z czarnej porzeczki. Oczywiście produkcja domowa. Inne wakacje, znajomy myśliwy i dzikie kaczki i kuropatwy- bez zachwytu. A potem święta. a każdym balkonie wisiał zając i kruszał na mrozie. ziś ich już nie ma. Zając z buraczkami specjalnie mnie nie uzależniał za to pasztet był pyszny. a święta w domu rodzinnym to jeszcze były wypieki ciasta drożdżowe, makowce, sernik, ale dla mnie dwa dania były ponad wszystko. To szynka gotowana i doprawiana przez Mamę oraz jej słynny indyk z nadzieniem. To mogłem jeść całymi tygodniami. Potem różne próby kuchenne, z których wyniosłem miłość do ruskich pierogów. Potem pyszna kuchnia teściowej, wypad do Poznania zakończony zakochaniem się w golonce z piwem i już wpadłem w sidła oneczki, która od wielu lat uderza we mnie różnorodnością, zapiekanek, zupek wszelakich, dań mięsnych i bezmięsnych. Wszystko oparte o sezonowe hity witaminowo smakowe. Orgietka żarcia. W tej sytuacji nawet podróże i próbowane na kilku kontynentach dania mimo niewątpliwych walorów smakowych nie robiły już tak piorunującego wrażenia. Wyjątkiem są niektóre dania z Argentyny, bo i wołowinę i ryby mają fantastyczne. I tak sobie myślę jak w tej sytuacji udało mi się utrzymać w formie wysportowane ciało? To przecież cud, że mam tylko kilka chorób związanych z przemianą materii, ale z drugiej strony, jaki organizm by sobie poradził z tą feerią smaków? Chyba krokodyla i tak zerknąłem w lustro, zero podobieństwa. Ciekawe czy ktoś przełknął ślinę?