ktak

Właściwie bez wiodącego tematu, takie tam pisanie co mi do głowy przyjdzie

Wpisy z okresu: 5.2014

Wzór chłopa w naturze- widziane okiem kobiety

Zajmiemy się męskim ideałem w naturze, czyli odpowiedzią na pytanie, jakie jest najbardziej męskie zwierzę. Konkretnie samiec tego zwierzęcia. Automatycznie odpadają nam trutnie i im podobne, więc np. samiec modliszki. Gardzimy pasożytami i takimi mydłkami a więc ich olewamy. A taki lisek chytrusek, niby futerko przemiłe, można się poczochrać, ale takie chytre to groźne. Pies z nim tańcował, pelisa jedna. A może karakuł, włos kręcony sztywny, karczysko , że hej no, ale baran, to jak? Może, zatem cos potężniejszego? Bizon, byk czy wół piżmowy? Ale jak to może mieć cokolwiek w głowie jak to nią ciągle w konkurentów wali? Odpada i inne z rogami też. To znaczy rogi troszkę pociągają, ale nie w sensie na głowie dosłownie. Silny neurotyk to nie o to chodzi. Koń? W wielu przekazach podobno w porządku, ale te opowieści o carycy to gruba przesada i tylko legenda. Do dosiadania tak, na co dzień nie. A może taki misio, niedźwiadek kochany? Futro OK, ale te zwyczaje, to zrobił swoje i odchodzi, bo go nic nie obchodzi. Być porzuconą po upojnej nocy, no nie. Inne misiowate też tak mają. Co gorsze to słonie, symbol siły także poszaleją i zostawiają na całe lata samotną we łzach i ciąży/ też prawie dwa lata/, dziecka taki nie przypilnuje to, co z tego, że silny. Może lew, pasożyt, ale pilnuje stada. No, ale tak dzielić się z koleżankami? Odpada. Pawian symbol siły i władczości. Groźny i żyje w stadzie, z tym, że tam wszyscy ze wszystkimi, zwierzęca hippisie. Kościół to potępia, więc nie. To może ptactwo, ci się wiążą na całe życie. Ale taki kondor z diaboliczną ptasią mordą, jak mówi piosenka, brzydki nie do wytrzymania, sęp także. No może orzeł, ale mieszkać z nim tak samotnie gdzieś na szczycie, bez towarzystwa i tylko szybować W MILCZENIU całe dnie wysilając oczy. Kariera raczej marna. To może jakieś morskie? Taki samiec foki, czyli fok / nie Mieczysław, ale zawsze/, też chyba nie, bo strasznie wali rybą, słoń morski, silny przystojniak, ale tez wali. Może samiec orki, czyli orek, no, ale tam też stado i konkurentki. To może na całość i rekin, z tym, że ten w miłosnym uniesieniu może odgryźć głowę. Więc jaki do cholery samiec? Jest propozycja- pingwin. Elegancko ubrany wieczorowo, wierny a poza tym po zapłodnieniu wystarczy znieść, jako a on je wysiedzi/ raczej wystoi na zimnym lodzie, bo panienki w tym czasie wracają do wody, a tam tańce, hulanki swawola. Przepiękny połóg. Zazdrości zero, bo wszystkie tak mają, spokój o opiekę nad jajkiem. Ideał, więc wypada mi życzyć każdej Pani pingwina, ale jakoś mi to nie chce przejść przez gardło.

Chemia

Chemia

 

Jakoś się podniosłem po wczorajszym przygnębieniu, bo przeczytałem, że to nie jest wina tego bydlaka, co kopał, ale tych prochów, jakich się nałykał. Nie mogę się nadziwić, co ta chemia potrafi zrobić z człowieka o gołębim sercu. To ci wstrętni pigularze tak szkodzą narodowi. Filtrów wody w miastach pilnują specjalne służby, bo strach pomyśleć, co by było gdyby tak do nich dolać wiaderko koncentratu. Toż można w ten sposób wytruć duże miasto. I co jeszcze bardziej dziwi nikt nie pilnuje rurociągów, a gdyby się taki idiota z wiaderkiem wpiął w wodociąg i tam wpuścił te swoje kropelki to może nie całe miasto, ale część spokojnie by załatwił. A wodociągów w miastach dużo. Potem przeczytałem, że w Polsce bardzo dobrze schodzą pigułki gwałtu. I tego nie rozumiem, przecież to w klubach dosypują do drinków, a w tych klubach jak słyszałem to panienki są chętne, więc, po co dosypywać? I tu zaskoczenie, dosypują bogatym chłopom a potem ich oskubują z pieniędzy, kart i czego tam jeszcze. Czyli taki gwałt ekonomiczny a nie seksualny. Trudno wybrać, co gorsze. A jak jesteśmy przy środkach chemicznych to bawią mnie te punkty z niemieckimi proszkami do prania czy czekoladą z Kaufhofu. Nikt tego nie stwierdził obiektywnie, że lepsze, ale interes się kręci, bo panuje takie przekonanie, że jak niemieckie to dobre. A ile można usłyszeć bajeczek o innych normach, lekceważeniu polskiego rynku, czy oszczędzaniu na surowcach ze względu na cenę. A na koniec o przekonaniu, że Polacy to i tak wszystko kupią. I co najgorsze to wszyscy to rozumieją potwierdzając, że Polacy to ci gorsi. A w czym pytam jestem gorszy od Niemca, Francuza czy Włocha? W niczym. Na koniec jeszcze jedna bajeczka z krainy chemii. Otóż producenci wyrobów paramedycznych/ dla mnie paranoicznych/ zaczęli na opakowaniach i w reklamach umieszczać komunikaty typu –Nie zaleca się osobom uczulonym na i tu pada skomplikowana nazwa chemiczna typu benzoetyloksylamina czy coś podobnego. Prawie nikt nie wie, o co chodzi, ale producent ma dupochron. Przecież przestrzegłem, że może uczulać. To tak jakby alkoholików ostrzegać przed denaturatem podając im jego wzór chemiczny. Szczerze powiem, że boje się tych nieodpowiedzialnych chemików, bo o ile inną szarlatanerie można przynajmniej próbować sprawdzać to tu wiedza potrzebna jest zbyt specjalistyczna i dlatego nie zdziwię ssie jak któregoś dnia wyrosną mi drugie uszy pod pachami albo i co gorszego.

Dzień

Dzień

Nie skarżę się, ale dziś mam jakiś zły dzień. Niby nic się złego nie stało, wyspałem się, ale jakoś tak dziwnie się czuję. Nie to bym się skarżył, ronił łzy czy coś takiego, ale jakiś niepokój czuję. Myślę, ze może to skutek niepicia alkoholu, że organizm się domaga, ale nie. Patrzę na buty. Zbyt małe cisną i wkurzają, ale też nie. Może kłopoty gastryczne, powalające – a gdzie tam, stolec w normie, reszta barwa słomkowa odczyn kwaśny, cząsteczki pojedyncze. Analitycznie ok. Może zmartwienia? Te jak zawsze są, ale żeby tak ponad normę? Raczej nie. Patrzę przez okno, leje, ale ja nigdy nie byłem meteopatą. Już wiem, bo od wczoraj to mi zaprząta myśli. Nie mogę przestać o tym, jak wczoraj widziałem w tv jak gdzieś w Polsce chłopak szedł ulicą i ni stąd ni zowąd kopnął i uderzył kobietę.  Bydlę jedno, bez jakiejkolwiek zaczepki kopnął i poszedł. Wyżył się na niej. Dla mnie to jak gwałt. To bydlę z gatunku tych, co wezmą pistolet i zaczną strzelać do innych, bo „zupa była za słona”. Piszę o wrażliwości wobec wszelkich stworzeń i staram się taki być, bo mi z tym dobrze. Ale jak zobaczę coś takiego to nie będę ukrywał, ze nazwa stworzenie nie pasuje mi do osobnika. Mało tego, zanika wszelka wrażliwość na jego krzywdę, zwykły mściwy charakter się we mnie budzi i jak mówi pismo święte „ oko za oko, ząb za ząb”. I zero litości. Pozbierałbym takich osobników i posadził za murami bez bram, strażników dookoła z bronią i każda próba wyjścia strzał. Jedzenie raz na jakiś czas dźwigiem, ale tylko wtedy jak wykonają dobrze jakąś pracę i nawet niech tam będą hersztowie, niech się leją czy zabijają to bym zakazał reakcji. I tak do końca dni bez możliwości opuszczenia przybytku, apelacji itp. Raz na jakiś czas opuszczałbym w klatce, ale nie do końca jakiegoś polityka, aby go sprowadzić myślowo na ziemię. To samo dla dziennikarzy, pracowników wymiaru sprawiedliwości i innych szkodników społecznych. Ot taki quasi sybirek, ku pokrzepieniu serc.

Napisałem i trochę mi lepiej. Dzięki za wysłuchanie. Cholera, wcale nie jestem taki znowu dobry, i bardzo dobrze.

Zasypianie

Zasypianie

Wczoraj poruszyłem sprawę zasypiania Stefana tak na marginesie, ale chyba temu tematowi należy się przyjrzeć bliżej. Pierwszy raz zetknąłem się osobiście z tematem, kiedy koleżanka z ławy szkolnej uświadomiła mi, że myślenie to też praca i, że jak robotnik po ośmiu godzinach pracy fizycznej przyjdzie do domu to pada śpi i wypoczywa a pieprzony inteligent nie. A dlaczego? Bo sobie wyobraża, przemyśliwuje i w ogóle wygłupia się zamiast spać. Fakt, że od tego myślenia to jedynie dzieci przybywa, ale przed uświadomieniem przez ową koleżankę robiłem te odruchowo myśląc, że tak normalnie jest. Dopiero uświadomienie nawało problem/ wtedy się o nim dowiedziałem/ po imieniu. Uprzednia nieświadomość dawała mi poczucie niewinności. I co ta koleżanka ze mną zrobiła, od tej pory nie zasypiając mam poczucie winy. Wrodzona, można rzec wyssana z mlekiem matki i rozwijana przez lata wrażliwość nie pozwalała mi przejść nad zjawiskiem bez jakiejkolwiek reakcji. Zacząłem sobie wypracowywać metody zasypiania. Najpierw czytałem książki tak długo w noc jak mogłem utrzymać oczy otwarte. Przez chwile działało, bo nawet myłem się z zamkniętymi oczami i na ślepca do łóżka. Niestety mycie zaczęło orzeźwiać, otrzeźwiać i po złożeniu głowy na poduszkę myśli powracały do akcji książki, życia, problemów dzieci i rodziców. Musiałem wymyśleć inny numer by zasypiać we względnym spokoju. Wymyśliłem sobie inny świat. Świat, w którym latam, bo przecież każdy przeżył we śnie jak spada w dół, więc pomyślałem a niech tam lecimy. Bardzo fajny świat, ale słaby był ze mnie lotnik i albo się wywalałem lądując albo zahaczałem twarzą o czubki drzew/ doświadczenie senne, ale nieprzyjemne/, więc widząc swoją nieporadność musiałem coś zmienić.  Decyzja, by przestać o sobie myśleć, jako o orle była dla mnie bolesna i niełatwa do przyjęcia. Ze względu na coraz słabszy wzrok baranoterapia też przestawała być skuteczna, bo zwierzaki zlewały się w jedna gromadę i miałem trudności z ich odróżnieniem. Nawet próbowałem sobie wyobrażać stado na zmianę białych i czarnych baranów, bo dla celów rachunkowych tak byłoby prościej, ale to tylko wzmagało moją koncentrację, której i tak miałem zbyt dużo. Poszedłem, więc w nonsens, bo wyobraziłem sobie, że żyję pod wodą. Ciepłą unoszącą mnie wodą. Wokół nie ma orek i rekinów a jak tak sobie lewituję. I zasypiam ukołysany przez fale. Cudownie, tylko się trzeba przed snem wysikać, bo jednak mokre ciągnie do mokrego. Raz obudziłem ssie myśląc, że walnął we mnie Titanic, ale to była pomyłka przywaliłem w nocną szafkę. Pod woda polecam.

Piramida

Piramida

Stefan był skromnym urzędnikiem w średnim wieku. Mieszkał w typowym domu na osiedlu na parterze. Miał balkon a pod nim kilkanaście metrów kwadratowych ogródka. Życie miał ułożone, rzec można nudne. Codzienne zadania mógł wykonywać z zamkniętymi oczami. Dzień mijał za dniem, leciały lata i pory roku. Dni różniły się długością i pogodą. W dzień poukładany, kiedy kładł się do łóżka i zamykał oczy zmieniał się w marzyciela. Nigdy nie skończył żadnej szkoły o charakterze technicznym, ale marzył o tym, by zostać budowniczym, fascynowała go wielkość egipskich piramid. Z chęcią o nich czytał, zbierał szczątki informacji aż któregoś dnia wpadł na pomysł, że sobie taką piramidę zbuduje. Oczywiście nie naturalnej wielkości, ale taką mini piramidę z ziarenek pisaku. Pomysł go oszołomił, bo on tę piramidę chciał zbudować wyłącznie dla siebie. Nie kręciło go to, by się nią potem chwalić. Chciał sobie samemu udowodnić, że on tez może. Najpierw przyniósł na balkon garść pisku i zaczął ją oglądać. Okulary i szkło powiększające było niezbędne. Po tym optycznym wzmocnieniu wpatrywał się w ziarenka piasku i okazało się, że one się od siebie mocno różnią. Gwarancją solidnej konstrukcji piramidy musiała być względna identyczność elementów składowych. Miał dwa wyjścia albo segregować ziarna albo znaleźć źródło równych ziaren. Kilka wycieczek połączonych oglądaniem przyniesionych próbek wskazało jednoznacznie na potrzebę selekcji ziaren piasku. Robota żmudna i mało porywająca. Musiał jednak przedtem wiedzieć ile tych ziaren potrzebuje. Zaczął mierzyć, liczyć, określił sobie wzór ciągu matematycznego dla wyliczenia potrzebnej ilości ziaren w funkcji wysokości piramidy i w końcu dobrał potrzebą ilość ziaren, była to duża liczba. Pomyślał westchnął i rozpoczął segregację. Każdego dnia mozolnie studiował wymiary kolejnych ziaren i albo je dyskwalifikował albo zatwierdzał. Praca ta zajęła mu kilka miesięcy. Potrzebną ilość wraz z koniecznym nadmiarem miał już przygotowaną. Teraz zaczął kombinować jak budować? Czy ułożyć najpierw całą dolną warstwę a na niej stopniowo następne, czy może zacząć od samego środka stopniowo obudowując go warstwami w szerz i do góry? Zdecydował się na tę drugą metodę. Pieczołowicie przygotował lnianą serwetkę, na której miała powstać konstrukcja i już po postawieniu pierwszych dwóch warstw, czyli czterech ziarenek na dole i jednego na nich poczuł, że dobrze wybrał, bo to przecież już była piramidka. Z zapałem budował warstwę po warstwie tydzień po tygodniu, dzień po dniu. Na noc przykrywał piramidkę słoiczkiem stawianym do góry nogami, Aż przyszedł ten dzień triumfu, w którym miał postawić ostatnie ziarenko. Stefan aż drżał z podniecenia. Gdy na samym szczycie piramidy zostało miejsce na ostatnie ziarenko wziął je w pęsetę i drżącą ręką niósł na szczyt swoich marzeń, nagle nie wiadomo skąd na kopczyk wskoczył konik polny i rozwalił całą konstrukcję. Stefan zastygł z ostatnim ziarenkiem, potem je puścił, podniósł się i powiedział, – przecież ja jestem Stefan a nie Syzyf wstał i odszedł nie interesując się więcej losem swoich marzeń. Zasypiał odtąd bez problemu.

Granice tolerancji

Granice tolerancji

Jedna z moich wiernych czytelniczek w korespondencji do wpisu o sprawiedliwości zasadniczo poparła moje wywody, ale z jednym się nie zgodziła. Chodzi o zabijanie komarów. Spytała –to, co jak on mnie gryzie to ja go mam też? Wydawało mi się, że humanitarnie będzie odgonić, sam tak zwykle robię. Ale uświadomiłem sobie, że to małe bydlę jest strasznie upierdliwe i, że niestety czasem zamiast odgonić daję komarowi prztyczka. Dla nie go to przecież jak zderzenie z ciężarówką. W tych okolicznościach nie mam prawa się czepiać tych, co komary tłuką. I tu pojawia się pytanie o granice tolerancji, bo przecież nie tylko komary potrafią być straszliwie namolne. Taka na przykład brzęcząca w pokoju mucha potrafi doprowadzić do szału. Skoro ustaliliśmy, że nie ma sprawiedliwości to pytanie, kiedy możemy tę muchę utłuc nabiera sensu. Hulaj dusza piekła nie ma, więc walimy gazetą, muchołapka, żeby upierda utłuc. A co jeżeli nas drażni szczekający w domu pies sąsiadów. Właścicieli nie ma, a on wyje. Czy też z tych samych powodów możemy go wysłać na łono Abrahama? Chyba nie, bo kto chciałby być rakarzem? Zapijając komara człowiek nie patrzy stworzeniu w oczy, nie widzi jego strachu i w ogóle jego życie nas nie obchodzi. Bo to przecież tylko pokarm dla ptaków. Ale już świnia to pokarm dla nas i też zabijamy. I teraz argumenty z grubej rury. Ileż rodziców miało na końcu języka brzydkie słowa, gdy ukochany potomek wył pół nocy. Tu jednak prawie zawsze, jako gatunek potrafimy się opanować. A komar pacnięty ręką to plamka krwi, pocieszamy się, że naszej, bo krwi komara nie widać. I zero wyrzutów sumienia. Gdzie są, zatem te granice, kiedy możemy przywalić a kiedy już nie?. I co ważniejsze czy nasze granice są podobne do granic innych. Wiem są przykazania, jest kodeks, ale jak się buduje specjalne przejścia drogowe dla żab/np. okolice Ogrodzieńca/ czy przepusty pod autostradami dla sarenek to może wynaleźć jakiś sposób na życie dla komarów, pluskiew, bąków, much i całego tego robaczego rodzaju? A może po prostu się wstydzimy, że też jesteśmy zwierzętami i zadzierając dumnie głowy patrzymy na robactwo z pogardą? Śmiejemy się oglądając pszczółkę Maję, ale w Życiu żuk toczący kulkę z gnoju już nie jest taki zabawny. Ale my jesteśmy nieomylni i najlepsi. A może by tak trochę pokory i demokracji? Weekend jest długi można pomyśleć, chyba, że grill i zabijanie komarów zajmą nam czas na przemyślenia.

Skarpety

Skarpety

Jak świat światem wiadomo, że człowiek marznie od stóp i od głowy.. Stopy, więc były od zawsze przedmiotem specjalnej troski w ludzkiej higienie. Początki były koszmarne, te sandały niewiele dające czy jakieś okładziny z kory, potem butki mokasynopodobne ze skóry a potem troska ludzi poszła w kierunku ochrony i dbałości o same stopy obojętne czy to były boskie stópki kobietki czy śmierdzące sery chłopa dbać należało o każde. Tę śmiałą myśl możemy zresztą przyjąć, jako pierwszą iskierkę demokracji i równości płci. Poszło to potem w trochę różne strony, ale niezbyt daleko. Wojskowe onuce chroniły stopy piechurów, gdy tymczasem panny i panowie na dworach nosili wdzięczne pończoszki/ w wypadku panów polemizowałbym/. Potem era bawełny i wełny. Góralki pracowicie robiące na drutach skarpety dla całej rodziny a w miastach panie z grzybkiem w ręku cerujące poprzecierane bawełniane skarpety. Dzisiaj te grzybki to skansen.  Bawełniane skarpety i pończoszki wyciągały się jak diabli wisiały na nogach i wypychały się na kolanach. Ale ciepło trzymały. Potem era wielkoprzemysłowa i wyroby z dodatkiem tworzyw sztucznych znacznie poprawiły, jakość wyrobów. A teraz te stopki do adidasków, te zimowe frotki, leciutkie pończoszki czy te pończoszki do pół łydki -czyli antygwałty jak je słusznie nazywa moja córka. Wysyp ogromny a jednak wydaje mi się czegoś brak. Przecież na dobrą sprawę od lat wiadomo, że na stopach znajdują się receptory wszelkich organów. Pieszczoty polegające na masażach stóp znane są od dawna a nawet sam masaż stóp to oddzielna dziedzina wiedz pod nazwą akupresura. Dlaczego więc pytam dzisiaj w dobie rozwoju techniki nikt nie skrzyżował skarpet z procesorem? Dlaczego wychodząc z domu nie możemy sobie nastawić masażu stóp na np. polepszenie trawienia, obniżenie ciśnienia, pobudzenie bądź nie działania nerek, czy też usunięcie bólu głowy? Takie zastosowania elektronicznych / cyfrowych, nowoczesnych- nazwa dowolna/ skarpet nie dość, że poprawiłoby nasze życie to i pomogłoby zapobiegać wielu schorzeniom i dzięki temu moglibyśmy na przykład pracować zawodowo do dziewięćdziesiątego roku życia, przesunąć o dwadzieścia lat meno i andro pauzę, doprowadzić w konsekwencji do wysypu trzecich zębów itp. Itd. A wszystko za pomocą niesłusznie lekceważonych skarpetek. Jednak myślenie to potęga.

 

Sprawiedliwość

Sprawiedliwość

Że jej nie ma wiedzą wszyscy, ale prawie wszyscy się łudzą, że jest. Czyli zwykła wiara w cuda. I jako gatunek jesteśmy straszliwie naiwni i podatni na romantyczne porywy. Mało tego ta sprawiedliwość jest potwornie dwulicowa. Bo jak na przykład ocenić najsprawiedliwszego w sensie romantycznym sędziego, który jednym zdecydowanym ruchem ręki pozbawia życia komara wykonywującego swoje podstawowe funkcje życiowe. Czy to sprawiedliwe, że wystarczy stygmat szkodnik i można bezkarnie zabić?  Zabić mało, ale jeszcze bez żadnych wyrzutów sumienia. I jak moralnie ocenić tego sędziego? Przypomina się piosenka kabaretu pod egidą- do serca przytul psa…………… Ktoś mówi sprawiedliwość jest względna. Znamy to z choćby ludowych powiedzeń, że jak Kali ukraść krowę to dobrze, ale jak Kalemu to źle. Względność sprawiedliwości opiera się o zasadę nierówności, że jednym wolno a drugim nie. Może dobrze, ale dlaczego nie jesteśmy w grupie tych, co im wolno. Według nas zasługujemy. A chcemy się tam znaleźć, aby bezkarnie robić coś, czego dotychczas nie możemy. I tak powstają klany polityków, księży, policjantów czy wreszcie pracowników wymiaru sprawiedliwości. A my czujemy się pokrzywdzeni i jest nam źle. I co najgłupsze ciągle mamy nadzieję, że jest sprawiedliwość. Ale ta nasza, bo ta jest jedynie słuszna. Tę kochamy a wszystkie inne są be. I ta naiwna głupota tkwi w nas mocniej niż wszystko inne, bo w końcu trzeba mieć jakieś zasady. A sąsiad z drugiej klatki, łapownik cholerny znowu zmienił sobie samochód. I jak tu żyć? Ale nadzieja się tli i cały czas się wręcz modlimy o sprawiedliwość. I tak trwa życie pełne rozczarowań i codziennych przegranych z marzeniami. Ale mało, kto pomyśli, że to wszystko przez nasze niczym nieuzasadnione marzenia o czymś, co tak naprawdę nie istnieje.

Nauka

Nauka

Dawniej, aby się czegoś nauczyć to szło się pod opiekę mistrza albo do jakiejś szkoły, która wbijała w zakute łby jakieś nie zawsze potrzebne wiadomości. Ten wspaniały system egzystuje do dziś i mimo różnych mutacji typu audio wideo. Jak nie posłuchasz i nie popatrzysz to się nie nauczysz. Mnie chodzi po głowie rewolucyjny pomysł na nauczanie. Ma on w swym założeniu doprowadzić do tego by wszyscy lubili naukę i, żeby wiedzę zdobywali bez trudu. A co najważniejsze z pominięciem najsłabszego lub jak kto woli najsilniejszego ogniwa systemu – nauczycieli. Przecież to marzenie wszystkich uczniów. Swoją dysertację na powyższy temat zaczynam od bliskiego memu sercu systemu transportu. Otóż wiedza, aby została przyswojona musi dotrzeć do mózgu. Pytanie jak? Do tej pory poprzez receptory słuchu i wzroku. Czasami też poprzez smak, zapach i dotyk. A więc przez zmysły. Czyli wiedza dociera drogą zmysłową. Czyli jest coś w zmysłach, co przenosi do mózgu informację w takiej formie, że zostaje zarejestrowana. Ale przecież wiele informacji płynie do nas poprzez zmysły i nie wszystkie są rejestrowane. Więc musi istnieć czynnik, katalizator czy kto tam wie, co, który sprawia, że tę informacje zapamiętamy. Ktoś powie z ciekawości, z nudów czy w jakiś inny sposób możemy zostać pobudzeni i przez to skojarzona informacja do nas dotrze. A co to jest informacja? Suche fakty, że np., woda to H2O. I po tych przyznaję wiekopomnych odkryciach jeden krok do następnego odkrywczego pytania. Czy informacje możemy przyjmować przez wyznaczony zmysł czy też obojętnie, który byle z katalizatorem? Jestem za drugą tezą i myślę, że stoimy o włos od rewolucji, że na przykład wiedzę z polskiego będziemy przyswajać np. poprzez wąchanie perfum/..gryka jak śnieg biała i panieńskim rumieńcem dzięcielina pała…/. Jeden głęboki wdech Dior nr 687 i już to wiemy, widzimy te łany. Pijemy Cofa colę –mat i w głowie wraz z bąbelkami układają się wzory matematyczne. Trzeba tylko uważać by nie wysikać np. geometrii. Ale nie ma tragedii, można przecież wypić jeszcze raz tę colę. I też jest przyjemnie. Widzę jak w sklepach panie kupują schabowe z np. systematyką zwierząt morskich czy zwykłą kapustę z pocztem królów polskich. To mam dużo pomysłów skojarzeniowych, ale trzeba zwrócić uwagę jak przyjemna będzie nauka, a te inne uwarunkowania typu przyciągnął mnie do Ciebie zapach lawendy i zawarte w nim informacja o ciałach niebieskich, czego spróbujemy na początku? Zupełnie zmieni się podejście do flirtu a i zazdrośni rodzice będą mieli trudniej, bo jak oderwać córkę od studiowania fizyki jądrowej na ciele kolegi z pracy? Zdecydowanie dydaktyka pójdzie w tę stronę.

Tantiemy proszę wpłacać na konto…………………………………………

Ot takie cóś

Ot takie cóś

Wszystko właściwie, co robię codziennie ma jakieś logiczne uzasadnienie, lub wynika z jakichś konsekwencji. I to jest coś, co mnie uwiera. Bo to takie wymuszone wszystko, takie obowiązkowe. Celowo przemilczam relacje z ukochaną Żoneczką, bo tam pełen spontan, ale w pozostałej części życia to gorset poprawności, pożyteczności i obowiązku. A cholera z tym, chciałbym zrobić coś szalonego „Ot takie cóś”, żeby każdy, kto to zobaczy zapytał, a po co ci to. I ja bym odpowiedział z dumą, a po nic. Tak mi się zamarzyło. Pierwsze, co mi wpadło do głowy to zbudować w ogródku Sfinksa. Idea pasuje i wziąłem się do prac przygotowawczych. Rzeźbić nie potrafię i po godzinie wygniatania miąższu chleba nic poza wałkiem mi nie wyszło. Zmieniłem materiał na modelinę. Bardziej plastyczna, ale rezultat ten sam. Zacząłem rozważać, że Sfinks w kształcie walca to jeszcze bardziej „ot takie cóś”, ale się nie przekonałem. Myślę może jakiś motyw roślinny zastosować na przykład kupię kokosa i powieszę na sośnie. Ale obawa, że mi naślą jakąś służbę sanitarną, że niby drzewko choruje, a ja nie reaguję. No też nie, symbolika słaba, więc też zrezygnowałem. Przemyśliwuję temat od początku. I wychodzi, że wcale mi nie zależy, aby ktoś mnie zapytał, po co mi to. To w końcu moja prywatność i nic, komu do tego, a afiszować się nie będę. Czyli chodzi o to bym zrobił cóś, ale dla własnego oglądu, a nie po to by inni mieli świadomość. Ta informacja wbrew pozorom zwiększyła zakres możliwości i to cóś mogło przybrać charakter wewnętrznej demonstracji. I tak się stało. Mianowicie obciąłem sobie w ramach bezsensu pazury u nóg i to nie pod presją, bo mogłem spokojnie jeszcze tydzień poczekać. Nie była to, zatem czynność wywołana rozumem, a tylko chwilowym porywem, a że zrobiłem to bez okularów i prawie po ciemku to jeszcze pokaleczyłem sobie stopy. Ale jestem gość i wiem, że „Ot takie cóś” to nie byle, co i to jest to.

Kocham to swoje szaleństwo.