ktak

Właściwie bez wiodącego tematu, takie tam pisanie co mi do głowy przyjdzie

Wpisy z okresu: 6.2014

Walę sie w pierś

Walę się w pierś

Ostatnie dni były jak to się mówi mocno wypełnione treścią. Zawracania głowy, że hej. Ja zaś, jako chłopiec/high chłopiec/ obowiązkowy postanowiłem i w czwartek i w piątek zrobić stosowny wpis. W czwartek do komputerka dorwałem się dopiero przed północą i jubileuszowy wpis numer 200 był taki na szybko. Poszedłem spać po 2-giej i obudziłem się parę minut po piątej i musiałem się pożegnać czule ze spaniem. Przy śniadaniu przyszedł mi do głowy temat wpisu o uniwersytetach. Niespecjalnie się zastanawiając nad konsekwencjami popełniłem go. Wydawało mi się, że tak jak durne i mało prawdopodobne wieści o skłonnościach do tycia mężczyzn poprzez ten żeński hormon tak i inne treści o urodzie czy zdrowiu podane w sposób w miarę wiarygodny znajdą swoich odbiorców. Nie tam żeby komuś krzywdę, ale tak dla żartu wymyśliłem wszystko o tej pani z uniwerku, o tych związkach i ich działaniu, jak również ten ciężkobrzmiący tytuł grantu był podany jedynie po to by dodać wpisowi powagi. Jedyne prawdziwe słowa w tym wpisie to uniwersytet, molibden, i algi. Wydawało mi się to wszystko niezłym żartem i byłem pewien, że nikt tego nie kupi, bo to stek bzdur. A okazało się, że czytelniczki mają do mnie niczym nieuzasadnione zaufanie, / za, które dziękuję i bardzo mi za ten żart wstyd- no może nie tak bardzo, bo radochę miałem jak rzadko/. Tak przyznaje jestem szowinistyczna męska świnia i nic tego nie zmieni, dotknąłem głęboko skrywanych emocji, nadużyłem, obraziłem, ośmieszyłem ukazałem w złym świetle i w ogóle jestem be, tu kończę samobiczowanie, bo popiół do posypywania mi się kończy. Więc dorzućcie jeszcze coś od siebie i mam nadzieję będziemy kwita. Jakoś nie mogę się przestać uśmiechać pisząc to, co piszę. Taki jestem i można mnie nie kochać-, ale nie polecam tego stanu. Skromność to norma. Aby jednak ustrzec moje ukochane czytelniczki chcę Was moje Panie powiadomić, że od czasu do czasu będę publikował teksty sygnowane skrótem nn-, czyli najprawdziwiej nieprawdziwe. Skrót ów będę starał się skrzętnie ukrywać, bo stanowić on będzie świadectwo mojej człowieczej uczciwości i głupoty publikującego na tak wielka skale jak publikacja, kto jest mordercą na początku kryminału. Zostawiam Was, więc oniemiałe moją bezczelnością, do widzenia do jutra, kochane Pani.

Wieści z uniwerków

Wieści z uniwerków

Nauka rozwija się w szalonym tempie i zakresy badań naukowych obejmują coraz to nowe dziedziny. Do tego możliwość stosowania cyfrowych metod obróbki danych, analiz statystycznych czy krzyżowych pozwala z jednorazowo uzyskanego materiału badawczego wyciągnąć dużo więcej ciekawych wniosków niż jeszcze kilkanaście lat temu. Otóż na przykład na Uniwersytecie w Nagoi pani Profesor Yuriko Yatamade prowadziła szeroko zakrojone badania nad wpływem zawartych w algach morskich substancji na ludzi, którzy maja z tymi algami do czynienia. I cóż się okazało?  Łowiący je rybacy i zbieracze mieli bardzo miękką skórę na dłoniach. To jakby w sposób naturalny potwierdzało, że wytwarzane z alg kosmetyki pozytywnie wpływają na skórę. Jednak pogłębiona analiza wyników wykazała, że to nie algi tak działają na skórę a tylko woda morska i to w połączeniu z pewnym czynnikiem wydzielanym z koszy, w jakich tradycyjnie przechowuje się algi po zebraniu. Sama zaś do tej pory uważana za cudowny lek zawarta w algach parafioza molibdenu ma działanie odwrotne. Otóż jak pisze pani Profesor dłonie mające bezpośredni kontakt z algami mają również kontakt z koszami i pozostają gładkie, a im wyżej badana jest ręka widać odwrotne zmiany na skórze, która wchłonęła parafiozę. Skóra zaczyna więdnąć i ma wyraźne tendencje quasicellulitowe. Co więcej rozochocona sensacyjnymi wynikami badań pani Profesor zdobyła kolejny grant na przedłużenie badań pod kątem zawartości parafiozy w innych kosmetykach, szczególnie w kremach kosmetycznych. Tytuł grantu to „ Kwantyfikacja związków molibdenu , ze szczególnym uwzględnieniem udziału parafiozy w procesach degradacji metabolidów roślinnych i naturalnych lipidów”. Zapowiada się sensacyjnie, bo pierwsze zależności odkryte przez panią Profesor zapowiadają trzęsienie ziemi w kosmetykach. Nie chcę wywoływać paniki, ale przez jakiś czas byłbym uważny w stosowaniu kosmetyków a nade wszystko radzę sprawdzać na opakowaniach czy kosmetyki zawierają parafiozę molibdenu. To przecież cichy zabójca. A może lepiej nie wiedzieć i dalej faszerować skórę dla ładnego wyglądu, dla nawilżania. W końcu robi się tak od tylu lat i właściwie bez problemu?

Co zaś się tyczy wczoraj przywołanego estragonu, toż to bardzo smaczne i nieszkodliwe zioło, niespecjalnie zresztą popularne, ale w wielu kuchniach stosowane.

200

200

Na wstępie bardzo przepraszam za ten późny wpis, ale dopiero teraz mam okazję coś napisać. Dzień był bardzo intensywny a zapasów nie miałem by opublikować. Dzień zresztą niezbyt szczęśliwy. Dzisiejsza historyjka będzie jednak wydaje mi się w miarę wesoła. Dodatkowo, aby wyjaśnić tytuł będzie to mój post numer 200.

Ale do rzeczy. Na jednym z portali wyczytałem jakiś czas temu, że w życiu kobiety model sylwetki przez życie zmienia się i że odpowiada za to estrogen. Odpowiada również za to, że po dwudziestce panienki troszkę przybywają na wadze i generalnie ich sylwetka ma tendencje do zmiany ze szczupłej na puszystą. Pod koniec życia po wyczerpaniu tego tak zwanego żeńskiego hormonu kobiety tracą na wadze. Co więcej naukowcy, bodaj skandynawscy, stwierdzili, że u otyłych mężczyzn notuje się mocno podwyższony poziom owego estrogenu. Nieuchronnie zacząłem się zastanawiać skąd chłop może nabyć taki hormon. Wiadomo od kobiety. Ale nurtuje mnie pytanie jak? Pewnie jest jakiś sposób by to hormonalne bydlę przenikało nasze męskie torsy definitywnie rujnując nasze sylwetki. Nie będę już wspominał ile niestety negatywów przyswajamy od kobiet, bo to fakt ogólnie znany, ale skupię się na tym jak ten estrogen do nas przechodzi. Metodą kropelkową? Bardzo mało prawdopodobne, bo nie ma go w powietrzu w płucach. Dużo bardziej prawdopodobna jest metoda wymiany płynów ustrojowych, na przykład pocałunek. Czy może być coś bardziej zdradliwego niż taka przyjemność połączona z otrzymaniem dawki tego ścierwa? Oczywiście jeszcze bardziej prawdopodobne jest przekazanie tego cudownego prezentu podczas tak zwanego futerkowania/ choć dziś w dobie walki z owłosieniem łonowym nazwa ta z lekka traci sens/. Wydaje mi się, że nawet podawanie rąk służy zarażaniu nas tym estrogenem. Taki byłem dumny z tego odkrycia, że na moment przerwałem czytanie i to był błąd, bo w dalszej części artykułu napisano, że rzeczone hormonalne bydlę przechodzi do nas wraz z pożywieniem przygotowywanym przez kobiety. Cóż to za wyrafinowana metoda nakłaniania mężczyzn do robienia sobie jedzenia we własnym zakresie. To mogła wymyślić jedynie kobieta. Patrzę na podpis i się zgadza. Zaraz dowiemy się, że koszule prane przez kobiety brudzą się dużo bardziej a po sprzątaniu domu przez nasze towarzyszki życia unoszący się kurz w zetknięciu z kobiecą skórą powoduje u wdychających go panów zanik erekcji. Natomiast rozwojowi męskości służą pieczenie ciast, przewijanie dzieci i oczywiście robótki ręczne. A co gorsza będzie o tym mówić w imieniu poważnego uniwersytetu szacowna Pani Profesor w wieku dwukrotnie przewyższającym tak zwany wiek Balzakowski. Klasycznie jak księża o usuwaniu ciąży.

Potem wyrzut myśli skojarzonych zaczął mi podrzucać troszkę inną nazwę, ale podobną do tego hormonu, czyli estragon i w głowie ulęgł się plan słodkiej zemsty.

Smaczki i kolorki

Smaczki i kolorki

Dzisiejszy dzień kojarzy mi się z kolorami i smakami. Na dworze wysyp kwiatów wszelakich i jak się jedzie przez miasto to wszędzie na balkonach, przed domami, na ulicach i na posesjach kwiaty, kwiaty i jeszcze raz kwiaty. Jest po prostu ślicznie. A tym, co uważają, że się nic nie zmieniło polecam oglądanie filmów typu Miś gdzie w tle widać całą szarość ówczesnej rzeczywistości. Kolory wsi i miast to coś, co naprawdę wbija w dumę. Nowe chodniki, ulice, wszechobecna zieleń i coraz więcej porządku na zewnątrz. Bark śmieci na ulicach, ładnie i coraz czyściej ubrani ludzie to znaki czasu. Nie ma powodu do wstydu przed innymi, bo może jeszcze nie Szwajcaria, ale Włochy czy Hiszpania to, czemu nie. Jak ktoś nie wierzy polecam wycieczkę na Ukrainę czy Białoruś. Ba nawet na czeską prowincję. Te pozytywne wrażenia potęguje jazda po Polsce samochodem. Pewnie, że jeszcze dużo do zrobienia, ale narzekającym polecam wycieczkę na Manhattan gdzie krzywe chodniki i dziurawe jezdnie to norma. Dopiero za miastami są autostrady. Nie o tym jednak chciałem piać a o tym, że ten kolorowy nastrój na zewnątrz przenosi się do domowych kuchni. Wysyp truskawek a co za tym idzie kolorowych ciast, galaretek, musów itp. Idzie w parze z młodymi ziemniaczkami z koperkiem i zsiadłym mleczkiem, z surówkami na bazie kolorowych warzyw. Zdrowych i najpyszniejszych o tej porze roku a przecież dopiero się rozkręcamy. Zaczęły się jagody i w domach pojawia się przysmak wszystkich Polaków pierogi z jagodami/ dla bardziej leniwych kluski z jagodami/. Dla mieszkańców Małopolski chodzi o borówki. To bardzo ciekawe, dlaczego jest taka rozbieżność w nazewnictwie, bo w centralnej Polsce borówki to zupełnie, co innego niż jagody, z krakowska chyba brusznice? Ale wracajmy do żarełka. Ja bardzo lubię prostą i zawsze wychodzącą surówkę z posiekanych i wymieszanych; cebuli, pomidorów, papryki i ogórków małosolnych. Doprawione lekko oliwką, solą i pieprzem puszczają one warzywka najsmaczniejszy sosik na świecie. Wspaniale się to jak pewnie wszyscy wiedzą komponuje z mięsem z grilla. A jak kolorowo wygląda, jak chrupie w ząbkach. Pysznota. Właśnie tak odbieram początek lata i to mi się bardzo podoba, bo to prawdziwe życie a nie jakieś tanie sensacyjki, czy plastikowe cycki jakiejś osoby, bo na pewno nie Pani.

Chyba jestem nienormalny

Chyba jestem nienormalny

Nowoczesna modą nie czytam gazet tylko rano przy śniadanku przeglądam portale z wiadomościami. Ta forma mi odpowiada, ale jak mówią nie ma przyjemności bez bólu rzekł lis całując jeża. Na początku działalności portali wiadomości o charakterze ogólnym stanowiły lwią część treści portalu. Od paru lat stwierdzam, że wiadomości ubywa na rzecz plotek o charakterze obyczajowym, informacji o pseudo gwiazdach / na przykład Radek Majdan/ czy wręcz zalewu nagości. Tak na to patrzę ze smutkiem i zastanawiam się, czemu ma służyć zestawienie masakry na Ukrainie z losami bohaterów seriali typu Barwy szczęścia czy innego. Jak daleko świat seriali zasłania rzeczywistość. Czy ludzie bardziej przeżywają prawdziwe kłopoty czy też plotki bądź urojenia postaci serialowych? Na ile wierzą, że właśnie tak wygląda świat? Czy epatowanie w serialach i tak zwanych komediach romantycznych bogactwem młodych ludzi bez dorobku nie jest fałszowaniem rzeczywistości? Czy zamiast dawać przykład daje się złudzenia i frustrację. Nie wiem, bo oczywiście widzę tylko część tego „świata”, wiem natomiast na pewno, że nie jest to uczciwa fotografia rzeczywistości. I jeśli to nie ma odniesień bezpośrednich do ludzi to OK, ale jeśli powoduje to zmianę wzorców dla młodych to stanowczo się temu sprzeciwiam. Jednym z najgorszych przejawów tego nurtu są tak zwane pokazy, premiery i inne targowiska próżności, na których pokazują się celebryci. Kogo interesuje to, że na polskiej premierze wody po goleniu XXXXXXXX pojawili się i tu lista ludzi, o jakich nawet nie słyszałem. Co to za wiadomość w porównaniu z tym, że np. Polska powoli acz systematycznie dogania poziom światowy. Wystarczy popatrzeć przez okno. Nie, bo ważniejsze jest to, że pani Z wypadła ze stanika wątpliwej, jakości pierś. Co to za nowina? I tak patrzę na te bezczelne głowy domagające się zniszczenia naszego państwa z własnej chęci zaistnienia i zawsze zadziwia mnie brak zdrowego rozsądku, że nawet gdyby oni się dorwali to i im ktoś może wyciąć taki sam numer w dowolnej chwili. Żyje się raz, a na pokaz ciuchów pani XYZ nie pójdę choćby mnie zapraszali. Taki rodzaj sławy mnie nie interesuje, inne zresztą też.

Problem znany z literatury

Problem znany z literatury

Zawsze nurtowało mnie to, o czym wspomniano w literaturze czy w opisach Kolberga z jego podróży po kraju. Chodzi o niezbyt ładny, ale dosadny zwrot, że ktoś ma mordę jak Tatar dupę. Nigdy nie mogłem sobie wyobrazić tej zależności, więc wiedziony instynktem badacza i ciekawością naukowca/ w końcu parę lat nim byłem/ postanowiłem zbadać tę kwestię. W tym celu wraz z Żoneczką i dwojgiem przyjaciół udaliśmy się do rzec można źródła, czyli do dwóch znanych tatarskich wiosek na wschodzie Polski. Swój cel podróży starannie ukryłem przed resztą towarzystwa słusznie mniemając, że tylko zwrócę na siebie niepotrzebnie uwagę przyglądając się przedmiotom badań. Tu muszę sam sobie wystawić świadectwo obiektywności, bowiem z ludzkich przyrodzeń tylko jedno budzi we mnie inne uczucia niż naukowa chęć znalezienia podobieństwa z ludzką / lub nie / twarzą. Chodzi oczywiście o to, które posiada moja ukochana. Ale wróćmy do badań. Po przejechaniu 250 kilometrów dojechaliśmy do miejscowości Kruszyniany. Miałem nadzieję, że uda mi się dotrzeć w porze obrzędów modlitewnych albowiem wtedy interesujące mnie przedmioty badań zobaczę bez wzbudzania sensacji. I rzeczywiście, gdy doszliśmy do meczetu ceremonia trwała. Z tym, że nas nie wpuszczono, więc mój misternie ułożony plan badawczy runął. Zapowiadały się studia na pojedynczych przypadkach zamiast badań grupowych. Zdeterminowanego badacza takie drobiazgi nie przestraszą. Najpierw udaliśmy się na cmentarz licząc na jakieś rzeźby nagrobne, bądź ryciny dające podstawę do badań. Nic z tych rzeczy, ani śladu żadnych eksponatów. Tylko po drodze jechał jakiś Tatar traktorem, ale z wiadomych przyczyn nie mogłem go, choćby powierzchownie studiować. W mojej głowie szalały myśli, co robić, co robić? I wtedy genialna myśl, idziemy do knajpy, tam na pewno znajdę obiekty do badań. Instynkt naukowca tym razem mnie nie zawiódł i usiadłszy w rogu restauracji o nazwie Tatarska Jurta od razu dostrzegłem kilka obiektów badawczych. I tu metodyka badań. No przecież nie mogłem się w obiekty wpatrywać jak nie przymierzając baran na wodę, bo wzbudziłbym powszechne zaciekawienie a u niektórych pewnie nawet złość. Może u niektórych inne uczucia, ale nie o to mi chodziło. Zdecydowałem się na metodę nowoczesnego skanowania laserowego. Czyli szybki rzut okiem zamknięcie powiek i analiza utrwalonego obrazu. Od początku wyniki nie wzbudzały entuzjazmu, ale się nie załamywałem. Po godzinnych badaniach połączonych z posiłkiem, miałem już wstępne ustalenia. Aby je potwierdzić pojechaliśmy do następnej miejscowości do Bohonik. Tam badania powtórzyłem – ta sama metodyka i jak się okazało identyczne wyniki. Wnioski są następujące; dupa tatara zewnętrznie nie różni się od dupy innych nacji i całe to powiedzenie jest pozbawione sensu, chyba, że nastąpiła jakaś istotna mutacja w czasie od powstania powiedzenia do dziś. Po tych wyczerpujących badaniach i uporządkowaniu wniosków udaliśmy się w podróż powrotną i wieczorem zasnąłem w poczuciu uczciwie przeprowadzonej roboty. Rzetelność badań i sumienność badacza zostały zaspokojone.

Biedronka cz.2

Marzenia stawały się natrętne, jego niemożność latania wydawała mu się kalectwem ograniczającym go bardziej niż wszystko inne. Postanowił się umieść. Ale w tym celu musiał się wydostać ze swojej skorupy codzienności a nie był o to proste. W sklepie kupił gazetę, co czynił sporadycznie, bo zasadniczo świat go nie interesował i w tej gazecie przeczytał o lataniu samolotem. Długo się zastanawiał, co zrobić i w końcu wykupił bilet powrotny do Rzeszowa. Oczywiście nie chciał lecieć sam. Przygotował małe, ale wymoszczone watka pudełeczko z nakłuciami dla umożliwienia oddychania dla swojej biedronki. Dał jej wejść na swój palec. Uwielbiał jak po nim chodziła, dawało mu to prawie rozkosz. Posadził ją w pudełeczku i tak robił codziennie za do dnia wylotu. Pojechali na lotnisko i wsiedli do samolotu. Ukryta na jego piersi biedronka zdawała się spać spokojnie. Dla Stefana start i sam lot to było jedno wielkie drżenie, zachwycony widokiem chmur i tym, że się unosi trwał tak zesztywniały i dosłownie wniebowzięty. Lądowanie było brutalnym przerwaniem stanu nirwany, w jaki wpadł. Wysiadł z samolotu i nie wychodząc z lotniska czekał na samolot powrotny, podniecony jak nigdy dotąd. Po powrocie do domu siedział na krześle długo w noc kontemplując to, co się stało.

Od tego dnia jego uporczywym marzeniem było oderwanie się od ziemi. Odnalazł miejscowy aeroklub i na początku, jako pasażer płatnych lotów a z czasem, jako znajomy z lotniska, potem pomocnik w obsłudze samolotów, potem dodatkowy pasażer zabierany na loty przez różne załogi aż wreszcie, jako pilot po skończonych kursach Stefan wybrał do latania szybowce. Po pracy nie wracał już do domu, pędem biegł na lotnisko i gdy tylko mógł latał szybowcem. Szukał prądów powietrznych wznoszących i unosił się w powietrzu wolny i naprawdę podobny do ptaka. Urzekały go widoki i cisza. Bliskość słońca nawet w pochmurne dni.

Jego ukochana biedronka odeszła od niego w krainę wiecznych łowów. Bardzo mu było jej żal. Na lotnisku miał wielu znajomych, bo taki cichy i niewchodzący nikomu w drogę człowiek stał się z czasem stałym elementem wyposażenia lotniska. Szef aeroklubu w uznaniu jego bezinteresownej pracy i widząc jego pasję zaproponował mu stałą pracę na lotnisku. Stefan zwolnił się z pracy, sprzedał mieszkanko i zamieszkał w małym pokoiku przy hangarze. Znali go wszyscy korzystający z lotniska i wszyscy się dziwili, dlaczego Pan Stefan codziennie jest uśmiechnięty i zadowolony. Lata mijały i Stefan był coraz starszy aż zachorował. Zaczął znikać na całe godziny z lotniska, ale wracał, choć coraz w gorszym stanie zdrowia. W końcu wylądował w szpitalu, gdzie zmarł.

W parę dni potem na jednym z placów miasta odsłonięto pomnik. Na cokole widniała rzeźba biedronki a pod nią napis „ Przyniosła szczęście” i pod spodem „Fundator Stefan-lotnik”

Biedronka cz.1

Biedronka

Rodzice Stefana zmarli, gdy miał 21 lat. Zostawili mu malutkie jednopokojowe mieszkanie ze ślepą kuchnią i malutką łazienką. Stefan lekko kulał na jedną nogę i dlatego nie był w wojsku, co mu bardzo odpowiadało. Pracował w fabryce przy prasie hydraulicznej. Praca nie była skomplikowana, raczej monotonna. Automat podawał pod prasę blachę, wtedy Stefan naciskał przycisk i olbrzymi stempel wyciskał w blasze żądany kształt. Potem automat zabierał blachę spod prasy. Tym nieskomplikowanym zabiegom towarzyszył syk prasy, wizg gniecionej stali i zgrzyty wszelkiego rodzaju. Stefan jednoosobowo obsługiwał prasę, zawsze z tą sama smutną miną beznamiętnie przyciskając guzik. Kolegów w pracy nie miał, bo dosyć trudno było rozmawiać w tym hałasie a w czasie przerwy śniadaniowej wszyscy chcieli ciszy. W milczeniu jedli kanapki przyniesione z domu i po posiłku wracali do pracy. W wypadku Stefana była to niezmiennie kanapka z żółtym serem i z kiełbasą. Stefan był cenionym pracownikiem, bo nie chorował, był uważny i z jego prasy było najmniej odpadów. Z drugiej strony, mimo, że pracował w zakładzie blisko 20 lat nie wiedział jak mają na imię koledzy z innych stanowisk. I chyba nie bardzo chciał wiedzieć. Po pracy pieszo wracał do siebie do mieszkania, po drodze robiąc zakupy. Po powrocie do domu robił sobie obiado-kolację i po posiłku sprzątał ze stołu, przystawiał sobie krzesło do okna, gdzie miał swoje ukochane rośliny. Podlewał je, delikatną szmatką czyścił liście z kurzu, obserwował zmiany, jakim podlegały, w miarę potrzeby przesadzał i cieszył się każdym nowym listkiem. Szedł spać wcześnie i wcześnie wstawał. Nie chorował, nie spóźniał się do pracy.

Towarzyszki życia nie miał, już dawno podjął decyzję, ze jest tak mało atrakcyjny, że żadna kobieta go nie zechce a i one się nie garnęły. Lekkim koszmarem dla Stefana były dni wolne od pracy. Ale właśnie wtedy sprzątał swoje mieszkanie, robił pranie i zwykle po śniadaniu dawał sobie godzinkę na wspominki. Najcieplejszym wspomnieniem Stefana był rosół z lanymi kluskami, jaki robiła mu Matka. Sam nigdy się tego nie nauczył i tylko we wspomnieniach ten smak wydawał mu się ideałem doskonałości kulinarnej. Dni mijały tak samo a Stefan je nawet lubił i nie tęsknił za zmianami. Jego oszczędności rosły, bo wydawał minimalnie i ponad połowa jego pensji lądowała na koncie. Miał już na nim całkiem sporo. Dla rozrywki kupował w sklepie los Lotto i sprawdzał wygrane, lub dużo częściej przegrane.

Pewnego dnia w życiu Stefana nastąpiła olbrzymia przemiana. Była wczesna jesień i po powrocie z pracy usiadł jak zwykle przy swoich ukochanych roślinkach. Coś go zaniepokoiło, coś było nie tak. I wtedy spostrzegła JĄ. Była prześliczna, czerwona w czarne kropki, delikatna a zarazem silna i energiczna. Patrzył na nią jak urzeczony, imponowała mu tak przelatując z kwiatka na kwiatek. Patrzył na nią nie mogąc oderwać wzroku. Położył się późno i trudno mu się zasypiało na szczęście nazajutrz była sobota.

Od tego dnia w życiu Stefana nastąpiła przemiana. W pracy czy po niej myślał jakby dogodzić swojej nowej przyjaciółce, bo tak ją postrzegał. Powoli zaczynał odkrywać przyjemność dawania. Na początek zadbał by biedronka zawsze miała czystą wodę do picia. Potem przemyśliwał jak jej dogodzić kulinarnie i w końcu odkrył, że smakuje jej woda z cukrem. Codziennie jej przygotowywał świeżą porcję i z ogromną przyjemnością patrzył jak pije. Obserwował jej toaletę i codzienne poszukiwania na listkach jego roślin. Za oknem była już chłodna jesień, więc Stefan nie bał się, ze biedronka odfrunie. Dzień za dniem mijał a w życiu Stefana pojawiły się dwa nowe elementy. Pierwszy to główna wygrana w Lotto. Wiadomość o niej go zaszokowała, ale rozwiązał sprawę szybko przekazując wszystko na konto. Za dwa dni już o niej nie pamiętał. Druga o wiele bardziej znacząca zmiana to marzenia. Do tej pory ich nie miał. To były raczej wspomnienia o matce i ojcu. Teraz zaczął marzyć by stać się takim jak biedronka. Unieść się w powietrze, popatrzeć na rośliny z innej perspektywy.

Telefon

Telefony

Widok ludzi idących z telefonem przy uchu dziś już nikogo nie dziwi. W kawiarniach, pociągach czy gdzie indziej ludzie siedzą i głaszczą telefony. A najgorsze to jak siedzi para młodych i nie rozmawiają ze sobą tylko głaszczą. Nie siebie telefony. Z tego, co wiem to nawet na imprezach tak się zachowują. Ekran najbliższym przyjacielem człowieka.  Nawet jak idą na spacer to z telefonem. W ogóle wszystko jest zamiast. Zamiast jedzenia fast food, zamiast spaceru siłownia, zamiast rozmowy Facebook, zamiast książki filmiki na YouTube. I tak dalej. Kwiaty zastępują światełka LED, obrazy to elektroniczne ramki, książki zastępują epoki itp. Itd. Dla wielu ludzi to przerażające i wręcz nie do pomyślenia, bo oni lubią te rzeczy starszej daty. I tu pragnę wlać w te duszyczki niespokojne trochę osłody. Otóż powoli i młodzi zaczynają być zapędzani przez technologię w kozi róg. Zaczęło się od płyt CD z muzyką. Nieśmiała odpowiedzią tych, co się nie załapywali był i jest winyl i adaptery. Marketing zrobił z tego coś niszowego oraz wiadomo elitarnie drogiego. Potem wzmacniacze na lampach elektronowych. Znów zabytki, ale ekskluzywne. Nikt mnie nie przekona, że ci, co tego używają słyszą różnicę, bo to nieprawda. Eksplozja rowerów i coraz to zmniejszające się zapotrzebowanie na siłownię też potwierdza trend. A mody na gotowanie w domu czy meble z lat sześćdziesiątych zeszłego wieku również. Dlatego bardzo mnie ucieszyło powtórne zainteresowanie telefonami typu Nokia 6310 i innymi starszymi modelami, bo od jakiegoś czasu obserwuję jak ludzie kupują telefony i nie używają połowy dostępnych w nich funkcji. To samo jest w telewizorach. Ci, co na ekranie do 40 cali dostrzegą różnicę między HD a SD należą do rzadkości i widzą głównie format obrazu a nie jego cyfrową, jakość, a już lansowana obecnie rozdzielczość 4K lub 8K to daje możliwości sprawdzenia się na ekranach typu 100 cali przekątna. Jesteśmy, zatem świadkami wmawiania nam olbrzymiej nadmiarowości i powolnego acz stałego odwrotu od technologii. Stąd popularność turniejów rycerskich i piastowskich wiosek. Wracamy do korzeni, ale w eleganckim otoczeniu, bo po złomotaniu Krzyżaków w replice bitwy pod Grunwaldem dzwonimy do znajomych z najnowszego telefonu, publikujemy zdjęcia na Fejsie i wsiadamy do nowego samochodu, aby podjechać do KFC na ptaszka, a dnia następnego do kościoła. I jakoś nie dostrzegamy w naszych czynnościach niekonsekwencji, czy braku logiki. A spacer pod drzewami i prawdziwe uczucia czekają.

Skóra

Skóra

Dzisiaj miałem zamiar popisać o tym skąd biorą się nazwy różnych czynności, jakie wykonujemy, bądź stanów, w jakich przebywamy. Chciałem zacząć od tego skąd się wzięło określenie biegunka, ale to trywialne, zrobiło mi ssie wstyd i opiszę inne cudo natury. Konkretnie chodzi mi o skórę.

Z punktu widzenia inżynierskiego to genialny pomysł, płytki połączone ze sobą, jako ochrona. A ileż wariantów tego samego rozwiązania. Od bardzo cieniutkiego nabłonka po pancerzyki chitynowe zwierzaków typu żółw, / chociaż ten pancerzyk a właściwie jego materiał nazywa się chyba szylkret/, poprzez muchy krokodyle, pancerniki. W świecie roślin też ta konstrukcja święci triumfy choćby, jako kora drzew czy budulec na łodygi roślin. Idea okazała się na tyle uniwersalna, że nawet powłoka planet jest wykonana z płyt, tak jak skóra. Cały geniusz to spojenie tych skórzanych płytek. Bo przecież ich elastyczne powiązanie realizuje odwieczne marzenia inżynierów, aby stworzyć coś jednocześnie twardego i elastycznego. I przyroda to wykombinowała. Ale czy zawsze ta idealność się realizuje? Chyba nie. Szczególnie mam wątpliwości w wypadku tkanek osłaniających mózg niektórych osobników. Tam konstrukcja wydaje się jedynie sztywna. Grama elastyczności, a co za tym idzie możliwości rozwoju ilościowego, czyli rozszerzania horyzontów. Taki beton jak zasypany reaktor w Czarnobylu. I tu znowu analogia słowna reaktor i redaktor tam mało się od siebie różnią, że i jedno i drugie może być nosicielem postępu, rozwoju albo zacofania i strachu. Niestety wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach reaktory są niemile widziane, bo obawa przed niebezpieczeństwem jest większa niż spodziewane korzyści. W wypadku dzisiejszych redaktorów nie ma się, co spodziewać korzyści, jedynie afery i robienia z nas idiotów. Może, więc wobec tak oczywistej rzeczywistości nie potraktować tych państwa tak jak tego reaktora w Czernobylu i wielu jemu podobnych? Wygasić i z głowy, bo, po co komu ich praca?