ktak

Właściwie bez wiodącego tematu, takie tam pisanie co mi do głowy przyjdzie

Wpisy z okresu: 7.2014

Śliwa

Śliwka

Od wielu lat wiadomo, że śliwki a pyszne. Poza powidłami śliwkowymi, dżemami i napojami czy jogurtami o smaku śliwki, są jeszcze takie specjały jak śliwowice nasze i zagraniczne, ciasta ze śliwkami i dla mnie te najlepsze z najlepszych knedle ze śliwkami.

W pracy na terenie posiadamy wyjątkową rzadkość, a mianowicie drzewko śliwki węgierki. Czyli największej gwiazdy wśród śliwek. Owoce rodzi i w wielkiej liczbie i pyszne jak osmy cud świata i zero konkurencji. Na pierwszy rzut oka idylla. Ale jak są blaski to są i cienie. Otóż drzewko zostało zaatakowane przez jakiegoś szkodnika. Bydle małe, ale perfidne jak mało. Okazuje się, że wczesną wiosna wyklute w ziemi małe insekty wyłażą z ziemi i zaczynają taniec godowy. Przy okazji zapylają śliwę i szaleją w miłosnym tańcu. Aż do zatracenia. Samce padają szybciej a zapylone samiczki składają jaja w zalążkach owoców. I potem rytualnie padają. Jajeczka wraz ze wzrostem owocu maja zapewnione wyżywienie oraz ochronę, więc się rozwijają i powstaje z nich robal wstrętny, który owoc zżera. Potem te robale powodują, że owoce spadają na ziemię a robale znajdują sobie w ziemi legowisko na zimę. I jak tu temu świństwu zapobiegać? Przechowuje się i przezywa w ziemi. Opryski pomagają niewiele. Od dwóch lat stosujemy cos nowoczesnego – pułapki ferromonowe. Jak to działa? Zawiesza się na drzewie i wabi samce zapachem samic, a w środku pułapki klej. Bestialsko, ale skuteczne, przykleja się i nie zapładnia. Oczywiście nie wszystkie giną. Wyobrażam sobie jak te cwańsze podpuszczają te głupsze i sami w rezultacie maja dostęp do większej ilości samic.  Natura nie zna litości. W drugiej fazie zaczyna się wyścig pomiędzy łasuchami / zjem śliweczkę / a robactwem. Smakosze wybierają owoce, oglądają czy przypadkiem robaczek nie zawędrował do środka i zatapiają ząbki w pysznym miąższu. Słodki soczek o charakterystycznym zapachu zlatuje na brodę i paluszki, ale mordka się cieszy. Jest bosko i jeszcze jedna i jeszcze. A w tej następnej siedzi podstępny robal i zniechęca do uczty. Są tacy, co wywalają ten kawałek z robakiem. Widziałem takich, co im robak nie przeszkadzał. Wszystko jedno zabawa w chowanego z robalami trwa w najlepsze, z tym, że po kilku latach przegrywania zaczynamy wygrywać. Oto potęga feromonów.

Okazja

Okazja

Zawsze jak coś się dzieje w polityce to na jej marginesie do działań ruszają hieny. Teraz słyszę o ostrych sankcjach wobec Rosji za to, co dzieje się na Ukrainie. Z punktu widzenia „normalnego” człowieka to zostanie przyjęte z zadowoleniem a nawet niektórzy będą marudzić, ze za słabo. Ale jest cała grupa chytrusków, bez względu na narodowość, która sankcji łaknie jak kania dżdżu. Zapewniam, że już są stworzone i wypracowane metody jak sankcje obejść, jak rosyjskie pieniążki ulokować na teoretycznie zastrzeżonych kontach/ ot czy kto słyszał o zamrażaniu środków na Kajmanach czy w Lichtensteinie/, już są wytypowani ludzie, którzy będą wykupywać akcje zachodnich przedsiębiorstw. Nie są to zwykli ludzie tylko tacy, na których mocodawcy maja olbrzymie haki z zagrożeniem życia włącznie. Już też są opracowane kanały przerzutowe dla technologii, moim zdaniem przez Chiny, bo tam prawo nie funkcjonuje a ich bojkot byłby zbyt niebezpieczny dla światowych gospodarek. Porty mają drogi też a długa granica aż się prosi o owocna współpracę. Jedyne, co może tę idylle zakłócić to jednak beznadziejna struktura transportowa na Syberii. Ale zawsze można towary zwieźć na południe i tamtejszymi szlakami dowieźć do matiuszki centralnej Rosji. Więc tak bardzo się nie boją. Znacznie gorsze będą możliwości na przykład zakupu przedsiębiorstw na zachodzie a co za tym idzie wejście w światowy system gospodarczy. To się odbije. Jest jeszcze coś, większość żywności dla Rosji produkowała Ukraina. I choć stosunki nie są dobre to dalej a żywność idzie. A jak ustanie? I jak Unia wyda embargo, to, co? A co to znaczy dla nas? Z jednej strony dobrze, bo i gazo port zbudujemy i ceny gazu powinny spaść /teraz mamy najwyższe w Europie, umowę podpisał rząd Prezesa/ i będzie coś w rodzaju dywersyfikacji, czyli pozyskiwania surowca z różnych źródeł. Dodatkowy kop dla wydobywania polskiego gazu. Ale to są blaski, są i cienie. Takie jak spadek eksportu do Rosji, a jest tego trochę. Czyli kłopoty naszych producentów. Myślę jednak, że przełoży się to na wykup indywidualny, przez rosyjskich turystów. I na koniec ważne, choć nie za miłe. Może doczekamy się stacjonowania amerykańskich wojsk w Polsce, bo tego Rosjanie się boją. I to jest moje słowo na środę , a hieny merdają ogonkami i pala sie do akcji.

Głowa

Głowa

Wczoraj już w połowie leżenia miałem wątpliwości czy wstanę. Gdy kończyłem pokutę i wyleżałem swoje ciężar myśli dobił mnie po stokroć. Ileż spraw do mnie dotarło, ile rzeczy zrozumiałem. Ale najważniejsza to jest fakt, że właśnie to zrozumienie jest największą pokutą. Ostatnio wiele razy, gdy rozmawiam z ludźmi zasadniczo nie interesuje ich to, o czym mówię, przerywają i mówią swoje. Najczęściej na inny temat, taki, jaki ich interesuje. W świadomości mojej następuje przewartościowanie wzrasta ilość mówców, maleje ilość słuchaczy. Druga rzecz to to, o czym mówią. Mówią najczęściej o tym, co uważają za słuszne, co według nich jest ważne i coraz częściej uprawiają marketing osobowy na rzecz osoby mówiącej. Czyli się chwalą, reklamują. Zastanawiałem się skąd to się bierze, czy Ci ludzie są samotni, niemający okazji dzielić się żywym słowem? A może to ofiary opadającej nas kultury obrazkowej ograniczającej dialog do minimum? Może. Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Jest jeszcze jedno wytłumaczenie, ludzie patrząc na tych wszystkich celebrytów, co tylko są a nie mają nic do powiedzenia i ich głupota ośmiela ludzi do mówienia. Widzą dziennikarzy przeprowadzających wywiad z kimś, za kogo mówią i wsadzają mu usta swoje poglądy i to też jest normą/ ot sławne Pochanke, czy Olejnik/. Wniosek jest prosty wystarczy mówić a co to nieważne, ważne, aby ktoś słuchał. Tak mi w tym szumie umyka sens i potrzeba wypowiedzi, bo to przecież sztuka przekazywania sobie informacji, przemyśleń i temu podobnych. Temat, zatem nieważny. I to mnie bolało i męczyło w czasie pokuty. Co gorsze boli mnie do dziś. Pewnie poboli i jutro. No, bo, po co gadać, jeśli nikt nie słucha? Na pilotach jest przycisk MUTE, który wyłącza dźwięk. Ciekaw jestem jakby tak wszystkim naraz wyłączyć to ile procent by się zorientowało, że nie są słyszalni? Myślę, że niewiele. Dalej by gadali, bo wystarczy, że widzą słuchacza, reszta nie jest potrzebna. Pogadaliby i by poszli, przecież nie oczekują odpowiedzi, nie o to chodzi.

Pokuta

Pokuta

Trochę ostatnio blogowo narozrabiałem. Pisałem mnóstwo nieprawdy i co z tego, że w formie żartu. Kara się należy. W tym kontekście zacząłem kombinować jak sobie dopiec, ale tak żeby bolało. Najpierw chciałem się biczować, ale czy ja mam tyle siły by sobie samemu przyzwoicie dowalić? Na pewno nie, nie mówiąc o tym, że na sobie to tuz przed uderzeniem ręka się sama zatrzymuje i mniej boli. A pokuta ma być prawdziwa. Drugi pomysł to pociąć się żyletką i sola posypać. Ale tu także piętrzą się trudności. Po pierwsze strasznie pobrudziłbym w domu, po drugie moja Bogu ducha winna Żona by to strasznie przeżyła. Następny pomysł, jaki mi przyszedł do głowy to umęczenie psychiczne. Zrobiłbym sobie nagą fotkę i zamieścił w Internecie, czy na blogu czy na FB. Szyderstwom nie byłoby końca ja uszami wyobraźni słysząc te uszczypliwe uwagi skręcałbym się w psychicznej poniewierce i mnie to by dowaliło. Jednak pilnie skrywana tajemnica alkowy przestałaby być tajemnicą. Co robić pytam się, co robić i wtedy olśnienie. Kupiłem worek jutowy, wyciąłem w nim dziury na głowę, i ramiona i tak uzbrojony poszedłem leżeć krzyżem. Jako ateista nie poszedłem oczywiście do kościoła, tylko do piwnicy. Położyłem się na kafelkach twarzą do ziemi i zległem na połówce twarzy piersiach, brzuszku, wzgórku i palemce, kolanach i palcach u nóg. Jak tylko się przytuliłem do podłogi zrobiło mi się błogo. W piwnicy chłodno, żar nie dociera nic tylko leżeć. Więc się przymuszam do tej pokuty leżę i udaję, że cierpię. Ale z czasem jakby coraz gorzej włosienica zaczyna uczulać, ciało swędzi, drapię się bezustannie. Więc myślę, że może by tu sobie troszkę ulżyć, przecież nie narozrabiałem aż tak bardzo. Przyniosłem sobie chłodne bawełniane prześcieradełko. Wdzięcznym ruchem zrzuciłem włosienicę, nakryłem się bawełna i leżę. Zamiast cierpieć coraz mi lepiej, oczy się zamykają i tak resztką sił wyrzucam z siebie myśli o zakonnikach leżących krzyżem w kościołach. Wyrzuty sumienia wracają. W końcu, kogo ty oszukujesz Krzysztofku. A dość tych usiłowań mówię sobie po paru godzinach i próbuję wstać. A to nie takie proste. Co mnie nie bolało od góry do dołu. Pionizacja zajęła sporo czasu. I tak oto chciałem pokutować a wyszło marnie nn. I nawet czas pokuty trzeba stosownie dobrać.

Powód

Powód

Jest powód i nawet nie wypada odmówić. Co zrobić tradycja. I nie mam na to wpływu, nawet organizm to popiera, choć nie wiadomo, dlaczego. Zacząłem od śniadania, e nawet przed śniadaniem. Pierwszego huknąłem pod codzienne pastylki, licha zakąska, ale co tam. Drugi pod owsiankę, nadzwyczaj odważne połączenie, ale wszedł u spłynął. Potem jeszcze jeden do herbatki, tak trochę po góralsku, Pod prysznic i do roboty. Gdy wsiadałem do samochodu czułem się pewnie, nie miałem wątpliwości jak i gdzie jechać a nawet korciło mnie, aby zamiast normalnej marszruty pierdoły, czyli jazdy zgodnie z przepisami troszeczkę poszaleć, ale sobie pomyślałem, po pracy jak będę weselszy. Dojechałem do roboty a tu pytania, problemy a ja, co problem to lufa i decyzja. Jak jakiś automat, pytanie lufa odpowiedź. Pracowało mi się coraz lżej, z tym, że widziałem coraz gorzej. Na chwile przerwałem tę decyzyjną huśtawkę, oznajmiając mój umysł musi odpocząć. Nie powiedziałem tylko, że nie od decyzji a od katalizatora. Przypomniałem sobie o kanapce i zjadłem ja ze smakiem. Miałem wykonać jakieś przelewy, ale resztki rozsądku mi nie pozwoliły. Potem znów sesja decyzyjna. I tak byłem skoncentrowany na pracy, że pod koniec sesji poprosiłem Panią, co u nas sprząta o rękę, ale mi odmówiła- nie wie, co traci. Nic to, po ścianach dotoczyłem się do samochodu, po palcu włożyłem kluczyk do stacyjki i wreszcie poczułem się u siebie. Pojechałem do domu, po drodze jakiś cham srebrnym samochodem z napisem reklamowym na P i z niebieskimi paskami po bokach próbował zajechać m drogę, ale się nie dałem, walnąłem gnoja i szczęśliwie niezagrożony dojechałem do domu. Samochodu nie wprowadzałem do garażu, a nuż się jeszcze gdzieś z żoną wybiorę. Wszedłem do domu z trudnością, coś chyba było rozlane na schodach, umyłem ręce, powitała mnie Żona ze swoja siostrą bliźniaczką, no identyczną. Z tym, że ta siostra to była dla mnie nowość. Dostałem na obiad dwa obiady, które zjadłem dwoma widelcami, do tego wypiłem podwójna lufę i zacząłem myśleć, co robić z tak pięknie rozpoczętym dniem. Zacząłem Żonę namawiać na teatr lub kino, niestety w kontekście fotele, zgaszone światło a nie wartości artystyczne. Ona się połapała i stanowczo odmówiła. W tej sytuacji poczułem się lekko obrażony, czemu dałem wyraz manifestacyjne waląc się na kanapę. Zasnąłem w połowie wysokości. Cóż za sny miałem, a gdy się ocknąłem wydawało mi się, że niestety nad domem szaleje trąba powietrzna i wszystko wraz z nią wiruje. Walnąłem jeszcze jedną lufę na odwagę i chciałem ruszyć na pomoc rodzinie. Niestety przyroda podcięła mi nogi i znów powaliła na kanapę. Straciłem przytomność. Gdy 24 godziny później ocknąłem się schorowany….. Ale to już wszyscy znają

 

Azory

Azory

Myślę, że dzięki temu, iż pozostaję w ZUS składka emerytalna, na którą odkładam całe życie pozwoli mi w sposób godny dożyć na Azorach. A ponieważ są wakacje to można pomarzyć troszkę jak to będzie. A więc mieszkać będziemy w małym domku jednopoziomowym/ zakupionym za środki ze sprzedaży mieszkania spółdzielczego w blokowisku/. Wszystkiego ze cztery izby, to znaczy kuchenka, dzienny pokoik, sypialnia i sypialnia dla gości. Do tego taras, częściowo pokryty roślinnością, raczej duży. Na tarasie piecyk/grill plus miejsce na dwie, trzy beczułki napojów ułatwiających trawienie. Do tego skuterek, żadnych aut. Zapomniałbym o łazience, ale wiadomo musi być. Więc skromnie, ale wygodnie. Życie odbywać się będzie przy otwartych oknach, spanie też. Fajnym dopełnieniem szczęścia byłaby skromna piwniczka pod domen do przechowywanie produktów stałych i płynnych. Tak przygotowany domek zamieszkujemy. Dookoła malutki spłachetek ziemi a na nim ze dwa trzy drzewa cytrynowe, grządka ziół wszelakich, może pomidorki czy papryki, ale niekoniecznie. Rano śniadanko a na nie jakieś produkty z mleczkiem, twarożki, jajeczka czy w ostateczności parówki. Potem wyjazd na skuterku na targ warzywno –spożywczy. A tam świeżutkie owoce i warzywa, owoce morza, mięsko i pachnące chlebki. Nabywamy, co potrzeba i z powrotem do domku. Tam pyszna, kawka lub herbatka i do zajęć. Komputerek, książeczki tak ze dwie trzy godzinki. Potem przygotowanie obiadku. Dużo świeżych jarzyn i do tego może jakieś owoce morza, kawałek rybki, ale delikatnie. Po posiłku pojechałbym na rybki, ale nie wieloryby tylko tak się pobujać na wodzie albo, choć na nią popatrzeć. Wyniki właściwie obojętne. A tak około 8 wieczorem rozpalanie pieca lub grilla przy pierwszej szklaneczce, potem warzywka i dip, a na ruszcie coś bardziej konkretnego. Powolne podpiekanie tego konkretu aż do właściwej postaci. Gotowy wyrób zjadamy popijając stosownym napojem a po kolacji siedzimy sobie na tarasie i gadamy długo w noc. Raz ze znajomymi raz sami. I to by mi odpowiadało. Byłby czas poczytać pomyśleć i oderwać się od tych wszystkich codziennych problemów. Byłbym daleko i nie byłoby możliwości ubierania mnie w różne problemy. I tak chyba wygląda mój wymarzony raj. Ale prymityw.

A dookoła zielono Golfstrom zapewnia temperaturę naturze , natura zapewnia żywność i warunki do życia. Spokój . I tak ma być. No może jeszcze pies Azor?

Aklimatyczny

Aklimatyczny

Wymyśliłem to słowo, bo pasuje ono do mnie. Jak już wspominałem nie bardzo się przejmuję zimnem a jak mawiał klasyk ciepłem za to tez nie. Niza bardzo jestem uzbrojony ubraniowo na zimę, nie mam na przykład bardzo ciepłego sweterka, ale w drugą stronę wieczorowa wersja stroju kąpielowego, czyli slipokrawat też nie ma miejsca w mojej szafie. Taki niedostosowany facet. W sobotę znajomi robią grilla i zapraszają, ale nie bardzo mam, w czym pójść, tylko dżinsami i jakaś koszulka, ta sama od kilku lat / bez żartów oczywiście wielokrotnie prana/. I powiem szczerze, że w ogóle mnie nie bierze chęć posiadania coraz to nowych koszulek w modnych kolorach. Ważne, aby było w nich nie za ciepło i nie za zimni a przede wszystkim wygodnie. Moja Żoneczka oczywiście mówi, że najchętniej bym chodził w worku, ale nie dopuszcza mnie do drzwi bez powiedzmy schludnego ubrania. Gdybym założył worek to – Stańczyk na drzewo, mały pikuś przy niej. Bluzka bez względu na grubość materiału trzaska na piersi i jak hiszpański rewolucjonista krzyczy- no pasaran!! Ostra jest, że strach się bać. Więc dyplomatycznie stosuję ssie do wskazówek kierowniczki naszego gniazda i chyba nieźle na tym wychodzę. Ale przecież nie o tych sprawach miałem pisać. Moja mała wrażliwość na klimat podsuwa mi myśli gdzie można by mieszkać, aby ubranie nie stanowiło problemu, gdzie przez cały rok jest mniej więcej podobna pogoda i temperatura. I jest kilka takich miejsc. Jedno to Wyspy Azorskie. Nigdy nie byłem, ale Golfstrom Obmywa je regularnie cały rok temperaturka ok 20-22 stopni, jednak często pada. Na mnie deszcz nie robi specjalnego wrażenia, parasola nie używam a nawet nie lubię, wole zmoknąć, więc takie deszczyki to mały problem, z tym, że nie mieszkałbym tam sam, a włosy mojej wybranki są wyjątkowo podatne na wilgoć, więc wiadomo nic z tego. Ale pomarzyć można. Szafa byłaby skromna, parę koszulek, spodni i bielizna, dwie trzy pary butów i wszystko. Codziennie słonko albo deszczyk, dookoła pływają wieloryby jedzenie świeże nieskażone pestycydami, trunki smaczne i lekko chłodne. Pysznotka. Do tego ja z komputerkiem pod drzewkiem, piszę następnego posta lub może jakąś książeczkę? A obok moje ślubne szczęście czyta sobie jakąś powieść, potem idziemy na drobne zakupy spożywcze, razem pichcimy coś dobrego na obiadek, potem druga część zajęć, na przykład na rybki czy cos innego, kolacyjka na tarasie, winko, od czasu do czasu odwiedziny znajomych. Ale się rozmarzyłem.

Teoria względności

Teoria względności

Do napisania tego postu zachęciła mnie wypowiedź mojej najdłużej czytającej mnie czytelniczki. Chodzi mianowicie o to jak staramy się być dobrzy i chcemy by partner/ partnerka to docenili. Otóż tutaj jest bardzo wielki rozdźwięk pomiędzy tym jak myślimy, ze jesteśmy dobrzy a tym jak tę dobroć postrzegają nasi partnerzy. Niestety jestem mężczyzną i ten kierunek patrzenia na siebie i partnera jest mi bliższy. Dlatego też na przykład to, że partnerka się stara bym wyglądał ładnie i elegancko na mojej liście oczekiwań od partnerki nie są na zbyt wysokim miejscu. Kiedyś jak byłem młody i wolny to jedna koleżanka postanowiła mi zrobić sweterek na drutach. Wiadomo, darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, ale efekt był taki sobie. Ja, jako osobnik o bardzo krótkiej szyjce/ ABS/ otrzymałem golfik, szyja w nim ginęła i był prawie na oczy, ale się uśmiechałem radośnie. Dodatkowo zakładając to cholerstwo zdzierałem sobie skórę z nosa a zdejmując prawie łamałem nos, bo inaczej nie przechodził przez głowę. Był w gustownym szarym kolorku ważył chyba parę kilo, ale był ciepły. Ja jestem raczej zimnego chowu, obecnie jeżdżąc samochodem nie posiadam: czapki, szalika, rękawiczek. Ale wtedy podróżując tramwajami sweterek był jak najbardziej na miejscu, tyle, że po przyjeździe na miejsce trzeba go było zdejmować a obtarty nos sugerował, że zamiast w tramwaju było się ciągniętym przez tramwaj na holu twarzą w dół. Osobny temat to dosyć śmieszny widok jak duży facet uwalnia się z okowów sweterka szarpiąc się na wszystkie strony. Koleżance sweterek się bardzo podobał i była z niego dumna jak paw chwaląc się, jaki to piękny ciuch zrobiła ja byłem zadowolony, ale nie do przesady i robiłem dobrą mnie do tej gry.  Według koleżanki był ona dla mnie idealna partnerką, ale nasze zdania w tej materii się nie pokrywały, więc związek nie okazał się trwały. I tak właśnie jest z wieloma cechami uznawanymi przez nas samych, że są one idealne, ale dla nas a już dla partnera nie bardzo. I drogie Panie gdybyście dały chłopu do wyboru, co ważniejsze duże piersi czy brak bóli głowy to zaręczam, że nie tylko z litości poświęciliby ten biust na ołtarzu bezbolesnych wieczorów. Tak już jest z ideałami.

Miejska puszcza

Miejska puszcza

Dzisiaj dzień zwariowany. Miałem bardzo dużo jazdy po mieście. Czysty hardcore. Połowa mostów w remoncie a jak nie mosty to zjazdy z mostów, a wokoło przebudowy. A to druga linia metra a to trasy jakieś przez miasto a to wymiana nawierzchni a to kanalizacja. Po prostu koszmar. Jak ja zazdrościłem ludziom zamieszkałym w mniejszych miejscowościach. Przejechałem dziś po mieście prawie 300 km. A zachowywałem się czasem jak ćwok z Nowego Jorku. Oni tam mają łatwo na Manhattanie ulice prostopadłe poza Brodway’em i poruszanie się jest łatwe jak nie ta ulica to druga następna , bo poprzeczne są jednokierunkowe. I taki mieszkaniec pępka świata rzucony w dzisiejszą Warszawę zgubiłby się po dziesięciu minutach. O innych nacjach nie wspomnę . Bo dzisiejsza jazda to nie tylko przejechanie z punktu A do punktu B ale jeszcze znalezieni trasy w gąszczu remontów. I tu GPS zawodzi, ciągła rozbudowa miasta doprowadza do tego ,że mimo ,że tu urodzony i wychowany od ładnych paru lat, połowy miasta nie jestem w stanie poznać. Wtórny analfabetyzm. Nawet jakieś zakątki miasta o których kiedyś się tylko słyszało, że są okazują się rozległymi dzielnicami, a nowych domów to chyba tysiące i jakoś mi się to tylko kłóci ze słowami Prezesa Jarosława, że nic się nie zmienia. Ale coż każdy sam odpowiada za swój wzrok. Dobre dziesięć piętnaście razy wjechałem dziś tak ,że musiałem zawracać a orientację mam niezłą ale opisy pod znakami robione w formie eseju na temat gdzie co można a gdzie wjeżdżać nie należy są nie do przeczytania w ruchu miejskim, bo trudno nawet lektorowi z telewizji w ciągu ułamka sekundy przeczytać kilkuwierszową notatkę pod znakiem na słupie na którym dzielni policjanci umieścili także trzy inne ważne znaki. W ogóle jeździ się na tak sobie bo nie sposób odebrać z drogi wszystkich sygnałów kierowanych do kierowców. Przepraszam za chaos ale lecę dalej pojeździć. Do jutra.

Zegarek

Zegarek

Coś takiego jak zegarek też przechodzi swoje zmiany. Dawniej mechaniczne nakręcane z pietyzmem, co rano, potem automatyczne z mimośrodem nakręcane ruchami ręki w ciągu dnia. Cudeńka, wytwory ludzkiego geniuszu. Potem kompletne dno zegarki elektroniczne. Migająca cyferka na pasku. Potem doszły funkcje, a to alarm a to stoper, kalkulator, termometr i czort go jeszcze wie, co. I wreszcie powolny powrót do korzeni, wskazówki wróciły do łask, ale już takie jakby inne, pojawili się producenci zajmujący się modą a wraz z nimi trendy modowe. W czasach, gdy najwytrwalsi idą nawet pod prysznic z komórka w ręku posiadanie zegarka dla jego podstawowej funkcji, jaka jest pokazywanie czasu straciło swój sens. Czym więc dziś jest zegarek? Jest dodatkową ozdobą na rękach ozdabiających się. I tu wydaje się, że jestem w stosunku do nich bardzo krytyczny. Z pozoru tak, bo sam nie noszę, poza obrączką żadnej biżuterii. Kolczyki, bransolety, sygnety i takie tam to nie mój styl. Nawet kolię za ukończenie szkoły średniej zakładam wyłącznie na specjalne okazje rodzinne, ha, ha. Ale widzę na rękach i gdzie indziej u ludzi spotykanych mnóstwo różnorakich ozdóbek na rękach, uszach i gdzie tylko można. Przypomina to trochę te afrykańskie kobiety noszące, co się da bule się błyszczało albo było kolorowe. Chyba ludzie maja potrzebę takiego dodawania sobie atrakcyjności. Więc niech dodają na zdrowie. Ja pod tym względem pozostanę nagi jak skała Gibraltaru. Ale wracając do zegarka to na naszych oczach dzieje się historyczna zmiana i to nie tylko w zegarkach naręcznych. Komórka wypiera na przykład budzik. Im ludzie młodsi tym trudniej znaleźć u nich budzik. Jest i inny widoczny trend. Zanikają właściwie aparaty fotograficzne. Dla dzieci nie jest marzeniem posiadanie własnego aparatu fotograficznego. Wolą komórkę. Właściwie aparatem fotograficznym pracują jedynie profesjonaliści i ludzie chcący w zaawansowany sposób bawić się fotografią. Przykładów takich przemian jest dużo więcej. Ot choćby lodówka, jej zawartość, kształt, funkcje. Ale to już temat na następny wpis. Miłego weekendu. 8-)