ktak

Właściwie bez wiodącego tematu, takie tam pisanie co mi do głowy przyjdzie

Wpisy z okresu: 8.2014

Konkurs

blog1Konkurs ogłosiła redakcja Onet-u z okazji dnia blogu. Pewnie przez przypadek zostałem wytypowany przez przemiłą blogerkę Anię do dalszych badań nad istotą blogu. Spadł na mnie też miły obowiązek wytypowania trzech kolejnych blogów które uważam za ciekawe. A więc do dzieła. Pierwszą nominowaną będzie przemiła Stokrotka z Blogu Zielono mi http://prawiewszystkiemojepodroze.blog.onet.pl/. Stokrotko zawsze się Ciebie ciekawie czyta i tak trzymaj.  Druga nominacja to  Luana z blogu Jaworzynka http://jaworzynka.blog.pl/ z powodu wyjątkowej delikatności, pięknego stylu pisania . Luano pisz, pisz i pisz. Ostatnia nominacja to Calluna z blogiem Oko na wszystko https://okonawszystko, bo o trudnych tematach wyraża sie zwięźle i rozsądnie. Calluno patrz i komentuj.  Nominowałem trzy kompletnie inne blogi i to chyba dobrze ,że jest taka różnorodność. Blogerom najlepszego. I bierzcie się drogie Panie za nominowanie. Jak święto to święto życzę raz jeszcze najlepszego

Jesienne zapowiedzi

Jesienne zwiastuny

Lato dobiega końca i nadchodzi czas jakiego nie cierpię , to znaczy słota jesienna i zima. Czas niemiły ale zanim w niego wejdziemy trochę uwag. Czytam codziennie w portalach o sytuacji na Ukrainie, o polityce i o dziwnych odniesieniach niektórych ludzi w stosunku do Rosjan, innych opcji politycznych i wyczarowywanych konfliktach, sojuszach. Kto chce zrozumieć Rosjan , to mogę mu polecić książkę Sergiusza Piaseckego „ Pamiętnik oficera Armii Czerwonej”. Pozycja godna przeczytania i wiele rzeczy które dziwią przestanie dziwić. Co do tych sojuszy i różnych postaw to pij ę oczywiście do Jacka Kurskiego i bardzo bym się dziwił gdyby go ponownie wybrano do Sejmu. Nie jego jedynego zresztą. Inne strony nadchodzącej jesieni to jesień w kuchni. I tu już korzystam z jej uroków , bo na przykład wnuki jak wpadają to robią ciastka ze śliwkami, które potem szybko same zjadają. Ale nadchodzą dni papryki faszerowanej, grzybów i dyni. Mój żołądek na te frykasy czeka i bardzo za nimi tęskni. Zrobię też dla syna i wnuka proste jabłka w cieście. Ostatni nasmażyłem ich pełno ale zjeść mi się nie udało. Muszę też namówić Żonę na knedle. To jest taki rarytas obiadowy jaki lubię szalenie. Zupa grzybowa ze świeżych grzybów, czy też zwykłe maślaki duszone z ziemniaczkami i koperkiem. Grzyby jako dodatki do mieś , makaronów czy zapiekanek. No nic tylko jeść. Do tego zacne trunki jako uzupełnienie. Winka do papryki. Na przykład czerwone do papryczki zapiekanej z fetą, oliwką, czarnymi oliwkami i ziółkami. Super sosik z tego wychodzi i maczanie bułeczki w tym sosie, łyk wina i kęs papryki. Trudno o lepsze połączenie. Albo pomidorki przekrojone na pół z oliwką, ziołami położone na cieniutkich plasterkach boczku i zapieczone z serkiem typu rokpol. Do tego winko różowe ale zimne i oczywiście bułeczka. Aż mi się chce jeść więc kończę i życzę smacznego.

Na gładko

Na gładko

Wieczorkiem przypomniałem sobie przedwojennych amantów i ich pędzone brylantyna uczesania na gładko. Tak do tyłu włosy, łyżka brylantyny i długie wczesywanie tego świństwa w rozczochrane. A efekt cud chłop od razu z kaskiem na łbie. Zaraz potem przyszedł mi go głowy stary, ale dobry dowcip. Otóż w odległym od stolicy garnizonie odbywało się przyjęcie zwane balem. Uczestniczyła okoliczna szlachta i korpus oficerski. Na parkiecie podstarzały pułkownik tańczył z młodą roześmianą hrabianką. Ściskając w swojej dłoni jej dłoń kokieteryjnie zapytał – A cóż to Pani Hrabianka rączki ma takie gładkie? Na to roześmiana dziedziczka odpowiedziała, – Bo ja, Panie Pułkowniku sypiam w rękawiczkach. Na to oficer- Oj Pani Hrabianko, toż ja całe życie chodzę i sypiam w gaciach a dupa u mnie jak tarka. I refleksje mnie naszły, że gładki to przecież synonim piękna, bo kiedyś, kiedy twarze ludzkie pomarszczone ospą wietrzna, trądzikiem i cholera wie jeszcze, czym to każdy z gładkim licem był piękny. Ileż to opisów w literaturze zaczyna się od- lica miała gładkie, cerę mleczną…. I gładkość występowała w roli piękności. Teraz pracownicy nakładający gładź tynkową też dążą do perfekcyjnej gładkości ścian, bo wtedy jest pięknie. Technicy określają gładkość powierzchni według pomiarów i też im wychodzi, że im większa gładkość tym lepiej. O salonach kosmetycznych, przez wrodzone obawy nie będę się wypowiadał, ale gładka może być na przykład mowa polityka. Słowa gładko biegły z jego ust szerokim strumieniem, aż miło się tego słuchało- tak reagują wyborcy. Przy czym treść nie ma znaczenia. Coś może pójść gładko, to niedościgłe dla wszelkiego rodzaju organizatorów uroczystości, obchodów, eventów/ tak się mówi i nie używa się polskich odpowiedników, kurza ich stopa/. Bo nigdy gładko nie idzie, ale wszyscy by chcieli. Szczególnie, jeśli chodzi o życie, aby płynęło gładko. Dla żeglarzy gładka powierzchnia wody jest utrapieniem, ale już dla narciarzy wodnych wręcz przeciwnie. Dla zakochanych włosy ukochanej, jej skóra, jej uda itp. To najpiękniejsze gładkości na świecie. Wreszcie dla gangsterów i bandytów, jeśli skok pójdzie gładko to sukces, dla nas przeciwnie. Jest jeszcze coś gładkiego, co rusza właściwie wszystkich, to skórka dziecka, malutkiego ślicznego. Mimo wieloznaczności gładkość jest jednak nad wyraz pozytywna. Niech żyje.

Konstanty

Konstanty

Konstanty siedział przed ekranem komputera i patrzył jak z ekranu niby czarne obślizgłe robale wylewały się na niego kwoty niezapłaconych rachunków, wezwań do zapłaty, gróźb i żądań windykacyjnych. Gdy jego rozpacz sięgnęła dna zamknął oczy i nagle wśród myśli o zakończeniu żywota pojawiło się ono. Białe, obłe i inne. Jajo, Nie wiedział, dlaczego ale w lodówce miał jeszcze dwa jajka, też w białych skorupach. Szybko ugotował jedno na twardo. Ostudził obrał i przeciął wzdłuż. Jajko rozpadło się na dwie połówki każda z prawie pomarańczowym żółtkiem w środku. Konstanty zaczął kontemplować jajko. Doskonała biel białka nieuchronnie doprowadziła jego wzrok do środka pomarańczowego jądra. W głowie mu szumiało świat wirował w oczach miał jakby słońce, coś, co skupiało jego uwagę całkowicie. Znalazł się w innym świecie jakże odległym od codziennego robactwa. Świecie nienarodzonym, dziewiczym i sprawiedliwym. W otoczeniu żółtka w otulinie białka. Stan był ekstatyczny i powrót do rzeczywistości okazał się mordęgą. Nic już nie jadł, położył się spać, jak co wieczór spełnił swój małżeński obowiązek, właściwie bez przyjemności. Zignorował ostrzeżenia żony, ze trzeba uważać i zasnął. We śnie znowu był w świecie słońca i spokoju. Po kilku tygodniach żona oznajmiła mu, że jest w ciąży i że on skubany się zapomniał i że będą kłopoty, bo sami nie dają rady to, co dopiero z dzieckiem. Konstanty zignorował te żonine narzekania i skoncentrował się na jej brzuszku. Wiadomość o dziecku nie dość, że go nie zasmuciła to wręcz uskrzydliła. Jego radość była wprost proporcjonalna do rozpaczy żony. Po miesiącu żona poszła na badania i doktor stwierdził, że to ciąża mnoga, ale nie powiedział jak mnoga. Konstant szalał z radości. Oczywiście wewnętrznie, bo na zewnątrz siedział ze spuszczona głową słuchając utyskiwań ślubnej. Po następnych badaniach doktor powiedział, że słyszy, co najmniej cztery pulsy. Usłyszawszy tę nowinę żona Konstantego zemdlała w przychodni, a doktor dał skierowanie na USG. Tam się okazało, że jest szóstka, że są zdrowe i bardzo ruchliwe. Konstanty wpadł w ekstazę a lokalne władze objęły ciążę patronatem. Gazownia, zakład energetyczny, wodociągi i sieci komórkowe udzieliły amnestii na długi i zaproponowały bezpłatne abonamenty do ukończenia 18 lat przez rodzeństwo. Gmina ufundowała specjalną rentę dla dzieci, niezależną od zasiłku i ulg podatkowych, a lokalni przedsiębiorcy w zamian za reklamy na płocie wybudowali rodzinie domek. Darczyńców było mnóstwo. Żona Konstantego codziennie udzielała wywiadów, ciążę monitorował cały naród. Konstanty wpadł na dosyć szatański pomysł i przydzielił przyszłym dzieciom imiona planet, trochę je jednak poprzekręcał, bo miał za mało imion dla dziewczynek i poza Ziemią i Wenus była jeszcze Urania, a reszta to chłopcy. Nastąpił wielki dzień i maleństwa przyszły na świat. Śliczne zdrowe i żywe jak to dzieci. Każde po 10 punktów. Wieczorem, gdy światła pogasły Konstanty wyszedł na werandę, usiadł i patrząc w Księżyc zachodził w głowę ile może człowiek zawdzięczać jaju, bo święcie wierzył, że to zauroczenie żółtkiem zmieniło jego los. Pamiętajmy, jaja to naprawdę nie tylko cholesterol, to życie. I jedzmy jak najczęściej.

 

Ziemniaczane rozważania cd.

Ziemniaczane rozważania cd.

Wczoraj się trochę rozpędziłem z moją przygodą w noclegowni a nie o tym chciałem pisać. Tak obierając ziemniaki to wiele myśli człowiekowi przez głowę przelatuje. Na przykład taka teoria, w centralnej Polsce najbardziej cenione są ziemniaczki w środku białe, ale im bardziej na zachód to się zmienia. Już w Wielkopolsce i w Niemczech ziemniak powinien być w środku żółty, dalej na zachód w Brazylii czy Argentynie ziemniaki są w środku pomarańczowe i trochę innego kształtu, ale koloru zdecydowanie nabierają. Idąc dalej na zachód i dalej z kolorem to w Rosji powinny być czerwone lub fioletowe. Czerwonych nie widziałem, ale częściowo fioletowe się trafiały. Coś, więc w tym jest. Z kolei na przykład Szwedzi ziemniaków nie obierają a tylko myją tak by ostatnia przezroczysta skórka na nich została. Podobno pod tą skórką jest najwięcej życiodajnych składników. I tak dochodzimy do wniosku, że ziemniak to król wszystkich warzyw, bo wymienić wszystkie potrawy z niego, prawie niemożliwe. Ale tak dla smaczku. Co druga zupa zawiera ziemniaki, dalej idą ziemniaki tarte na surowo i potem przekształcane w pyzy, zeppeliny lub kartacze, placki ziemniaczane czy różne szarawe kluski. Potem ziemniaczki gotowane i gniecione. Podstawowy surowiec do puree i tu ile odmian i dodatków. Dalej formowanie tej ziemniaczanej masy w kopytka, kotleciki czy nadziewanie nią kiszki, aby dostać tradycyjną na wschodzie kiszkę ziemniaczaną. A te wszystkie pierogi ruskie napędzane tą ziemniaczana papką. I to jest fajne sympatyczne i od czasu do czasu zdrowe. Ale to, co wyrabiają Amerykanie i Anglicy formując z tych zmielonych ziemniaków rybki, i inne kształty a następnie smażąc to na głębokim tłuszczu, czasem jeszcze w panierce i takie ociekające serwują tu szczyt. Na Politechnice Warszawskiej na stołówce podawano w piątki kotlet ziemniaczany, ale tłuszczu tam było niewiele a na żart zakrawał fakt, że do tego kotleta były ziemniaki i surówka.  Poza tym jest cały wielki świat frytkowy i ziemniaków opiekanych w różny sposób. Wynalazcy frytek, Belgowie jedzą je z majonezem, jako jedni z niewielu. Reszta to sól i kechup. Potem cała wielka rodzina zapiekanek , gdzie na spodzie od rybki do mięska poprzez warzywa a na górze nieodmiennie ziemniaczki. Ziemianki w plasterkach przekładane smakowitościami z różnych grządek i zwierzątek polane beszamelem czy tartym żółtym serem i do piekarnika. Lizać paluchy a kałdun rośnie. I na końcu creme de la creme, czyli ziemniaki w formie płynnej. Wódki oczywiście, ale mało, kto wie, że sok z ziemniaków bardzo dobrze działa przy chorobach wrzodowych osłonowo. I na koniec jak sobie można pomyśleć przy obieraniu ziemniaków to już nikt mi nie wmówi, że to bezmyślna robota. Trzeba tylko chcieć. I jeszcze złośliwie –Smacznego. A słynna niemiecka kartofel salad, och mógłbym jeszcze długo wymieniać.

Ziemniak , czyli kartofelek

Ziemniak, czyli kartofelek

Stałem wczoraj nad koszem na śmieci i obierałem ziemniaki na obiad. Patrzyłem jak spod brązowej skórki wyłaniał się piękny jasny miąższ. Potem do wody, na kuchenkę i już parujące cudo wędruje na talerz. Do tego jakaś omasta czy sosik i podstawa posiłku gotowa. Obierałem i do głowy przychodziły mi różne zastosowania ziemniaków, od zatykania rur wydechowych samochodom ludzi, jakich się nie lubi poprzez pociski w walkach z chłopakami z innych podwórek, przez krochmal do krochmalenia bielizny po na końcu najlepszy produkt ziemniaczany, czyli czystą ojczystą. Gdy wspomniałem o krochmalu przypomniało mi się jak będąc studentem ostatniego roku studiów pojechałem na praktykę zawodową w zimie na stację rozrządową Niedobczyce. Zostałem zakwaterowany w noclegowni kolejowej. Nie każdy wie, co to jest noclegownia. To pomieszczenie do spania otwarte dzień i noc gdzie drużyny prowadzące pociągi wpadają się przespać jak mają przerwę. W „mojej” noclegowni łóżko, na którym spałem stało na cegłach, bo podłogę pokrywała cienka warstwa wody. Przed łóżkiem też były cegiełki, aby na nich postawić buty. Swoje rzeczy w opakowaniu / walizka, torba, plecak/ stawiało się w nogach łóżka lub wieszało na ramie. Po umyciu się w standardowej na tamte czasy umywalni człowiek mógł pójść spać. Pościel biała wykrochmalona na sztywno. Ziemniaków nie żałowano. Zmęczony byłem, więc się od razu dałem porwać w Morfeuszowe objęcia. Po jakichś dwóch godzinach, czuję jak ktoś mi się wtrynia pod kołdrę. Pytam, co się dzieje i słyszę męski głos- Nie p… jestem z lopka i mam godzinkę to się zdrzemnę. Dla niewtajemniczonych lopek to tak zwany pociąg zbiorowy, czyli lokomotywa z załogą, która jeździ od stacji do stacji i zostawia część wagonów a następne jej doczepiają. Godziny pracy koszmarne i spać nie ma, kiedy. Gość z lopka mówiąc to już spał. Ja też zasnąłem i nawet nie poczułem jak sobie poszedł. Rano się budzę, łózko całe w pyle węglowym, poszedłem się umyć i ogolić. W starym i bardzo zużytym lustrze dostrzegam na swojej szyi coś jakby ślad zadzierzgnięcia czerwoną krechę krwawą. Golę się i myślę, że miałem szczęście, że mnie nie udusił ten od lopka, ale nie to chyba nie to. Wracam świeżutki ogolony i patrzę na pościel, pod którą spałem na poszewce, którą byłem przykryty a właściwie na jej górny brzegu krwawa pręga. Tak się widać przykrywałem po szyję, że mało podczas snu się nie zarżnąłem. Może to ten z lopka mi życie uratował, bo czas jakiś musiałem spać na boku i nie miałem na szyi tego ostrza z krochmalonej poszewki. I obierając ziemniaczki tak mi się to przypomniało, że to byłoby coś niesamowitego zginąć od krochmalu. Ziemniak to potęga

Moje kochane czytelniczki

Moje kochane czytelniczki

Wczoraj pozwoliłem sobie na zabawny/ moim zdaniem / wpis na temat mojej nieodwzajemnionej miłości do białego sera. Jakoby przy okazji jednak zastawiłem na czytelników kilka intelektualnych zaczepek. Jakież było moje zadowolenie, że komentarze, jakie odczytałem tyczą jedynie żartu z serkiem. Naprawdę powaliło mnie, że nikt się nie odezwał w sprawie nieodwzajemnionej miłości do pieniędzy, bo to przecież wszyscy mają. Sam się kiedyś w nich kochałem i nawet w pewnym czasie, szkoda, że tak dawno z lekką wzajemnością, więc różne postawy jestem w stanie zrozumieć. Druga pułapka, jaką zastawiłem to miłość juhasa do owieczki i próba odpowiedzi na pytanie, co czuje owca jak ten juhas ją tak bardzo kocha? I znowu nikogo to nie zainteresowało. Nie, nie nie byłem juhasem i nie wiem jak to jest. Nawet mnie nie ciągnie, choć w temacie zawsze mam w głowie dowcip jak na halę przybył reporter i pyta bacę jak oni sobie radzą z tymi sprawami, bo tyle czasu bez baby trudno wytrzymać. Na to baca, toz przeciez owiecki momy. I wy tak z nimi? Pyta dziennikarz. Tak –odpowiada baca. Jak chcecie też sobie spróbujcie. Zachęcony żurnalista z pewną nieśmiałością wybrał jedna z owiec, patrzy a baca ryczy ze śmiechu. Co się stało –pyta, a baca na to – Boście sobie najbzydsą wybrali. Ale i ten temat, bogaty wyśmiewany w żartach nie poruszył moich kochanych czytelników. Tylko ten ser. Jakie wnioski? A takie, że czytają mnie ludzie o przenikliwych umysłach, niedający się wodzić na pokuszenie, ceniących sobie intelekt ponad wartości materialne. Jednym słowem ELITA. A ja tak chciałem być cichym facecikiem od pisania głupawych historyjek. To nie kokieteria, zależało mi na uśmiechu i tyle. Robiłem i robię dużo by się nie dać wpuścić w rozpoznawalność na dowolnym stopniu. W okolicy, w pracy czy gdzie indziej. Mam być cichy spokojny szary facet. Nic innego. A tu wychodzi elita. Co ja najlepszego narobiłem? Ale kocham Was za to, że nie zareagowaliście.

PS Czytelników rodzaju męskiego przepraszam, ale głównie czytają mnie Panie.

Nieodwzajemniona miłość

Nieodwzajemniona miłość

Temat stary jak świat, ot choćby taka Stefcia Rudecka i Ordynat Michorowski czy inne pary z literatury. Mnie ich żal, tych zakochanych. Bo taka na przykład Jagienka to cudny związek ze Zbysiem by stworzyli, a on wolał tę suchotę Danuśkę. Palant jakiś. I można zupełnie spokojnie w literaturze znaleźć wiele takich przykładów, a są one jak się wydaje podstawą do powieści dla kobiet, ale nie o taką miłość mi chodzi. Na przykład taki badacz niedźwiedzi grizzly zakochany w nich do immentu na Alasce zostaje przez przedmiot swej miłości rozszarpany. Albo ci wszyscy treserzy lwów, którzy zginęli pracując z ukochanymi, rozszarpani przez nich. Tu nie było wzajemności tylko latami tłumiona agresja i pewnego dnia wybuch. A te wszystkie smutne owce rozsiane po halach uwielbiane przez swoich juhasów, ale nieodwzajemniające gorącego uczucia? Jak one muszą się czuć. O złotych rybkach z akwarium czy ptaszkach z klatek nie wspomnę. Dziwny rodzaj miłości. Dosyć jednostronny. Ale w tych układach jest, choć cień szansy na wzajemność, na jakiś okruch odczuć. A co zrobić, gdy się na przykład kocha biały ser. Ta biała papka na pewno się nie odwzajemni. A jak nazwać tę miłość, która kończy się konsumpcją tej białej brei? To taka trochę miłość ala Idi Amin Dada, który zapraszał ludzi na uczty a potem ich zjadał. Ale to był tyran i zboczeniec, a my wróćmy do tych, co kochają rzeczy, przedmioty czy inne nieożywione. Istnieje na przykład olbrzymia namiętność prawie wszystkich ludzi, która jest odwzajemniana sporadycznie. Kochają tak miliardy na naszym globie, a odwzajemniona jest ta miłość w drobnym procencie kochających. Chodzi oczywiście o miłość do pieniędzy. Te wyznania zakochanych, co drugi dzień w kolekturach, te gorące nadzieje skrywane pod płaszczykiem obojętności i po sprawdzeniu kuponu uwagi, o ja tylko tak dla sportu, bo mi nie zależy. I tu skrywanie namiętności prowadzi do nerwic. Trzeba walnąć pięścią i szczerze powiedzieć – Kurza twarz, znowu nic. I po stresie, a skrywanie namiętności prowadzi do utraty zdrowia, więc, po co? Tak naprawdę jedyna forma miłości, która nigdy nas nie zawiedzie to narcyzm. Bo jak można odkochać się w sobie- pewnie można. A destrukcyjna siła nieodwapnionych uczuć jest porażająca, szczególnie do ciast w tym sernika, mięs i alkoholi. Bo ich się nie da nie kochać, a żyć bez nich też diabelnie trudno. Zatem skazani jesteśmy na cierpienie. Ale mi się w tej głowinie pokręciło. Wszystko przez miłość do białego sera. Nieodwzajemnioną.

Kobiety mnie zabiją

Kobiety mnie zabiją

W naturze piękniejszej części naszej ludzkości jest coś takiego, że za żadne skarby nie chcą pokazać wprost tego, co myślą a i większość uczynków musi zostać okryta nimbem tajemniczości. Gdy jakaś z kobiet wychodzi poza te ramy reszta pań dosłownie ją tam siłą sprowadza poprzez zmasowaną krytykę. A to jest oręż, jakiego się nasze białogłowy boją jak ognia. Lepiej nic nie zrobić niż narazić się na choćby nutkę powątpiewania ze strony innych pań. I tak na przykład za nic się nie chcą przyznać do zachowań niemodnych czy odbiegających od przyjętych standardów. Na przykład pani, która powie, że lubi zjeść uważana jest za niedbającą o siebie fleję, jakiej można bez trudu podprowadzić męża / ach, co za sport/ mimo, że ten mąż naprawdę lubi fałdki żony i sam też wsuwa jak oszalały. W niczym to nie przeszkadza przyjaciółeczkom. Takie typowe zachowania pozwalają przypuszczać, że istnieje wielki, tyle, że skrywany popyt na rozwiązania sprzyjające realizacji własnych potrzeb w sposób niezauważalny dla otoczenia. Czyli, żeby robić, co się chce a koleżanki tego nie zauważały. Jest no bardzo dyskretny rynek, ale jak bogaty? Każda z pań ma, bowiem takie ukryte pragnienia, nigdy nierealizowane, bo ściśle tajne. Jest to rynek czarny, bo o fakturach nie może być mowy- zero śladów. Natomiast bardzo lukratywny. Potwierdza to rozwijający się w błyskawicznym tempie rynek medycyny estetycznej. Ja myślałem o dwóch rzeczach. Jedna jest właściwie ogarnięta. To terapia kompleksowo-rozluźniająca. Otóż taka pani w potrzebie zrzucenia z siebie stresu codziennych wydarzeń miałaby szanse położyć się na specjalnie spreparowanym łóżku. W łóżko wnotowane byłyby głośniki tak, aby przekazywane dźwięki w różnych miejscach wibrowały wprowadzając odpoczywającą w stan lekkiego drżenia, dodatkowo aktor o głosie brzmiącym wyjątkowo seksy tak jak Żebrowski czytałby jakieś frywolne wierszyki a w powietrzu unosiłby się zapach olejków eterycznych. Do tego delikatne migotanie świateł i zamknięty oczy pacjentki. Pełen relaks a myśli? Nikt się nie dowie. Drugi jeszcze niedopracowany pomysł to dla tych wiecznie głodnych. Pracuję nad tym, aby panie mogły używać języka tak jak kameleony. Strzelać nim na dużą odległość błyskawicznie. Widzę jak tak uzbrojona kobieta wchodzi do cukierni i niech no tylko pani za ladą spojrzy w bok – strzał i do ust wędruje pączek bajaderka czy cos innego. Każdy strzał celny. Albo w domu przy obiedzie najpierw- ja się na próbowałam i już nic nie zjem a gdy małżonek rzuci okiem w gazetę strzał języka i pół kotleta znika. Potem jeszcze niewinne zdanie- nie powinieneś jeść tak łapczywie Stefan. A wśród koleżanek- przecież ja cały dzień nic nie jem, spytajcie Stefana. A kałdun rośnie i to nie wiadomo, z czego. Niełatwo być kobietą.

Psie sny

Psie sny

Każdy, kto kiedykolwiek miał psa wie, że te zwierzaki maja sny. I może warto się zastanowić, o czym taki zwierzak może śnić? Z tym żeby to odkrywać trzeba sobie zdawać sprawę, w jakim świecie żyje to zwierzę, jakie sygnały odbiera i jak na nie reaguje. Pies to drapieżnik i tego nawet najdziwniejsze krzyżówki nie zmienią. Dodatkowo ma zakodowany instynkt myśliwego, czyli na świat patrzy oczami łowcy. Pewnie, że wychowując w domu takiego pieska i oferując mu chrupki plus resztki ze stołu/ a robią to wszyscy/ zabijamy ten instynkt. Co ciekawe to nawet, gdy instynkt nakazuje psu dopaść ofiarę to domowy pieszczoch nie wie, co z nią zrobić. Ale wracajmy do tematu. Psy dużo lepiej niż my słyszą, mają lepszy węch i lepszy wzrok. O czym więc taki głęboko uśpiony psiak może śnić? Najpierw w zakresie słuchu, niby śpi a słyszy nawet jak komarowi bije serce. Słyszy szelesty dla nas niedostępne takie jak myszy harcujące w norach, gałęzie ocierające się o sierść kota o innych wibrujących dźwiękach nie wspomnę. Potem wącha i tu spektrum zapachów psa jest inne niż ludzkie. Zupełnie inne cechy nadaje zapachom, channel nr.5 to nie jest jego ulubiony zapach. Raczej zapachy mało kojarzące się z perfumami. Oczywiście zapach jedzenia i to na przykład nadpsute mięsko to pysznota. Więc co się może śnic psu? Na przykład spacerek gdzie nasz Burek wącha całą okolicę i rozpoznaje mocze. A to Sammi z przeciwka skubany bokser, z którym ma na pieńku, o a tu sikał Tami , fajny pudelek, z którym się ganiają bez przerwy dla zabawy. Ten krzaczek opryskała Lady, matko, co za suka i chyba będzie miała cieczkę. Aż się wzdrygnął i rozmarzył. I do tego jakby było miło, aby mi nikt nie zakładał tego czegoś na szyję i potem nie ciągnął za szyję. I znów wrócił zapaszek Lady, gdy we śnie katem oka zobaczył kota w krzakach daleko po prawej stronie. Mignęły mu jego ślepia, więc się wyrwał i rzucił w tamtą stronę z głośnym ujadaniem. Kot wskoczył na drzewo i stamtąd cholernik wyzywał go od najgorszych, bezczelny. Tak czy inaczej zwiał, znaczy, że się boi. Poczuł i usłyszał jak wskoczyła na niego pchełka, ale natychmiast się otrząsnął i poczucie zagrożenia znikło. Nadeszły ciekawsze obrazy, kość cielęca w misce, mnóstwo zabawy i pełny brzuch. Jedno go tylko niepokoiło. W domu państwa zdążył spróbować kawy, taka sobie, choć ładnie pachnie i czerwonego winka, no pyszne a oni mu ciągle tę wodę. Ale we śnie obok miski z kością miseczka pełna winka. I to jest sen, po zjedzeniu i popiciu położyć się spać z pełnym brzuchem. Sen we śnie i znowu Sammi, Tami i Lady i na końcu kość z winem.