ktak

Właściwie bez wiodącego tematu, takie tam pisanie co mi do głowy przyjdzie

Wpisy z okresu: 9.2014

Pociąg

Pociąg

W radio usłyszałem, że Przewozy regionalne sprzedają pociąg. Cały, ale bez torów, trzeba samemu odebrać, zapłacić za transport. Koszt ok 1,2 miliona złotych. I zacząłem się zastanawiać, na co komu pociąg? Należy przypuszczać, że się już nie nadaje do prowadzenia ruchu, nie może obsługiwać podróżnych. A może by kupić, wyremontować i zacząć luksusowe wycieczki na trasie Świnoujście, Zakopane, Sopot, Ciechocinek, Jelenia Góra i inne ciekawe miejsca? Niby można jest jednak parę, ale. Po pierwsze pociąg powinien być do takich celów luksusowy, więc trzeba przerobić zawieszenie, odremontować i wymienić wyposażenie. Załóżmy, że co materialne mamy. A co z ludźmi do obsługi? Bardzo trudno by było znaleźć, bo to i kucharze i kelnerzy i osoby sprzątające. Znów załóżmy, że mamy. Pytanie gdzie i jak pociąg będzie obsługiwany, czyli wagonownia dla niego wraz ze stosownym sprzętem. A co ze stacjami? Wysadzić pasażerów na brudny peron jakiegoś dworca? Na te zafajdane tory? Nie, to musi być ekskluzywne od początku do końca. Trzeba zainwestować w perony. I tu już się rodzi pytanie to po cholerę pociąg kolei regionalnych, taka jednostka elektryczna, może lepiej dziesięć salonek spiętych razem. Do niedawna stały jeszcze w ZNTK w Pruszkowie. Pewnie i lepiej i taniej by było. Tak w ogóle teoretyzuje, bo skąd kasa na te inwestycje a już jakby była, /choć nie wierzę np. z kredytu/ to dużo trzeba włożyć w marketing a ceny tego rodzaju musiałyby być wysokie, ba bardzo wysokie. I już słyszę jak ci, co maja na bilet mówią a co ja pociągiem nie jechałem? I finansowa klapa. Po tej gruntownej analizie zdecydowałem się, nie kupuję pociągu. Kupię sobie śliwki i knedli nakręcę, albo jakiś placek. Albo będę leżał plackiem i popijał śliwowicę. Coś w tym stylu. A tak pięknie się zapowiadało. Na pocieszenie podam przepis na przegryzkę z dyni. Bierzemy dynię Hokkaido, taka nieduża, w kształcie kropli wody wpadającej w gruszkę, mocno pomarańczowa. Ona ma miękką dosyć skórkę i cienką. Kroimy ją w plasterki około dwóch trzech milimetrów grubości. Oczywiście pestki wywalamy. Plasterki trzeba skropić ulubiona oliwą, umorusać w ziołach też ulubionych. Nie za mocno. Potem takie upaprane na blachę do pieca 200 stopni ok. 15 minut i po lekkim ostygnięciu do konsumpcji przy winku, piwku czy innym napoju. Wciąga.

Częstochowa

Częstochowa

Coś mi się wczoraj stało. A było to tak. Wpadła córka z dziećmi na obiad i od progu mój wnuczek woła do mnie Dziadek musisz mi pomóc. Nie ma sprawy odpowiadam i pytam, o co chodzi. Bo ja muszę do szkoły napisać wiersz o Chopinie. Z polskiego, pytam? Nie z muzyki. Zaskoczyła mnie trochę ta prośba Pani, ale wnuczek dodał, że wiersz musi mieć rytm, więc się trochę uspokoiłem. Wnuczek do mnie, dziadek idziemy do Wikipedii i tam się wszystkiego o Fryderyku dowiemy. Weszliśmy i o dziwo dowiedziałem się, ze nasz dzielny Frycek maił na drugie Franciszek, oraz parę innych detali z życia kompozytora, a wnuczek dowiedział się ode mnie, że mamusia wołała na niego Frycek. Nie do końca mi wierzył wnusio kochany, ale po jakimś czasie zaakceptował moje stanowisko. Nie miał wyjścia, bo ktoś musiał wiersz napisać. Mentalnie przeniosłem się, więc w okolice Częstochowy i zacząłem tworzyć tak charakterystyczne dla tamtych okolic rymy. Udało mi się błyskiem geniuszu zrymować zeza i poloneza, trolla i be molla i tym podobne perełki poezji. Z każdą zwrotką wnuczek był bardziej zadowolony, a ja rozochocony. Do mojej głowy zaczęły napływać niepowstrzymanym strumieniem strofy wierszyków niekoniecznie dla dzieci na zlecenia Pani od muzyki. Chociaż co do Pani to nie wiem, ale dla dzieci to raczej nie. Były to historie o tym jak to w Żelazowej Woli Frycek z Paniami swawolił/ wersja lihgt na potrzeby blogu/ i jak to on te Panie na fortepianie, jak one mu się odwdzięczały w dur i moll i co z tych inspiracji powstawało. Słowem odbrązowiłem Fryderyka, ba odarłem go w myślach z całego nimbu powagi. Na koniec przyszło mi do głowy, że on do tej Francji to przed ojcami i mężami onych Pań zwiał, a to, co tam wyprawiał to już samo nazwisko „przyjaciółki” mówi. Georges Sand- francuskiego nie znam, ale z angielskiego to Jerzy Piasek, no może dla niektórych Piaseczny i tu znowu lawina rymów i skojarzeń. I tak mi się zdaje, że mi poezja do łba uderzyła, ale nawet nie ta częstochowska tylko z najbardziej zabitej dechami wsi spod Częstochowy. Mam to w sobie, czuję tę wenę i co najgorsze nie wiem jak się od niej uwolnić.

A na obiad knedle i wnuczek lepił z nami.

PS. A dla tych co wątpią w „talent” próbka

Gryzł go w tyłek pasikonik

Z wdziękiem przekrzywiając głowę

A do bańki Fryderyka

Napływają nutki nowe

 

To polonez , to sonata

Coś dla mamy, cos dla brata

A dla wuja co pokraka

Pisze Frycek krakowiaka

Knedle

Knedle

Sezon na śliwki świeże ssie powoli kończy, więc najwyższy czas na knedle ze śliwkami. Dla mnie to danie mieści się na pudle wszystkich dostępnych dań, a więc nakłoniłem żonę do produkcji. Wczoraj rano przed pracą obrałem gar ziemniaków, a żona je ugotowała. Wróciłem z roboty zjadłem obiad i przepuściłem ziemniaczki przez praskę. Zrobiła się fajna leciutka masa. W te masę ręcznie zacząłem wprowadzać mąkę. Ale nie ziemniaczaną jak niektórzy a mąkę pszenną tak, aby ciasto oblepiające śliwki było lekkie i chłonące. Jak zaczęło odchodzić od ręki to formowałem z niego wałeczki i te pokrojone na kawałki poprzez ugniatanie nabierały kształtu placków, w które zawijaliśmy śliwki. Ale to nie takie zwykłe śliwki. Muszą być dojrzałe i soczyste, najlepiej węgierki. Takie śliwki żona wypestkowała i napełniła kilkoma kryształkami cukru każdą. Przecinać dla usunięcia pestki należy w poprzek to potem w knedlu śliwka się nie będzie rozłazić. Tak przygotowane śliwki oblepiamy ciastem. Ja osobiście lubię jak ciasto nie jest zbyt cienkie. Dlaczego opiszę za chwilę. Oblepione knedelki dodatkowo rolujemy w dłoniach dla uzyskania kształtu kulki.  Ulepione i obtoczone wrzucamy na osolona wodę i po wypłynięciu gotujemy 5 minut. W tym czasie na patelni zasmażamy bułkę tartą w maśle. Knedle gotując się pęcznieją ciasto nabiera lekkości a śliwki uwalniają sok. Ich miąższ mięknie i takie pięknie ugotowane nabrzmiałe kule wyjmujemy na talerz, lekko słodzimy i podlewamy masełkiem z bułeczką tartą. Następuje chwila, na którą czekaliśmy od dawna. Widelcem kroimy knedla na pół. Miękkie ciasto poddaje się prawie bez oporu a z przeciętnego knedla wylewa się troszkę soku śliwkowego i miesza się z płynnym masełkiem. Pierwszy kęs i czujemy jak lekko przesiąknięte puszyste ciasto miesza się nam w ustach z kawałkiem gorącej śliwki. Posmak, jaki to zostawia jest trudny do opisania. Bierzemy następny kęs i znowu to samo. Ciekawe jest to, że zwykle z knedla zostaje trochę ciasta bez śliwki i to ciasto nurzamy w mieszaninie masła z śliwkowym sokiem. Poezja.  Właśnie, dlatego ciasto powinno być w miarę grube i mięsiste. Zapach do tego trudny do opisania i co ważne zapach się utrzymuje nawet chwile po zjedzeniu śliwek i ciasta. Taki posiłek zostawia wczesnojesienny posmak i nastrój. Amatorom smacznego.

Edwin

Edwin

Edwin była młodym dwudziestoośmioletnim górnikiem przodowym. Tego dnia jak zwykle po skończeniu szychty wziął prysznic w kopalnianej szatni, w bufecie zakupił karbinadel a po drodze do domu w sklepie pół litra i chleb. Mieszkała w jednym pokoju w pobliskim familoku i było mu z tym dobrze. A pokoju miał umywalkę i małą kuchenkę stał stół, dwa krzesła szafa i łóżko. Na szafce przy łóżku telewizor. Skromnie, ale wygodnie. Edwin przyszedł do domu, zdjął buty i ubranie wierzchnie i na kuchence odgrzał sobie karbinadel, ukroił potężną kromkę chleba, nalał kieliszek wódki i w spokoju zaczął jeść. Wolał tak spożywać posiłki niż w gwarnej stołówce kopalnianej. Twierdził, że tak mu lepiej smakuje. Powoli systematycznie kęs za kęsem pochłaniał kotlet, pogryzał chleb i pomidora a co jakiś czas wypijał mały kieliszek wódki. Tak właśnie lubił. Może ogórek kiszony zamiast pomidora zbliżyłby ten posiłek do ideału. W pewnym momencie gdy już właściwie kończył jeść nad talerzem pojawiła się jakby chmura czy jasna plama. Edwin pomyślał, że wzrok mu szwankuje, przetarł oczy i dla poprawy nastroju wypił jeszcze kieliszeczek. Plama nie dość, że nie zniknęła to stała się jakby wyraźniejsza. Edwin wpatrywał się w nią intensywnie, ale nic nie widział. Jakby odruchowo wypił następny kieliszek. Plama się zagęściła tworząc jakby obrys postaci. Wytrzeszczanie oczu nie pomagało a dopiero następny kieliszek pozwolił Edwinowi ujrzeć szczegół, który go zadziwił. Od spodu tej chmury wyłaniały się ładne, zgrabne kobiece nogi. Edwin zrozumiał też, że obraz staje się wyraźniejszy wraz z ilością wypitych kieliszków. Sięgnął po następny. Ukazały się biodra i ręce, niewątpliwie kobiece. Kolejna lufa i już było widać wszystko poza głową. Figurka zdawała się ruszać. Edwin popatrzył na butelkę gdzie były jeszcze spokojnie trzy, cztery kieliszki i przyjął następną porcję. Zobaczył głowę. Cudnej urody kobieta lewitowała nad jego talerzem z niedojedzonym kotletem. A Ty, kto zapytał z regionalnym akcentem. Jom jest Twoja chora wyobraźnia – odpowiedziała. Edwin nalał sobie jeszcze jeden kieliszek wypił i wpatrując się w nią powiedział głośno- Może i choro, ale jako piękno. I zapadł się w nią a jego głowa opadła na niedojedzony karbinadel, na twarzy spoczywającej na talerzu zagościł uśmiech. Po chwili wnętrze pokoju wypełniło systematyczne chrapanie.

Image

Image

Ostatnio sponiewierany w jakimś sklepie przez młodego kupującego tekstem- uważaj stary dziadu gdzie leziesz, Trochę się nad sobą zadumałem.  Wbrew zasadom, jakim jestem wierny spojrzałem do lustra, aby ogarnąć całokształt swojego wizerunku. Powiem krótko nie powaliło mnie. Włos a właściwie to, co się jeszcze nie zsunęło z czachy poprzetykany siwizną. Dziwi mnie tylko, dlaczego aż tyle tych siwych. Przecież nie zamawiałem. Ale nie bądźmy małostkowi w moim wieku włos, jako sztuka się liczy a nie kolorek. Więc jakieś są, ale lwia grzywa to to w żadnym wypadku nie jest. Wory pod oczami też mam i się nie chwalę. Skromny jestem a ci, co nie mają niech cierpliwie czekają. Też im się zrobią. W ogóle na całej twarzy nie ma, co oglądać poza jednym. Usta mam przecudnej urody, stworzone do całowania a nie do żarcia frytek. Skóra tylko jakaś szara taka. Już się chciałem wewnętrznie skrytykować, gdy mi przyszło do głowy, że odcień mam pod nazwą szara od prochu. I tu me śliczności usta błysnęły uśmiechem. Znaczy mam męską cerę, nawet bardzo męską, bo żołniersko-okopową. Przymiotniki się cisną na ust korale- przeciwpancerną, rakietową i co tam jeszcze opala. Reszta twarzy taka z kolei jak zużyte trampki śmietnikowo-podwórkowa, jakaś taka jak po spożyciu sromotnika. I wpadł mi do głowy pomysł, że trzeba się odtruć. Walnąłem sobie dietę oczyszczającą trzy dni o samej mineralnej. Myślałem charakter poćwiczę i organizmowi pomogę. Trzy dni minęły we łbie mi się zaczęło kręcić a urody nie przybywa. Podjąłem decyzje o zaprzestaniu. Myślałem, że to koniec, ale nie. Okazało się, bowiem, że nie wiem skąd portal twoo wynalazł mój mail i chyba przez indukcję wyczuł błysk zainteresowania własnym moim image, bo zacząłem otrzymywać intratne propozycje typu Justyna 68 chce Cię poznać, Aniela 74 jest zafascynowana Twoją osobowością, Regina 66 marzy o kimś takim jak Ty. Itd. Na początku myślałem, że te cyferki to numery tych pań z jakiejś listy, ale się okazało, że to wiek. I tu dobiła mnie żona, bo zamiast powiedzieć –cieszę się, ze masz powodzenie i na pewno młodsze też Cię lubią, powiedziała coś takiego. Ot samotne starsze matki potrzebują syneczka, by się nim opiekować. I namotała mi w głowie ta moja ślubna, bo nie wiem czy mnie te kobiety traktują, jako bezradnego amanta czy zdziecinniałego pierdołę. I taki jestem w zawieszeniu, bo te kobiety mnie nie znają, a żona zna. I co ja mam teraz począć? Znowu woda? Jak żyć z takimi stygmatami?

Bezradni

Bezradni

Zwycięstwo siatkarzy obnażyło pewną cechę, której istnienia nie domyślaliśmy się przedtem, a która w narodzie jest dość powszechna. Chodzi o bezradność wobec sukcesu. Część ludzi po prostu nie umie się cieszyć. Radość to nie ich żywioł i w codziennym samobiczowaniu się pojawia się jak dysonans. Jak to sukces? Przecież jest źle, a tu cos takiego. Początek zjawiska mieliśmy za sprawą Premiera Tuska, gdzie jego niewątpliwy sukces był bardzo trudny do zaakceptowania, jako sukces, jako cos, co się udało. Żałosne próby deprecjacji sukcesu i sprowadzenia go do klęski Europy też się nie udały. Teraz siatkarze i znowu niezgodność z linią narzekań. Do tego coś, co się w ogóle w pale nie mieści, a więc tysiące KULTURALNYCH KIBICÓW i bez grubych słów na trybunach, beż pijaństwa i narkotyków, bez stawek i żałosnych prób wciągania w politykę. I można w tym „nieudanym kraju” zaimponować całemu siatkarskiemu światu? Można, trzeba tylko być szczerym i prawdziwym. Przychodzić na mecz dla rozrywki, a nie dla rozróby czy mordobicia. A co najważniejsze można przyjść z dziećmi i dać im możliwość nauczenia się prawdziwego kibicowania. Tyle, że nie ma się, na co pożalić, nie ma, na co pokląć. Postawy typu- to się nie uda, nie są popularne. Nikt przy prezentacji drużyny nie mówi, że to są nieudacznicy, złodzieje prowokatorzy i co tam jeszcze. I co „dziwne” nikt nie jest zadowolony, że takie „beztalencia” nas reprezentują. Dodatkowo nikt z założenia nie życzy tym zawodnikom źle. I dlatego to nie pasuje. Dlatego jest w tym szalona bezradność tych malkontentów. Filozofia im gorzej tym lepiej tak popularna w pewnych kręgach się nie sprawdza. A dlaczego, komu to zawdzięczamy? Tym profesjonalnie i ciężko pracującym ludziom, którzy ten sukces osiągnęli. I jestem pewien, że właśnie takie podejście a nie marudzenie na każdym kroku i demonstracja niezadowolenia daje sukces. Bo jedni uczciwie trenowali i dawali z siebie wszystko w grze a drudzy otrzymywali stosowne powody do zadowolenia, jako kibice. I jedni i drudzy osiągnęli cel. Przegrali zawsze niezadowoleni. I to przegrali, bo zwyciężyła ich bezradność wobec sukcesu. Na negacji rzeczywistości i kontestowaniu niezadowolenia niczego się nie zbuduje.

Nadchodzi

Nadchodzi

Nieuchronnie nadchodzi to, czego nie lubię – jesień i zima. To, że nadchodzi to może nie tragedia w pogodzie, ale nadchodzi i w życiu. Otóż w sobotę poszedłem na koncert typu jam session do klubu mojego kolegi i tam spotkało mnie coś, z czym dziś się trudno pogodzić. Otóż podeszło do mnie dwoje około dwudziestolatków i spytali czy ja wiem, co to Cepelia, bo jestem starszy i na pewno będę pamiętał. Pewnie, że pamiętam / jeszcze/, ale się poczułem jak zakurzona encyklopedia. Jak stary wolumin, żeby nie powiedzieć jak biały kruk. No może sobie pochlebiam, a może nie, bo padły dalsze pytania- jak to było umawiać się pod Cepelią? A co jeszcze dawniej było a teraz nie ma? Musiałem dokładnie powiedzieć gdzie były sklepy Cepelii, dlaczego były łatwo rozpoznawalne. Tłumaczenie wzbudzało zdziwienie, bo teraz się umawiają pod McDonaldem i wszystko jasne. A na drugie pytanie jak spytałem czy wiedzą, co to repasacja i prężenie firan i komu to służyło, to ich zamurowało. To ktoś kiedyś łatał pończochy? A po co? Po co było naciągać firanki jak wystarczy powiesić wilgotne i same się ułożą. Z każdym wypowiedzianym słowem czułem się coraz gorzej i starzej i miałem wrażenie, że gdybym mówił o sposobach smarowania ran bobrowym sadłem to by się spytali, a nie można było pójść do apteki? No durny jestem jak sanki, jak mawia znajomy, że się temu dziwię. Własny syn zobaczywszy kiedyś puste haki w sklepie w stanie wojennym/ na filmie oczywiście/ dziwił się jak wyście żyli wtedy, a uwaga, że nam wtedy sklepowa dawała od zaplecza oczywiście niewiele mu wyjaśniało. I pewnie bym się załamał i zabiedził nad swoim losem i czasu przemijaniem, gdyby nie porównanie syna z wnukami, dziećmi jego siostry, którzy też już żyją w swoim świecie a który różni się od świata mojego syna. Nie to, że on ich świata nie rozumie, ale ten świat go nie pociąga, bo jest inny niż jego oparty na innych pewnikach i zdominowany przez inne charakterystyczne doznania. Syn sam, jako trzydziestolatek mówi, że dwudziestolatki są inne, atakują jego pozycję, co innego umieją i inaczej myślą. I powiem, że te konstatacje mnie uspokoiły, bo o ile samo to, że wnuczka opowiada o przygodach jakiejś zupełnie mi nieznanej Violetty mnie nie szokuje o tyle najstarsze osoby w rodzinie za nic nie mogą zrozumieć jak to jest, że dwoje dzieci siedzi, jedno z tabletem, drugie z telefonem komórkowym i w sieci grają w tę samą grę. I że nie ma planszy a oni grają ze sobą. To, co już nie ma Chińczyka zapyta najstarsza Babcia/ prababcia/? A co to Chińczyk zapyta prawnuczek?

A wracając do tytułu to nadchodzi kolejny rok, kolejne urodziny i nadchodzi jesień i zima.

Zmiany

Zmiany

Zmuszony byłem dzisiaj rano pojeździć po południowej Warszawie. Ja urodzony warszawiak czasem nie wiedziałem gdzie jestem. Przejazdy pomiędzy znanymi mi miejscami, które znane mi były od lat zastąpiono innymi i musiałem się na nowo rozeznawać w topografii. Dodatkowo wokół tak duża ilość nowych budowli, budynków mieszkalnych, parki, skwery. Czy to jest jeszcze ta sama Warszawa, jaką znam cisnęło się na usta pytanie? Ta sama tylko już lepsza i piękniejsza. I właściwie to samo jest z każdej strony. Dlatego nie mogę zrozumieć ludzi, którzy mówią-Nic się nie robi, nic się nie zmienia a jeżeli to na gorsze. Oczywiście to politycy grający na ludzkich nieszczęściach znajdują poklask u wszystkich pokrzywdzonych przez los lub przez samych siebie. A mnie się po głowie kołacze pytanie. Co ci ludzie znajdują za motywację, aby się tak samobiczować, aby sobie na siłę udowadniać, że jest gorzej niż jest. Czy pretensja do całego świata załata dziurę ich oczekiwań? A może te oczekiwania są wygórowane? I dlaczego zapominają o tym, co już osiągnęli. Taka chyba jest natura ludzka, że masochizm psychiczny jest bardzo popularny. Ale nikt ze zboczeńców tego rodzaju, a tak ich nazywam, się do niego nie przyzna, nikt się nie zastanowi jak jego mantyczenie i narzekanie działa na innych. Mnie tych ludzi jest normalnie szkoda, bo sami sobie gotują zły los. Na pewno wielu z nich jak nie wszyscy maja powody do smutku. Ale czy tylko tym smutkiem żyjemy? Czy w życiu nie ma nic innego, czy należy dopuszczać by negatywy przyćmiły wszystko? Może w tym jest trochę braku szacunku dla siebie samego, ale i dla umęczonych członków rodziny? A może to wynika z charakteru, co samo w sobie nic nie tłumaczy, bo wyobrazić sobie osobę, która sama się dołuje dla własnej „przyjemności”? Ale takich jest wielu i są to osoby, które należy otaczać opieką a nie oszukiwać. Dlatego moja wściekłość na tych, którzy te osoby wykorzystują dla własnych celów w sposób cyniczny i bezwzględny jest ogromna. Ja się tymi politykami brzydzę, bez względu na ich przynależność. Ale taka postawa jest w tamtych kręgach bardzo popularna. I dlatego dziś jestem bezpartyjny, a w życiu to mi żal ludzi.

Mur

Mur

Tak mi się śniło, że jestem ścianą, ale taką nośną i z zewnątrz i z wewnątrz. Najpierw powstawałem. Mozolnie cegła po cegle z cudowna zaprawą pomiędzy. Gdy wiązała ogarniało mnie uczucia wzrastania w siłę i ciągłego wzrostu, takiej osobistej mocy. Bardzo przyjemne uczucie jakby synonim narodzin. Taka urodzeniowa euforia. Gdy już stanąłem na moje barki zaczęto nakładać, a to pięterko a to drugie. Mocno rozparłem się na stabilnym na szczęście fundamencie i tak trwałem mając nadzieje, że te ciężary to wszystko. Ale nie. Zaczęło się rozszarpywanie, kanaliki do przewodów, wentylacja, dziury pod gniazdka. Jeden ból i myśl, kiedy wreszcie przestaną. Tak trwało jakiś czas a potem poezja. Przyszli i od wewnątrz gładzili mnie czule, okładali gładziami, nawilżali. Po prostu spa. A to tylko od wewnątrz a od zewnątrz otulili styropianem, potem tynk. Poczułem się jak ktoś ważny i zadbany. Włączyli ogrzewanie i lube ciepełko ogarnęło mnie od fundamentu w górę. Przez betonowy łeb przemknęła myśl –chwilo jesteś piękna, trwaj. I właśnie w tym momencie w me wypielęgnowane wnętrze z rykiem i drganiem wbiło się wiertło. Mocowano obrazki. Niech to szlag trafi, to boli i jakby było mało to zwiększa mi obciążenie. No nic może przestaną. Przestali. Potem długo coś się we mnie naprężało. Dom osiadał. Pozycja, jaka miałem była coraz bardziej niewygodna, z przodu od wewnątrz byłem naprężony a z tyłu luzaczek. Na dodatek zaczęły się kłopoty z lokatorami, ładnych parę razy dostałem talerzem, kilka razy meblem. Nie działo się dobrze. Potem bachor dorósł do tego by swoje bazgroły zostawiać na mojej ścianie. Żeby cię pokręciło smarkaczu. Któregoś dnia dotarło do mnie, że ona już patrzeć na mnie nie może i musi to zmienić. Przez chwile pomyślałem, że mnie zburzą. A potem ona zaczęła z nim robić rzeczy, jakich przedtem nie widziałem, to znaczy widziałem, ale nie takie. On jak dziecko obiecywał i po jakimś czasie do domu przyszła ekipa. Znowu pieszczoty, najpierw mycie, och te szczotki, potem uzupełnianie zaprawy i gdy już podeschłem malowanie. Kolor mi był obojętny, bo przecież nigdzie się nie wybierałem żeby się jakoś specjalnie stroić. Ekipa poszła a ja piękny i młody dumnie prężyłem wewnątrz. Trochę mnie to męczyło, ale odpowiedzialność za całość konstrukcji dodawała mi motywacji. I tak trwając i chroniąc od zimna i ciepła przeżywałem lata. Ona coraz rzadziej robiła z nim te różne rzeczy a w skutek, czego ja coraz rzadziej bywałem dopieszczany. Aż któregoś dnia ona odeszła gdzieś w takiej drewnianej skrzyni, a za krótki czas potem on i przyszli inni, młodzi, energiczni i znowu zaprosili ekipę. Ta mi wywaliła dziurę w boku, wstawiła tam okno, ale potem znowu pieszczoty i parę lat względnego spokoju. Potem były talerze i od początku dziwne rzeczy, rozpieszczone dzieciaki i tak dalej. Zaczęło mnie to nudzić przy trzeciej zmianie. Bo niby życie jest ciekawe, ale zależy, dla kogo. A ten Niemiec od tej chwili to nie wie, co pisze. Ale to zdanie muru.

Akcja koty

Akcja koty

Na terenie gdzie pracuje jest miło, swojsko, rosną drzewa owocowe, jest trawnik, a właściwie trawniki, są żywopłoty. Jest ładnie i przytulnie. A jest to położone przy dużej elektrociepłowni i ma charakter troszkę podmiejski, mimo, że w środku miasta. Na działkę przychodzą kuny, lisy i inne dzikie zwierzęta. Niedaleko na jest jeziorko objęte ochroną i stamtąd przylatują dzikie kaczki, czasem nawet bażanty. Kilka razy kaczki wysiadywały młode, po drzewach latają wiewiórki. Obok były gołębie, ale już ich nie ma, okoliczne dzikie koty wytłukły je. I ze dwa miesiące temu dzika kotka przyniosła na posesję cztery dziesięciocentymetrowe kociaki. Ładne cholery jak malowane. Takie burasy, ale bardzo ładne. Kotki się szwendały a były karmione przez matkę. Ale do czasu. Ponieważ wiem jak się koty w stanie dzikim potrafią szybko rozmnożyć, prosiłem pracowników, aby jeśli chcą zabrali kotki do domu i tam się nimi opiekowali albo niech ich nie karmą, bo uzależnią od michy zdobywanej bezproblemowo. Dodatkowo poprosiłem, aby jak wystawiają miski, na czym ich nakryłem, robili to poza terenem. Wszystko na nic i niby ludzie się nad kotami litują i dokarmiają je, bo takie biedne i zagłodzone, a kocurki coraz większe i coraz cwańsze. Jeden najładniejszy zaczął polować. A to skoczył na ptaka a to skądś przytargał mysz. I co dziwne, kotki myszkę napoczęły, ale jeść nie bardzo chciały. Wolały jedzenie puszkowe. W międzyczasie jeden z czwórki zginął tragicznie pod kołami samochodu na pobliskiej drodze. A ludzie po cichu kotki dokarmiali. Doszło do tego, że jak się tylko przyjechało na teren to z krzaków wychodziła banda trojga i wyraźnie czekały na żarcie. Kładły się, obok nienapoczęta a upolowana mysz a one czekają na żarcie. W końcu mój kolega, też zresztą dokarmiający właściciel obecnie dwóch kotów podjął decyzję. Wezwał służby miejskie by koty zabrały do schroniska. Przyjechali, złapali dwa, trzeci następnym razem. I zaczął się płacz, dlaczego je zabrali, przecież one tam będą miały źle, nikt ich na pewno nie weźmie i co w klatkach? Na pytanie jak wam tak żal, to trzeba się było nimi zająć nastawała głucha cisza. W schronisku je wysterylizują i na pewno przy ich urodzie znajdą dom. Nic nie pomagało, łzy i rozpacz. Tak mamy ukształtowany wizerunek schroniska dla zwierząt.  A z drugiej strony jak bardzo paru bezczelnych i złych ludzi, którzy się tym zajmowali potrafi zniszczyć wizerunek.