ktak

Właściwie bez wiodącego tematu, takie tam pisanie co mi do głowy przyjdzie

Wpisy z okresu: 10.2014

To mnie zdumiewa

To mnie zdumiewa

Patrząc na nas ludzi i na zwierzęta dosyć trudno się oprzeć wrażeniu, że jesteśmy inni. I to oczywiste stwierdzenie nie jest w żaden sposób odkrywcze.  Ale ja na ten problem spojrzałem trochę innym okiem. Mam przed oczami występujące w Afryce stada zebr, oczywiście na pierwszy rzut oka takie same, ale te różne prążki pokrywają prawie bliźniaczo zbudowane osobniki. Mnie zastanowił zad. Wszystkie zebry mają taki sam, dalej Słonie i tu to samo. Od tyłu nie do rozróżnienia, świnki cudne szyneczki są niezwykle zbliżone wyglądem do siebie. I to wśród gatunków jest normalne. Człekokształtne, czyli bezpośrednio przed nami, zasadniczo rodzina. A jak popatrzysz od tyłu to może czasem troszkę się różnią wielkością, ale po zadku to wypisz wymaluj takie same. Nawet w obrębie gatunków przy tych samych rozmiarach dupska nie odbiegają od siebie. Myślałem o ewolucji, no fakt myśmy się w końcu wyprostowali i na dwie nóżki, ale zrobiliśmy to wszyscy razem bez względu na kolor skóry czy wzrost, więc powinniśmy być podobni. A tu gucio. Bez problemu można wśród nas znaleźć osobniki wąskodupne i szerokozadne i od tyłu nie sposób pomylić na przykład Tej, Kim jak jej tam z tą Paris.  Nie to żebym się śmiał czy maił jakieś preferencje tylko poza zabiegami powiększania czy pomniejszania za wygląd tyłu odpowiada natura. A natura z reguły wie, co robi i nie ulega modom czy gustom. Krótko mówiąc interesuje mnie powód, dla którego mamy tak różne zadki. Przecież nie chodzi o dopasowanie do siedzeń, mężczyzna z dużą pupą nie koniecznie jest silniejszy od szczupaka a kobieta z dużą może rodzić z dużo większą trudnością niż przysłowiowa szproteczka. Więc dlaczego? Co Stwórca czy natura miała na myśli. Żarcik jakiś czy powód do kłótni? Dlaczego w obrębie gatunku są kilkakrotnie szerszy w zadzie od tych szczuplutkich? Sprawa nie jest błaha jakby się mogło na pierwszy rzut oka wydawać. Wszyscy wiedzą, że świat na d.. stoi. Ale jakiej? Bo jak wywiodłem dupa dupie nierówna, więc jest potrzeba konkretu. Czy naprawdę tyłek o wadze dwudziestu kilo na stronę jest tym samym, co półkilowe pośladki? Czy ten tyłek służy wyłącznie do tego aby spodnie dobrze leżały i na tym świat stoi? Raczej powinien siedzieć. Nurtuje mnie ten problem, bo co tak ważnego jest w niej, że jest taka nieodzowna. A bez niej przecież też da się żyć, a bez serca nie. Więc świat powinien stać na sercu lub mózgu a nie na niej. Ktoś w tym całym poustawianiu spraw zdrowo namieszał, bo odnoszę wrażenie, że w dupie logiki brak.

Romeczek

Romeczek

Zaczęło się od urodzin. Ledwo się urodził już go odseparowano od Matki, Ojca nie znał nigdy a Matkę widział może ze trzy razy w życiu, potem odeszła. Zaraz po urodzinach przeniesiony został do specjalnego pomieszczenia, gdzie takich jak on było jeszcze dwóch. Wszyscy byli ze trzy razy więksi od „zwykłych” noworodków. Opiekę nad nimi przejął Mistrz. Jedzenie mieli super, warunki bytowe też, ale całymi godzinami musieli ćwiczyć pod okiem mistrza. Rywalizowali ze sobą. Zwykle wygrywał Romeczek. To, co było ich misja wymagało od nich wielkiej odporności fizycznej i psychicznej. Wytrwali w milczeniu, bo tylko Mistrz przekazywał polecenia a oni bez szemrania wykonywali je jak najlepiej umieli. Cały czas w odosobnieniu pewnego dnia wyszli na zewnątrz i tu wszystko ich ciekawiło, powalało, kolorami dźwiękami, jakich przedtem nie znali. Cieszyli się tym dwa dni a potem znowu ruszyło szkolenie. Mistrz pokazywał jak się poruszać w terenie, jakie dźwięki, co oznaczają, co dobre, a co wrogie i w końcu, kto przyjaciel a kto wróg. Dużo tego było a oni ćwiczyli, dawali z siebie wszystko, dzień po dniu. Potem przyszedł dzień, gdzie samotnie musieli wykazać, że to, czego ich uczono potrafią zrobić perfekcyjnie. Romeczek znowu się wykazał i pomyślał ciekaw, co teraz. Zabrano ich z powrotem i odprowadzono do ich własnych sal. Do każdego przyszedł mistrz i pożegnał się z nim obwieszczając, kto teraz będzie ich przełożonym i jakie zadania będą wykonywać. Utwierdził ich też w konieczności codziennego treningu. W ten sposób Romeczek został nadwornym mordercą w kopcu mrówek. Jego zadania to wspierane robotnic w walkach z małymi przeciwnikami i pojedynki z większymi. Po roku miał już na rozkładzie dwa szerszenie, cztery żuki gnojne i pasikonika, biedronki oraz co sobie najbardziej cenił modliszkę. Czułki maił w bliznach od otrzymanych ran. Z racji tego strasznego wyglądu i wielkości wszyscy mu schodzili z drogi a królowa sama się go bała. Trutnie na jego widok zwiewały darmozjady jedne i leniuchy a on w glorii, ale straszliwie samotny żył w mrowisku. Pewnego dnia, gdy szedł głównym korytarzem po dokładkę miodu potrącił mała mróweczkę, zalęknioną i zagubioną. Popatrzył na nią i zorientował się, że ona nie widzi. Jako robotnica była bezużyteczna i właściwie skazana na śmierć głodową. Romeczek przygarnął ją i z wrodzoną skromnością nazwał Romaną. Zamieszkała razem z nim i wkrótce okazało się, że potrafi świetnie masować obolałe stawy Romeczka, po każdej wyprawie opatrywała i doglądała jego ran. Stanowili wspaniale zgrany zespół. Pewnego dnia na ich mrowisko napadł brutalnie mrówkojad. Romeczka od razu wysłano na pierwszą linie gdzie walnięty jęzorem poleciał nieprzytomny z dala od mrowiska. Po jakimś czasie mrówkojad się nasycił i odszedł. Romana już wtedy odkarmiona pomogła najpierw niedobitkom odkopać królową a potem kierując się węchem odnalazła Romeczka. Serduszko jeszcze dygotało w jego wielkiej piersi, ale już nie tak miarowo jak kiedyś. Romana zrozumiała, że jego życie zależy od serca. Znalazła obok trutnia ze strzaskana czaszka i z pomocą innych pracownic dokonały pierwszej transplantacji serca wśród mrówek. Ten śmiały zabieg wrócił zdrowie Romeczkowi, który jeszcze przez kolka sezonów dzielnie bronił kopca a Romana otrzymała zaszczytny tytuł Lekarza Honoriss Kopca i żyła w szacunku i dostatku. Wzroku nie odzyskała nigdy, ale miłość towarzyszyła jaj w stopniu mrówkom nieznanym.

PS przepraszam za te głupoty, ale to takie, co ślina na język, miało być bardziej brutalnie, opisy walk, łamanie kości, ale mi się zrobiło Romeczka żal, a Romany jeszcze bardziej.

Nie jestem kobietą

Nie jestem kobietą

Piszę tak, bo to sprawdziłem. Jak wszyscy wiedzą jesieni i zimy nie lubię, więc i z nastrojem mam niejakie kłopoty. Chodzi o to, że te pogody i sama myśl, że to jeszcze potrwa mnie dołuje. Po nieprzespanej prawie nocy przedwczoraj w ramach poprawy nastroju postanowiłem pójdę do fryzjera, żonie pomaga to może i mnie. Fakt, ze włoski na plecach same się zaplatały w warkocze, ale mnie to nie robiło różnicy. Podejrzewam, że nawet jakbym sobie przyszczypywał warkocz wkładając spodnie czy wręcz naciągając skarpety, tez by mnie to do niczego nie skłoniło. Ale kierując się wzorcem wyniesionym z domu poszedłem. Pani fryzjerka potraktowała mój łeb z pietyzmem godnym tworzenia arcydzieł i włos po włosku przycinała wyrównywała i kształtowała. Oczywiście na pytanie jak Pana ostrzyc rzuciłem od niechcenia- na bóstwo, wiedząc,że jak mawiał Marszałek Piłsudski – mimo szczerych chęci z gówna gwiazdki nie ukręcisz. Zaczął się proces przepoczwarzania. Z brzydkiego kaczątka w coś podobnego do ludzia. I na tym poprzestańmy. Nastroju mnie nie poprawiło, żonie tak. Wniosek. Żonie poprawia nastrój sam fakt kontaktu kogoś z rodziny z fryzjerem. W aspekcie ekonomicznym bardzo ważne.  Z jedną wizytę Żony ja czy wnuk, co najmniej trzy razy, no chyba żebym sobie zamówił balejaż, ale raczej nie. Doświadczenie był, nastrój nie uległ zmianie. Myśl druga, zrobię zakupy, podobno pomaga. Poszedłem do sklepu, patrzę na ciuchy, nie ma takiego numeru, ale patrzyłem bez ciśnienia, bo zasadniczo mam, w czym chodzić. Więc pochodziłem i w końcu kupiłem sobie świeżą figę, bo lubię. I skojarzyło mi się od rzazu z wynikiem poprawy nastroju. Figa owszem poprawia mi nastrój na chwilę, zakupy nie. Co mi może poprawić nastrój myślę? Może dawka alkoholu, e tam, troszkę dla smaku tak, ale upijać się to nie. No to, co, ja taki wybredny jestem? Wybredny to chyba nie, ale na pewno nie jestem kobietą, bo gdybym był to już bym miał szampański nastrój, bo i zakupy i fryzjer. I tu chwila zastanowienia czy to, aby wszystkie kryteria, żeby nie być kobietą zostały spełnione? Może jakby ktoś do mnie powiedział Mamo to byłbym kobietą, ale nie powie. Dalej szukam przyczyn braku poprawy nastroju i ewentualnych możliwości zmian. Ciężko mi idzie, odwołania jesieni nie ma i dochodzę do wniosku, że nic lata nie zastąpi a ja po prostu marudzę i, że powinienem się zabrać do jakiejś konkretnej roboty i przestać pieprzyć trzy po, trzy czego i Wam wszystkim życzę.

Nocne przeżycia

Nocne przeżycia

Położyłem się wczoraj spać jak to ja zwykle, przed drugą w nocy. Czyściutki wymyty, ząbki zadbane. Piżamka założona i myk pod kołdrę. Obok spokojny oddech ukochanej Małżonki. Sielanka. Wskakuje pod cieplutka kołderkę, wtulam skołataną głowę w poduszeczkę. Gotowy na Morfeusza staram się, jak co wieczór zwolnić bieg myśli i zapaść się w nieznane. I wtedy właśnie czuję, że mały palec prawej nogi lekko mi drętwieje. Niby nic a odwraca uwagę od snu. Sorki Morfi jeszcze chwilka, masuje konusa, na chwile przechodzi. Znowu koncentracja, zamknięte oczy. Teraz uczucie się zmienia w paluchu czuje lekkie pulsowanie. Zaczynam układać nogę tak, aby go nie czuć. Jednak czuję. Złość we mnie narasta w sposób niekontrolowany. Udaje mi się w końcu znaleźć pozycję nogi, w której to pulsowanie najmniej przeszkadza. Znów koncentracja myśli lekko zwalniają i nagle w paluchu ból jakby sto igieł na raz. Pogładziłem, podrapałem, leżę, po minucie ból się powtarza. Olśniewa mnie, źle położyłem nogę i jakiś nerw tak działa. Znowu szukanie jak się ułożyć. Bezskuteczne, niestety ból wraca, co minutkę wali po paluchu i spać nie daje. Koło w pół do trzeciej siadam na łóżku i masuje sobie podudzie, całe.  A tu nic, zero rezultatów leżę i nie tyle cierpię z bólu, bo na ból akurat jestem odporny, co zżerają mnie nerwy, że taki kurdupel nie daje mi spać. Myślę, że ten mały to tak naprawdę nie jest mi do niczego potrzebny i tak kombinuje, ze jakbym go ciachnął to problem z głowy. Wstaję z łózka i idę w stronę …..Komputera, aby się jeszcze bardziej zmęczyć i może mi się uda zasnąć w przewie między atakami bólu. Czyli zasypianie w locie, rzec by można sprinterskie. Siedzę przed ekranem robię jakieś głupoty i oczy mi się kleją. Koło trzeciej piętnaście wydaje mi się, że jestem gotów. Staję/kładę się w blokach gotowy zamykam oczy….Pierwsza próba nieudana, zasypiam przy trzeciej. W ostatnim przebłysku świadomości czuje, że ból nadejdzie, ale ja jestem szybszy. Budzę się za piętnaście siódma i czekam, Niestety narastające bóle się pojawiły. I tak z nimi chodzę przez cały dzionek, ale nie zwracam uwagi. Z tym, że jak nie miną to żegnaj paluszku.

Ostatnia paróweczka Hrabiego Barry’ego Kenta w ostępach.

Jest taki program na Discovery „ Nagi instynkt przetrwania”. Istota polega na tym, że dwoje ludzi płci przeciwnej zostaje podstawionych, a to do buszu a to na pustynie a to w lasy mangrowe i tam rozbierają się do naga / nie wiadomo, po co, bo potem nawet skrawka intymności nie pokazują/ i mają w tych ostępach przetrwać 21 dni, po czym udać się na miejsce skąd ich odbierze jakiś cywilizowany środek transportu. Dostają na początek po płóciennej torbie, w której znajdują jeden wybrany przez siebie przedmiot. Oczywiście muszą się sami utrzymać, a więc schronienie, jedzenie, picie itp. Organizują własnymi siłami. A nie jest lekko. Po początkowym optymizmie nadchodzą dni walki z głodem, wycieńczeniem odwodnieniem itp. Strasznie są ci ludzie wymordowani. Tracą, po co najmniej 8 kilo wagi. A mnie w tym serialu, może lekko sadystycznie ciekawi jak to jest produkowane. Uczestnicy maja kamery i sami siebie filmują, troszkę, bo resztę robi profesjonalna ekipa. I tu skojarzenia z Bareją. Ja oczami wyobraźni widzę jak pod wieczór na pustyni, gdzie czwartą dobę uczestnicy usiłują rozpalić ogień trąc kawałkami drewna o siebie przychodzi reżyser i przypalając papierosa zapalniczką instruuje ich, że trzeba mocniej te kawałki przyciskać, bo zwiększa się tarcie i maja szansę na ogień. A na odchodnym sam ubrany w ciepła kurtkę upomina ich, że noce teraz chłodne, więc niech sobie trawy dozbierają, aby się otulić. Innym razem, gdy odwodniony uczestnik resztką sił wspina się na wzgórze tenże reżyser krzyczy stop, trzeba to powtórzyć, bo ten idiota i wskazuje na kamerzystę filmował pod światło. Historie typu, że reżyser i ekipa filmuje uczestników, którzy spierzchłymi ustami starają się uchwycić i zjeść mrówkę. Cała ekipa przegryza snickersy i popija zimną colą czy piwkiem, komentując – odchyl głowę, nam mrówkę zasłaniasz albo jak trzymasz nogi, tak się nie robi. Czasem reżyser każe ubrudzić uczestników i nie wiadomo skąd nagle nagus zostaje pomazany popiołem i wygląda jakby się nie mył od poczęcia. Natychmiastowe interwencje grupy medycznej w razie kłopotów ze zdrowiem a potem decyzje, może dalej brać udział przypominają interwencje lekarza na ringu bokserskim. A na końcu programu ocena specjalistów i podsumowanie strat wagi. Takie to wszystko naciągane, że porównania z Bareją nasuwają się same i po każdym odcinku, w którym widzę te ingerencje czy nieprawdziwości mam ochotę zapytać, a gdzie zniknęły parówki. A szczyt wszystkiego widziałem jak wycieńczeni 21 dniowym głodowanie, ludzie mieli płynąć pełną krokodyli rzeką ok 1,5 km do miejsca podjęcia. Ciekawe jak ich reżyser motywował- nie martwcie się my krokodyla zastrzelimy jak tylko będzie do was płynął, czy może inaczej- dla każdego dodatkowo po 5 tysięcy za ten kawałek? I chyba chodzi o to drugie, bo co to ma wspólnego z przetrwaniem?

Krasnoludki cd

Krasnoludki cd

A to było tak, na jeden dzień ogłoszono w lesie rozejm. Żadnych polowań czy zasadzek. Najstarszy odyniec Wiktor zwołał zebranie na polanie. Przybyli wszyscy lub ich przedstawiciele. Glos, jako pierwszy zabrał Wiktor. Opowiadał o różnych zachowaniach ludzi w lesie. Najpierw omówiono rekreację i tu poza łamaniem gałęzi właściwie nie było uwag. Ci ludzie nawet papierki ze sobą zabierali. Potem spacerowicze z dziećmi. Maluchy, co prawda wrzeszczały i zrywały, co się da, ale to też było do przełknięcia. Ożywienie wprowadził temat następny- zakochani. Dyskusja się rozwinęła jedne zwierzęta lubiły popatrzeć inne znowu narzekały na pogniecione krzaczki i grzyby, ale poza problematyką moralną nie bardzo były uwagi. Potem byli zbieracze runa i tu już protesty były głośniejsze, bo to grzyby i jagody nie swoje zabierają. Stary Łoś Bonifacy przytomnie zauważył, że to ludzie likwidują szkodniki i dzięki temu te jagody tak wschodzą. A potem się zaczęło, najpierw pijacy i te ich butelki i puszki. Tyle zwierząt się pokaleczyło a chowanie pod mech nic nie dawało. Utworzono, więc z mrówek Grupy Szybkiego Reagowania i gdy tylko w lesie pojawią się pijacy mrówki, kleszcze i inne dokuczliwe osy, pszczoły czy szerszenie mają atakować. Niech się wynoszą na łąkę. Precz z lasu. A potem temat numer jeden Śmieciarz Mietek zwany Sukinsynem. Przyjeżdżał i pozostawiał w lesie góry śmieci nierozkładających się, zawierających trucizny i był nieuchwytny. I jak tu z takim walczyć? A dał się we znaki wszystkim. Wiktor otworzył dyskusję. Jako pierwszy zabrał głos Krasnal Mądrala. Zaproponowałby zrobić coś, co by ostrzegało wszystkich mieszkańców. Ptaki zaproponowałyby, jeśli ktokolwiek dostrzeże Sukinsyna to wszystkie dzięcioły będą wybijać ten sam rytm, a jastrzębie i kanie zaczną nad nim krążyć. Sarny i zające zaproponowały, ze one prowokując Sukinsyna będą go prowadzić w dowolne miejsce wybrane przez zwierzęta. Łoś Bonifacy zaproponował by Sukinsyna zapędzić w okolice bagna i tam zaatakować. Na odgłos stukania dzięciołów wszystkie większe zwierzęta miały się udać w pobliże bagienka. Dotyczyło to Łosi, jeleni i dzików. Współudział zaproponowały też kanie. Koło drogi leżało zwalone drzewo i miało ono zostać przesunięte na drogę, tak, aby Sukinsyn się zatrzymał. Długo nie trzeba było czekać, Już za dwa dni cały las zapełniło stukanie dzięciołów. Jastrzębie krążąc pokazywały miejsce, w jakim przebywa Sukinsyn, a on swoją cieżaróweczką wiózł do lasu kolejny ładunek odpadów. Sarenki i zające wskakiwały na drogę przed nim a on w zapamiętaniu gonił je zmierzając w kierunku bagienka. Łoś i jelenie zwaliły na drogę powalone drzewo i gdy ostatni zając z nagonki przeskoczył przez nie i dał nura w krzaki Mietek się zatrzymał. Wysiadł i popełnił tym samym duży błąd. Najpierw dostał rogami od łosia potem jego łysą głowę zaatakowały kanie, jelenie okładały go rogami i kopytami a dziki zaatakowały jego nogi. Przerażony zaczął uciekać. Gdy goniony przez lochy uciekł zwierzęta szybko zepchnęły ciężarówkę w bagno i odsunęły pień z drogi. Sukinsyn przerażony pobiegł do leśniczówki i tam skarżył się Leśniczemu. Pojechali na miejsce rzekomej zbrodni, a tam ani śladu opisywanych zajść. Leśniczy kazał Mieciowi chuchnąć i myśląc, ze ten zwariował odesłał go do domu. Mietek w miejscowym pubie pokazywał swoje obrażenia i opowiadał o swoich przeżyciach, ale koledzy pomyśleli, że chce ukryć fakt zaginięcia ciężarówki i tak bredzi. Przestano mu też zlecać wywożenie śmieci. Zwierzęta osiągnęły cel. Ale się okazało, że zaraz po akcji jedna kania zjadła dwie myszki polne, że lis zaatakował czajki itp. Itd. A stary krasnal usiadł pod grzybkiem i licząc nazbierane w spodenki żołędzie, jeden żołędź, drugi żołędź, trzeci żołądź zadumał się nad tym czy na przykład człowiek może na dłuższy czas nawet w słusznym celu zawrzeć pakt o nieagresji ze schabowym?

Krasnale

Krasnale

Las był spory niedaleko Warszawy. Opiekował się nim leśniczy Dąbek, zbieżność chyba nieprzypadkowa, bo w tej części lasu gdzie była leśniczówka przeważały dęby. Leśniczy swój chłop kochał las i opiekował się nim jak mógł najlepiej. W lesie mieszkały zwierzęta od mrówek i myszek po jelenie sarny dziki i zające. Wilków nie było. Były też krasnoludki. Sztuk sześć, bo Gapcio zaginął jakiś czas temu i los jego pozostawał nieznany. Zaginęła też Śpiąca Królewna a wspomnienia wspólne spędzonych z nią nocy nie pozwalały krasnalom spać. W dniu wczorajszym odbyło się w lesie zebranie zwołane przez najstarszego odyńca. Temat wszystkich obchodził i czas było podjąć decyzje wobec zmieniających się relacji ludzi z lasem. Dyskusja była długa, ustalono strategię i taktykę. Nadchodził czas na realizację planu. Ale zanim o tym, opowiem jak żyły krasnale w lesie. Mieszkali w wielkiej norze po ostatnim wilku. Była ona obszerna i dawała możliwości gromadzenia zapasów na zimę, miała też taka dziurkę, w której się zbierała woda. Więc pracowicie gromadzili orzechy suszyli jagody, żołędzie, korzonki i wszystko, co się dawało zjeść w zimie. Każdy z nich miał posłanie wyściełane mchem delikatnym, ptasimi piórami i zbieranym pieczołowicie puchem. Za naczynia służyły kapelusiki żołędzi i łupiny orzechów. Zawsze problemem było rozłupywanie czy to orzechów czy żołędzi. Krasnale zaciągnęły do nory dwa duże kamienie i między nimi łupały twarde orzechu. Zrobili sobie też cos na kształt żaren do mielenia żołędzi i korzonków. Każdej jesieni w dużych kadziach zrobionych z suszonych kwiatów nastawiały krasnale zaciery. A to tłuczone żołędzie z dodatkiem borówek, a to sok z jagód przełamany jarzębinka albo cos dla smakoszy tarnina z dodatkiem specjalnych grzybków. Nastawione napoje pracowały w cieple nory i po nadejściu zimy, a nawet późną jesienią krasnale rozgrzewały się naparami. Jednak najbardziej wszyscy bez wyjątku lubili napar ze zmielonych żołędzi. Najpierw dawał kopa, ze żyć się chciało a potem przychodziły piękne wizje i marzenia. Tak nie ma nic lepszego na zimę niż napar z żołędzi. Sprzyjał tez ten napój dyskusjom, nadawał im polotu. I tego dnia usiadły krasnale, każdy z własnym kapelusikiem napoju i zaczęły omawiać ustalenia zebrania zwierząt. Temat był jeden –jak ucywilizować zachowania ludzi w lesie?

CDN

Izrael

Izrael

Parę lat temu w środku lata po dniu spędzonym na rozmowach handlowych i po kolacji z jednym miłym Izraelczykiem siedziałem na leżaku nad brzegiem Morza Śródziemnego i popijałem piwo, donoszone przez kelnerów na plaże. Tak plaże, bo każdy hotel miał swoją, a stały w rządku. Gadaliśmy z kolegą o tej kolacji, bo było na niej ciekawie. Otóż Pan Izraelczyk, mówiący najczystszym polskim przekonywał nas, że syjonizm to zbawienie dla świata i gdyby nie ten syjonizm to ortodoksi zaleliby wschód już dawno. Opowiadał o tym jak się, na co dzień żyje w Izraelu. Mówił, że najgorsi są ortodoksyjni Żydzi z USA. W ogóle dowiedzieliśmy się, że w Izraelu każda grupa Żydów jest określana mianem kraju, z jakiego przyjechała są, więc Amerykanie, Polacy, Niemcy itp. Rozmawialiśmy o kuchni, bo ja chciałem spróbować prawdziwej żydowskiej kuchni. Okazało się, że takiej etnicznej to poza chałą nie ma, a Żydzi zwyczajnie udoskonalają kuchnię kraju, w jakim żyją. I tak słynny szczupak po żydowsku przepadł w mrokach historii. Opowiadał Pan też o akcji, która mi się podobała. Wkrótce miało nastąpić referendum w jakiejś ważnej sprawie dla kraju i zamiast mnóstwa plakatów i zaśmiecania ulic hasełkami działacze opozycji i koalicji chodzili po skrzyżowaniach na czerwonym świetle wiązali kierowcom na lusterkach i wycieraczkach wstążeczki w kolorze swojego ugrupowania. W ten sposób trzeba było ukazać swoje poglądy i jednocześnie nie pozostając biernym można było praktycznie bez kosztowo agitować. Pomysł do wprowadzenia i u nas. Ale wróćmy na plażę. Gdy tak sobie obgadywaliśmy to, co usłyszeliśmy na kolacji, urocza blondynka, która nam to piwko serwowała spytała czy mówimy po rosyjsku. Bez sprzeciwu przeszliśmy na rosyjski i dowiedzieliśmy się, że owa Pani to została wywieziona z ZSRR, jako Żydówka w ramach akcji przesiedleńczej zaledwie dwa lata przed naszym spotkaniem. W skrytości pomyślałem –ArtB działało.  Rysy jednak Pani miała takie bardziej nordyckie, więc kolega spytał czy ona jest Żydówką. Uśmiechnęła się i powiedziała, że w ZSRR za kasę to można było dostać dowolne papiery i że i tak miała szczęście, bo na miejscu odkryto ten numer, ale jej nie deportowali. Opowiedziała nam o swoim życiu w Izraelu i nie była to barwna i wesoła opowieść. Z tym, że nie chodziło o życie w zagrożeniu wojną. Jej się bardzo trudno było przystosować. Nie rozumiała, dlaczego tak bardzo państwo się naraża na działania wojenne, nie rozumiała, dlaczego na jednym z terytoriów arabskich mieszka kilkadziesiąt żydowskich rodzin pilnowanych przez kilkanaście tysięcy żołnierzy i otoczonych przez dwieście tysięcy Palestyńczyków. Nie rozumiała, dlaczego mieszka w kraju gdzie połowa budżetu pochodzi z darowizn. I w ogóle nie rozumiała tego państwa. I powiem, że ja też to słabo rozumiem i mam wrażenie, że oni sami nie rozumieją, o co im chodzi i nie bardzo wiedzą jak z tej kulturowo religijnej mieszanki zbudować państwo i ojczyznę dla nich wszystkich. Potwornie trudne zadanie.

Dziewictwo

Dziewictwo

Dziś miało być o Eskimosach, ale źle mi się spało i dlatego będzie o dziewicach.. Tak czasem przemyśliwuje, co za szatan to wymyślił. Z jednej strony wszystkie prawie religie mówią rozmnażajcie się a z drugiej pielęgnują dziewictwo jak coś świętego. A przecież, aby począć trzeba pokalać. Więc się zastanawiam, czego te religie od nas chcą czy kalać czy nie? Czy in vitro czy in łóżko? Doprawdy trudno zgadnąć. Czy pozycja po bożemu to dobrze, a na boczku źle? O innych wariantach nie wspominam, bo na pewno źle. A tacy Eskimosi miesiącami niemyci to też powinni? A jak tak to jak? W jednym igloo z dziećmi? A może na mrozie, ale to już ta pozycja nie taka, nie mówiąc o tym, co się dzieje z organami na 40 stopniowym mrozie. A Indianie w lasach Amazonii też sobie bezwstydnie chodzą na golasa i z tą moralnością różnie bywa, bo dziewictwo sprawdza czarownik i nie wiadomo jak to robi i czy po teście stan się utrzymuje? Ale podstawowe pytanie, po co to, komu. Sporo Pań w ogóle tej blokady nie ma i bardzo dobrze, bo to przecież tylko coś niepotrzebnego jest. Jak będzie chciała psocić, a na pewno jak normalna to zechce to jej ten drobiazg nie powstrzyma. Zresztą chce, bo to fajne i dzieci można mieć. To, po co się wstrzymywać? A faceci dziewice?  Dlaczego bez znaczka? Mógłby mieć na przykład czerwony pasek dookoła. No tak, ale przecież trzeba po ciemku to nie widać. Może chorągiewka na główce. Na przykład biała jakby chciał się poddać. I już, jako figlarz widzę oczami wyobraźni same białe flagi i to polowanie Pań na takiego dziewica. A tu Zonk, bo to przebieraniec i czerwonego paska nie znajdziesz, a ile zabawy i takich niby to skrywanych pretensji- no wiesz nie jesteś wobec mnie uczciwy. A w oczach radość nieskrywana. I scena, która mnie bawi do bólu, sprawdzanie przed ślubem czy dziewic to dziewic. Sprawdzać będzie teść, bo teściowa z oczywistych względów nie może, bo mogłaby na przykład drżącą ręka przypadkowo pokalać niepokalane i co? A tak teść zanim sprawdzi to wypiją z młodym po jednym, drugim i trzecim i skutek zawsze będzie pozytywny. Każdy będzie dziewic. I tak będzie jak sprawdzać będzie chłop. Bo jak kobieta to a to się nie będzie mogła dopatrzeć i oglądając z każdej strony doprowadzi do nieszczęścia, a to zacznie sprawdzać czy się czerwony pasek nie ściera i też pokala. A ile niby to przypadkiem zepsuje chłopaka na złość Pannie młodej. Zdecydowanie dziewictwo to bezsensowny przeżytek.

No, co ja, komu zrobiłem złego?

No, co ja, komu zrobiłem złego?

Otwieram rano oczęta a za oknem szaro, buro. Promyka słońca nie ma. Leżę pod kołderką i zastanawiam się czy w ogóle wstawać. Bo, po co? Zaczyna się ten cholerny klimacik. A na wyspach hula gula czy innych Malediwach zanim oczka otworzysz słyszysz leciutki pomruk fal, ciepło przenika nagie ciało ledwo okryte prześcieradłem. Do ubrania się to właściwie gacie i tyle. Piękna perspektywa. Wstajesz nurkujesz w wodzie, potem mydełko specjalne do wody morskiej, znowu plusk, ząbki wyszorowane, spłukanie soli z brązowej skóry i człowiek gotów do śniadanka. Jajeczko, owoce i herbatka czy kawa dopełniają rytuału. Potem bierzesz komputer i siadasz pod baldachimem i pracujesz muskany lekkimi powiewami CIEPŁEGO wiaterku. Po dwóch godzinkach kąpiel, kawka czy coś chłodnego, gryz pomarańczki czy ananaska i do klawiaturki. Potem obiadek a na stole zrobione przez Ciebie owoce morza i zimne wytrawne białe winko. Dla łakomych lody, ale niekoniecznie. Po obiadku drzemka tak godzinkę czy dwie. Potem kawa i do roboty pukamy w klawisze przez dwie trzy godziny i przerwa, kawa lub zimne. Potem powoli zamykamy dzień i chowamy komputer. Przeciągnąwszy się na leżaczku udajemy się po zakupy na wieczór. I tu możemy kulinarnie poszaleć. Rozpalamy grill lub piecyk, zbierają się znajomi, wszyscy kroją skubią i popijają to, co lubią. Słoneczko powoli zachodzi a na żarze dochodzi jedzonko, w żyłach płynie żywo krew, jest ciepło miło i do wody niedaleko, kąpiel przerywa dyskusje. A potem jedzonko i dobieranie do jedzenia przypraw, a to czy krewetki lepsze z chili czy z innym zestawem np. mleczko kokosowe i kolendra, a jakież winko do tego najlepiej wchodzi podkręcając smak jedzenia. Chleba wychodzi mało, dieta lekkostrawna, zdrowa dobrze przetwarzana, winko podkręca nie tylko smak potraw, ale i perystaltykę. Sylwetki szczupleją, ludzie pięknieją. Jest bosko. A nie to nasze ponuractwo. Wiadomości się nie da słuchać, a tam nawet tv nie jest potrzebne. I jak żyć Pani Premier, no jak?

Jedyne, co mnie trzyma to to, że oni tam na tych Malediwach po naszemu nie rozumieją i nie mówią, schabowy z kapustą to tabularaza nie wspominając o kwaśnicy czy ruskich pierogach. Ale wyciszenie jest.