ktak

Właściwie bez wiodącego tematu, takie tam pisanie co mi do głowy przyjdzie

Wpisy z okresu: 1.2015

Rolling Stones

Rolling Stones

Wczoraj, a właściwie w nocy oglądałem koncert Rolling Stonesów z Hyde Parku i zastanowiło mnie dlaczego od tylu lat koncerty kończą utworem I can’t get no satisfacion / nie mogę osiągnąć satysfakcji/. Doszło do mnie ,że całe moje dorosłe życie jest oparte o jakieś takie ramy , które wytyczają przypadkowo Stonesi.  W 1967 roku jako uczeń byłem na ich koncercie w Sali Kongresowej i było to niesamowite przeżycie. I muzyka i sposób poruszania się Jaggera jakby go przed chwilą potrącił autobus w tle nieżyjący Brian Jones i te klimaty nieznane nad szarą Wisełką. A przed Salą kordony ludowej milicji. Na końcu koncertu wspomniana piosenka. Wiele razy potem słuchałem Stonesów i bardzo ich lubię . Mam dla nich duży podziw za całą ich twórczość i podejście do muzyki. A zawsze na końcu jest ten brak spełnienia i to poszukiwanie czegoś nieuchwytnego. I to jest chyba kwintesencja życia. Taki współczesny wyraz pytania zadanego przez Goethego. Sam to w sobie czuję ,że idę idę a ciągle przede mną coś jeszcze jest , coś do czego chcę dojść, a jak dojdę to się okaże ,że jest jeszcze coś. I że nie o to chodzi by złowić króliczka, ale by gonić go. Ta prawda obca młodym wywiera na człowieku wraz z upływem lat coraz większe piętno. Ciężar świadomości takiej rzeczywistości narasta i może dlatego następuje zmęczenie, u niektórych strach ,że nie zdążą dojść choćby do widocznych celów. Albo świadomość ,że nawet jak dojdą to już nie osiągną – satysfakcji. A przykład trzeba brać właśnie ze Stonesów, którzy w wieku około 70-siątki rozpoczęli kolejna wielką trasę koncertową i dają czadu na razie w Australii , ale spokojnie zbliżą się. I tak ponad 50 lat nie mogą osiągnąć tej satysfakcji, ale się starają. Zapytano Rosjanina czy można zaliczyć wszystkie kobiety świata odpowiedział – nie , ale się trzeba starać.

Emeryturka

Emerytura

My ludzie mamy coś takiego jak emerytura, a i to nie wszyscy. Dawniej ostatnich w wędrówce zjadały wilki , niedźwiedzie itp. Potem stopniowo, póki mogli pracować pracowali, a potem dogorywali na tak zwanym łaskawym chlebie. Dopiero stosunkowo niedawno wymyślono odkładanie przez całe zawodowe życie na tak zwana godną emeryturę. Nie dyskutuję o jej wymiarze, ale zwykle jest. A tak jak przed laty, ma  wszystko w naszym otoczeniu? Nasze ukochane zwierzątka są jakby całe życie na emeryturze, ale straciły wolność. Zwierzątka gospodarskie dochodzą do odpowiednich parametrów i jak mawiał Pawlak giną naturalną śmiercią od topora. Zwierzęta dzikie to jak od lat albo dożywają końca polowania albo nie i to bez względu na polującego. Więc u większości zwierząt i roślin nie ma mowy o emeryturze. A co z domowymi sprzętami. Te wszystkie harujące na nas odkurzacze, telewizory, pralki , auta i inne lodówki, co z nimi. Pracują ciężko starają się być niezawodne i co? ZUS weźmie pod opiekę? Jeszcze jest kłopot jak się zestarzeją gdzie je wyrzucić. Na szczęście nie wszystkie. Bo są tacy , którzy nie pracują w ZUS a widzą w przedmiotach duszę i chcą je zachować w jak najlepszym stanie. Ba, nawet są tacy co te przedmioty odnawiają. Prym wiodą tu oczywiście samochody i wiele z modeli ma swoje drugie życie w garażach hobbystów. Tak samo motocykle ,rowery czy nawet wózki dla dzieci. Inne przedmioty jak pralki, miksery, czy stare telewizory nie mają takiego szczęścia. Na naszych oczach rodzą się antyki jak choćby pierwsze komputery. One mają szanse na emeryturkę. Ale dzieje się jeszcze coś. To przemijanie użyteczności odbywa się coraz szybciej, a więc i ewentualna emerytura przedmiotów szybsza. Zapaleni zbieracze, czy muzea potrzebują coraz więcej miejsca na eksponaty, oczywiście z naszych emerytur i podatków. Tak więc postęp wymusza na nas coraz większe wydatki na utrzymywanie historycznych przedmiotów obniżając tym samym nasze przyszłe dochody. Czyli popierając postęp sami się okradamy. Niby takie oczywiste, a kto o tym myśli? Na pewno nie ZUS. A takiego Papuasa i sokowirówkę czeka taki sam los emerytalny.

Sałatka

Sałatka

Konrad poznał Łucję jakieś dwadzieścia parę lat temu. To było cos niezwykłego, rzut oka i już pewność ,że to jest właśnie to. Marzenie zakochanych ziściło się w jednej chwili. Na zdrowy rozum dzieliło ich wszystko. Ona przepiękna , lubiąca dobrze wyglądać wegetarianka z ciałem wysportowanym i sprężystym, on zawsze lekko zaniedbany choć czysty, nie dbający o linię , nie stroniący od doczesnych uciech. Za to obydwoje trochę szaleni, weseli z pogodnym nastawieniem do świata. Po pół roku zamieszkali razem i starali się dopasować. Kanapki na śniadanie robili , ona zjadała z serem, on z wędliną , na obiad ona do zupy dla niego dodawała coś mięsnego, a sama jadła jarsko , na drugie on pochłaniał kotleciki, ona sałatę i ziemniaki. Tak sobie to układali i w innych dziedzinach życia co dawało im poczucie szczęścia. Brakowało jednak czegoś co byłoby i wspólne i oddzielne zarazem. Tym czymś okazała się sałatka. A właściwie sałatki. Dużo surowych listków przeróżnej proweniencji, a do tego skrojony kawałek mięsa. Jadali to zawsze z jednej miski, ona od strony zielonej on od mięsnej. Każde wybierało co chce . To był taki cementujący ich związek rytuał. Gdy urodził się Sobiesław ich pierwszy syn z początku chcąc nie chcąc okazał się jaroszem, jak mamusia. Ale dorastał ,zęby mu urosły i okazało się ,że Sobuś jest zwykłym żarłokiem. Właściwie nie interesowało go co je, byle było tego dużo. Nie najedzony piłował dziób, aż do utraty tchu. Jadł tyle co matka i ojciec razem. A i wymiary miał co do tego apetytu stosowne. Potem na świat przyszła Bożenka. Śliczne maleństwo, oczko w głowie Tatusia. Z tym ,że Bożenka nie potrzebowała jedzenia w ogóle. Nawet cyca nie chciała. Karmili ją wyciskając do ust krople mleka z butelki. Czasem z łaski połknęła. Łucja odchodziła od zmysłów , bo waga córeczki była zawsze poniżej dla niej odpowiednich norm. Jedzenie w domu zmieniło się w koszmar. Ojciec pilnował Sobka aby nie obżerał Bożenki, która chętnie oddawała każdy kęs. Któregoś dnia po kolacji, gdy dzieci zasnęły usiedli i zaczęli rozmawiać. Doszli do wniosku ,że dzieci przesadnie ich naśladują, że trzeba zmienić nawyki żywieniowe. Konrad zaczął być bardziej powściągliwy w jedzeniu i często prosił o dokładki surówek, Łucja z trudem, ale jednak przepraszała się z mięskiem. Dzieci ciekawie patrzyły na zmianę zachowania rodziców i w ich diecie codziennej też coś drgnęło. Sobuś wciągał więcej surówek i wstawał od stołu nie do obłędu najedzony, a Bożenka ze znawstwem i powagą próbowała coraz innych pokarmów odkrywając ich smaki. Pamiętajmy, dzieci nas naśladują i zawsze robią to bardzo przesadnie. Umiar więc zachować należy jak się jest wzorcem. A jaki wniosek dla opisanej rodzinki – dobra sałatka z każdej strony smakuje tak samo.

Marzenia

Marzenia

Często się zastanawiam jakie trzeba mieć marzenia. Czy takie realistyczne, typu mam dobrą pracę a chcę mieć lepszą , bo pojadę na urlop o godzinę lotu dalej czy takie, nierealne typu chcę latać. Te pierwsze trzymają nas przy ziemi dają bardzo potrzebne w życiu obiektywne spojrzenie na swoje miejsce w życiu, na możliwości i pozwalają odpowiedzialnie tworzyć warunki rozwoju dla siebie i rodziny. Dla wielu ludzi to spełnienie oczekiwań i taki jakiś spokój z jasno postawionych planów. Innych takie traktowanie marzeń to zwykły gorset nałożony na niespokojne dusze. To skrępowanie dla myśli i samoograniczenie. Ludzie o takich potrzebach ograniczeni do tych pierwszych marzeń wymuszonych na przykład sytuacją rodzinną męczą się niesamowicie. Wykonują coś niemożliwego, bo kasują swoją osobowość na ołtarzu okoliczności w jakich przyszło im żyć. Ktoś powie , mogli się nie wiązać. Ale zwykle właśnie tacy marzyciele są bardzo interesującymi obiektami dla płci przeciwnej. A ci którym wpadli w oko są w stanie dużo obiecać ,żeby wejść w związek. Potem nie wytrzymują. Trudno mówić o czyjejś winie, ale koszty takich związków są ogromne. Szczególnie dla dzieci. Najczęściej tacy marzyciele, albo spalają się w beznadziejności codziennego poukładanego życia, albo odchodzą. Każda z tych opcji jest złą zarówno dla marzyciela jak i dla rodziny. Z tym ,że bez tych co odchodzą nie byłoby postępu. Czy zatem regułą jest to ,że taki marzyciel musi być samotnikiem? Nie bo są takie przypadki jak Krzysztof Penderecki gdzie jego żona całkowicie ochrania jego marzycielstwo. Z tym ,że to raczej wyjątek. Ale nie o to mi chodziło, a raczej o to ,że na przykład bardzo wiele rozwodów ocenianych jest w kompletnej izolacji od tego marzycielskiego syndromu. A przyznać się do takich skłonności jest trudno, a tylko długotrwałe marzenia o czymś z pozoru niemożliwym dają szanse na realizacje jakiejś idei , która przełamie schemat. Pamiętam jak w czasie mojej krótkiej kariery „naukowej’ zadawałem pytania typu dlaczego to się przyjmuje tak czy tak. I czy zawsze trzeba sztywno trzymać się przyjętych uproszczeń? Nie żebym się chwalił, ale takie patrzenie przynosi inne podejście do problemu. Wątpienie i udowadnianie sobie że przy odpowiednim podejściu tyle rzeczy jest możliwych? Ech, rozmarzyłem się.

Ja , jako zwierzę

Ja, jako zwierzę

Zastanawiałem się kim bym chciał być w innym wcieleniu zakładając tak jak Hindusi, że raz się jest zwierzątkiem, a raz człowiekiem. Słoń mnie kusił, bo to potężne zwierzysko, ale odstraszyło mnie to ,że z jednej strony lwy lubią bardzo młode słonie, a po wejściu w dorosłość ludzie walą do słoni z karabinów i w sprawie ząbków są pazerni. Więc nie. Bardzo mi się podobają tygrysy. No taki to ma dobrze, żarcia w bród tyle ,że tubylcy ich nie lubią i też masowo mordują. Lwy mi się nie podobają  a szczególne te grzywy straszne jakieś nie wiadomo po co. Bardzo ładne są antylopy szczególnie mi się podobają antylopy kudu, ale głupie to jak but. Tak samo zebra czy gnu, więc raczej nie . Gady i gryzonie odpadają . Może zatem jakiś ptak na przykład kondor ale cytując klasyka diaboliczna ptasia morda też nie bardzo. Dużo lepiej orzeł. Przy mojej chęci, ba wręcz miłości do latania wydawało się to rozwiązanie idealne, ale wsuwać myszy , no nie to nie dla mnie. Zacząłem się denerwować , czy ja sobie zwierzątka nie mogę znaleźć . Próbuję dalej kierując się patriotyzmem myślę o zwierzakach krajowych. Taki żubr dla przykładu , ładne to ale tak naprawdę krowa, a gdyby mi się jeszcze przyszło krzyżować z krową i patrzeć na tego żubronia jako efekt moich miłosnych starań , to nie , nie dam z dziecka kaleki robić. Zbyt jestem wrażliwy. No to co koń, e tam rżeć co rano przy dyszlu czy słuchać jakiegoś barana co mnie dosiada i zmusza do skakania przez jakieś murki, ubranego jak pajac z garnkiem na głowie, e tam. Koza, owca czy świnia nie wchodzą w grę, bo na tych pastwiskach same świństwa . Zając, królik to tchórze, kuropatwy czy dzikie kaczki też nie i w końcu dwie kandydatury mi zostały . Wiewiórka i jeż. Rude skaczące po drzewach fajne ale jak ktoś by do mnie zawołał Basia to bym się spalił ze wstydu szczególnie gdybym był samcem. A jeż, całkiem inna sprawa, kolce na ciałeczku i w razie coś, kłębuszek i nikt mnie nie ruszy. Niebezpieczeństwo odchodzi, a ja postawa zasadnicza i na jabłuszka. Jak głodny to i robaczka sobie schrupię, pasikonikiem nie pogardzę. A gdy przyjdzie zima to pod listki do norki i śpioszek do wiosny. Bez mrozów , odśnieżania i tego białego co go nie lubię. Jedno co mnie trochę martwi to kontakty z płcią przeciwną, ale jak mawiał mój Ojciec , nie ma przyjemności bez bólu rzekł lis całując jeża.

 

Życie rodzinne

Życie rodzinne

To taka charakterystyczna procedura w dużej mierze decydująca o charakterach i zwyczajach wychowywanych w niej osobników. I tak na przykład za Bolka I Mieszka model wychowawczy , rodzinny wyglądał tak ,że od 10 roku życia chłopcy dostawali drugą całkiem inną rodzinę jaką była drużyna i tam się uczyli bycia mężczyzną, a dziewczęta zostawały z matkami by zgłębiać tajemnice panieństwa, małżeństwa i wdowieństwa. Ale to się z czasem zmieniało, chłopakom bardziej się podobały zabawy, niż bijatyki i ojcowie przestali oddawać synów do drużyny, a oddawali do zakonu lub, co częstsze sprowadzali im nauczycieli. Taki chłopiec był potem transferowany do szkół i tam dostawał wycisk, lub nie. Dziewcząt specjalnie nie szkolono uznając ,że tak jak za czasów Mieszka doszkolą się przy mamusi. I tak się światek toczył aż do dzisiaj gdzie mamy związki partnerskie, równość i wychowanie w przekonaniu ,że trzeba młodym ustępować. O wychowaniu trudno mówić , bo dzieci i rodzice rzadko się widują. Kolacje od KFC czy sushi to nie jest żaden sposób na wychowanie. Każdy ma swoje problemy i każdy musi sobie radzić sam. A jak to będzie w przyszłości? Tu widzę dwa modele. Pierwszy księżycowy, bo przecież tam zacznie się przeprowadzka ludzi. Będą rodzinne igloo ale w nich w przeciwieństwie do eskimoskich wszystkie wygody. Ciążenie siedmiokrotnie niższe niż na Ziemi więc wszystko lżejsze co wpływa na wychowanie. Matki i ojcowie pracują ale nie ma mowy o nadgodzinach a każde igloo skupi rodzinkę . Poranne rozmowy typu synku do szkoły masz przecież kilka kilometrów , a on na to to zaledwie kilkadziesiąt skoków, nawet się nie spocę. Opowieści o świeżym jedzeniu, o roślinach to będą bajki tych na Srebrnym globie. A i naśladownictwo będzie bardziej naturalne, Tak samo w przestrzeni kosmicznej przy stacjach , każda rodzinka w swojej kapsule, każdy pracuje lub się uczy z tym ,że wesoło jest przy posiłkach bo kisiel lata w powietrzu a spanie to zabawa , bo na przykład rodzice śpią na suficie w pozycji 69 a główne zadanie z domowych prac to oczyszczanie atmosfery. I ze względu na małe metraże dużo wspólnych chwil. Albo takie orbitowanie nastolatków za stacją z daleka od rodziców? Nowy rodzaj flirtu. Więc nie martwmy się wychowanie po chwilowym upadku ma szanse się podnieść i stać się oczekiwaną wartością. A czy ja bym tak chciał? No raczej……

Objawienie

Spałem sobie smacznie, gdy nagle bolesny skurcz w łydce przerwał mi to moje nocne odpoczywanie. Naciągnąłem mięśnie, czekając aż skurczu ustanie i tak się stało, ale lekki ból pozostał. Za to włączyła się głowa, a to ustrojstwo bardzo trudno wyłączyć. Pierwsza myśl to – mam braki potasu. No dobrze jem jak jadłem, piję jak piłem, to co się do cholery zmieniło ,że ja ten potas wypłukuję? Czy całe lata korzystałem z nadmiaru? Czy miałem gdzieś złogi tego niezbędnego pierwiastka? Chyba nie, bo gdybym go zużywał to by mi spadała waga. Więc co-wiek? Chyba tak i za mało z żarcia przechwytuję albo mięśnie potrzebują więcej i się boleśnie upominają. I wtedy do głowy mi przyszło ,ze nic naprawdę nie jest dane na zawsze, że wszystko się zmienia i jest względne. I wtrącił mi się osobisty przykład względności. Bez fałszywej skromności powiem ,że jestem dobrym człowiekiem ale to w żaden sposób nie gwarantuje mi dobrego życia. Wręcz przeciwnie. Wszyscy się przyzwyczajają ,że dobry to wybaczy, zrozumie i się nie będzie gniewał. A mnie przychodzi do głowy filozofia Markiza De Sade i jego „Niedole cnoty” gdzie stawia brzydką, ale kto wie czy nie prawdziwą tezę ,że ludzie dzielą się na wykorzystywanych/ dobrych/ i wykorzystujących/ złych/, którzy de facto maja lepiej. I to wszystko może być prawdą tyle ,że ja nie potrafię być złym człowiekiem. Otrząsnąłem się z tych złych myśli, ale Morfeusz się zapodział i kiepeła dalej pracowała. Zadumałem się nad względnością czasu.  Jest przecież udowodnione ,że im bardziej się oddalamy od układu słonecznego tym wolniej czas płynie. To znaczy nam płynie tak samo, ale na Ziemi względnie przyspiesza. Pomyślałem ,Ze skoro tak to gdzieś na krańcach wszechświata jest takie miejsce , że gdy na planecie podobnej do Ziemi ktoś je śniadanko to w tym samym czasie na Ziemi powstają i giną dinozaury czy w ogóle między jednym łykiem herbatki tego gościa od śniadania, a drugim na Ziemi mijają miliony lat, a gdy założyć ,że to ciągnie się w nieskończoność to dojedzie się do punktu gdzie czas zatrzymamy, a na Ziemi przelatywać będą miliony lat. Coś idealnego dla kobiet. Na przykład wylatuje kobitka w kosmos jako rycząca czterdziestka wraca na Ziemię po trzydziestu ziemskich latach , koleżanki staruszki, mąż ślepawy, a ona dalej rycząca czterdziestka. Cudownie. Ale ani jedna nie poleci , bo jak sobie pomyśli ,że zostawi chłopa na pastwę koleżanek to spokojnie może nie wracać , bo nie będzie do czego. I to jest coś co trzyma panie na ziemi. Czyli wiadomo co wstrzymuje postęp. Tak myślałem, a zasypiając dotarło do mnie ,że to wszystko przez braki potasu w organizmie i że o tym to się fizjologom nie śniło.

Sabina

Sabina

Obudziłam się jakoś wcześnie rano i już mi było zimno. Zjadłam małe co nieco, bez problemu, jedzenia było w bród, napiłam się wody. Oj ta już chłodna była po nocy. Kotów na szczęście nie było , spały gdzieś sierściuchy. Podreptałam od krzaczka do krzaczka i doszłam do muru. Chodziłam wzdłuż niego aż natknęłam się na wejście. Weszłam do środka. Od razu było mi cieplej. Poczułam też cudowną woń jedzenia. Ostrożnie podążyłam śladem zapachu. Wtem na horyzoncie zamajaczył cień Trola. Ale wielki. Przycupnęłam cichutko, przeszedł i mnie nie zauważył. Dobry znak, znalazłam dobre miejsce na sen i zasnęłam, aby dalsze zwiedzanie odbyć w porze kiedy Trole będą wypoczywać. Nadszedł wieczór wszystkie odgłosy ustały. Zapachy jakie się roznosiły po tym domu były przecudowne. Czułam się jak w kulinarnym raju. Poszłam w ich kierunku, i nagle usłyszałam jakiś chrobot i odgłosy gryzienia. Wychyliłam się, a tam siedział on. Cudowny, silny , młody , piękny. I jadł. Silnymi szczękami rozgryzał kęsy jedzenia jakie przedtem oderwał. Super samiec. Ale ja nie byłam gorsza. Koleżanki mi zawsze mówiły ,że jestem laska. Ostrożnie się wychyliłam, on zastygł czując mnie blisko. Gdy mnie zobaczył, aż oniemiał. Cały zesztywniał i podbiegł do mnie z najlepszym kawałkiem jedzenia jaki był dostępny. Przez chwile jedliśmy w milczeniu, a on nie odrywał ode mnie oczu. Potem pokazał mi okolicę. Dużo mówił o raju na ziemi, o gwiazdce z nieba jaką ponoć byłam. A nad ranem zaproponował mi wspólne mieszkanie. W szale radości zgodziłam się. Następnej nocy byłam już jego. Było cudownie , te gonitwy te wzajemne umizgi , szał. Trzeciego dnia miałam jakieś lekkie mdłości, ale nie zwracałam na to uwagi. Potem zaczęłam tyć. I wtedy on odszedł. Fakt ,że zostawił mi wszystko, pocieszał mnie, ale żal mi było tych pięknych chwil  z nim spędzonych. Brzuch mi pęczniał i sama nie wiedziałam co się dzieje. Potem urodziłam, patrzyłam na moje dzieci z dumą i przekonałam się ,że macierzyństwo jest piękniejsze niż figle z samcem. Dzieci rosły, a ja codziennie chodziłam do tego cudownego miejsca gdzie było tak dużo jedzenia i nigdy, ale to nigdy nie byłam głodna. Dzieci rosły i z czasem zaczęłam je tam ze sobą zabierać. Bardzo się bałam, aby ich nie dopadły Trole. Pewnego dnia za dużym pojemnikiem znalazłam ciało ich ojca , takie już suchawe, a w ustach miał jeszcze co różowego. Chyba ostatni posiłek. Bardzo mi się go żal zrobiło. Wspomnienia wróciły. Następnego dnia moje dzieci znalazły całą składnicę tego różowego przysmaku. Najedliśmy się do syta. Gdy zaczęły się bóle, zrozumiałam swój błąd, patrzyłam na zasypiające jedno po drugim moje dzieci i ostatnie co usłyszałam to jak Trol mówił – wytrułem chyba już wszystkie myszy Kochanie. Każdy medal ma dwie strony i czasem warto zauważyć te drugą.

Koszmary młodości

Koszmary młodości

Jestem chłopcem wychowanym na warszawskim Czerniakowie. Dzieckiem byłem żywym, ale myślącym. O czym to inna sprawa ale łeb pracował od najmłodszych lat. Na przykład poród, trzy dni kombinowałem czy wychodzić na świat czy nie. Wybrałem się zresztą zbyt wcześnie i miałem wątpliwości, a cofnąć się nie dało. Pierwsze lata życia to była walka o życie, ale wygrana walka. Potem było gorzej . Około jedenastoletni chłopak normalnie bił się z kolegami na podwórku stawiał pierwsze kroki jako mężczyzna aż do momentu gdy wtrąciła się w to Mamusia. Idąc za głosem swojego serca , bez pytania mnie o zdanie zapisała mnie do jakiegoś klubu na….. łyżwiarstwo figurowe. Wystarczyło mnie znać powierzchownie by wiedzieć ,że jest to w absolutnej opozycji do mojej natury , charakteru i zainteresowań. Mamusia się uparła. I żeby tylko tak po cichu przed chłopakami, nie , łyżwy mi kupiła. I to jakie?. Białe , babskie łyżwy figurowe. Obciach na wszystkie  okoliczne podwórka. Pogarda na przerwach, no pośmiewisko. Ale Mamusia dumnie , mój synek uczęszcza…. Wtedy nie wiedziałem jeszcze o istnieniu czegoś takiego jak gender ale teraz wiem jak tłumaczyć te procesy jakie we mnie zachodziły. Zajęcia były potwornie nudne, kreśliło się na tafli ósemki, jeździło jaskółki , czyli jazda na jednej nodze w pozycji znanej z reklamy LOT. Nie to nie ja tam byłem. Dziewczęta robiły piruety a ja patrzyłem na to wszystko powtarzając sobie po cichu- jestem chłopcem , jestem chłopcem. Bo byłem jedynym przedstawicielem płci na tych zajęciach. Nienawidziłem ich z całego serca. Patrzyłem na te dziewczęta latające leciutko w powietrzu ale mi się nie podobały. Wiele razy miałem ochotę rozpędzić się i jadąc tą jaskółką z całej siły przywalić głową w bandę w bezsilnej złości. Przyszły zawody i oceny sędziów. Ku mojemu zdziwieniu dostałem średnio dobre oceny ale to w żadnym stopniu nie pobudziło mnie do dalszych starań. Wciąż upewniałem się w swojej męskości, póki co słownie, ale wkrótce miało się to zmienić. Z łyżwiarstwem rozstałem się już dawno ale ten gender w sercu pozostał . Szczególnie przez długie lata martwiły mnie to niezłe oceny sędziów jakie dostałem. Może oni we mnie zobaczyli coś czego ja sam nie widziałem i nie chciałbym zobaczyć? Może i tak bo w dorosłym życiu miałem dowody adoracji ze strony jednostek walniętych w gender. A dyplomy zostały w moich dokumentach, aż pewnego razu znalazły je moje dzieci. Mało brakowało abym je stracił. Dzieci a nie dokumenty. Umierały ze śmiechu przez co najmniej pół godziny. Wreszcie się uspokoiły i ten szczery śmiech dowodzi ,że nie ma we mnie tego czego bym nie chciał. Duża ulga bo śmiech powtórzyły wnuki jak się ostatnio dowiedziały o moich młodzieńczych wyczynach. Tekst dedykuję oczywiście Mamusi i wszystkim matkom zmuszającym dzieci do zainteresowania się tym co matki by chciały aby ich dzieci robiły.

Surviwal

Surviwal

Siedział i ciągle po głowie łaziły mu myśli typu, po co mi to było, co do cholery chciałem udowodnić i komu. Tomek był wręcz fanatykiem surviwalu i oddawał się swojej pasji tak często, jak tylko mógł. Życie towarzyskie nie miało dla niego znaczenia . Liczyło się tylko to, by nabrać umiejętności samotnego przetrwania i dostać się tam gdzie sięgały jego marzenia. Na Alaskę. Zrealizowanie tego planu musiało jednak zostać poprzedzone zebraniem środków na sprzęt , treningami w trudnych warunkach , studiowaniem przyrody i warunków jakie zastanie na Alasce. Wreszcie wyznaczenia trasy jaką zamierzał przebyć. Wszystko wykonał sumiennie. Trzymał się planu zdobył stosowne dokumenty, mapy i sprzęt i wyruszył. Było cudownie. Szedł jeden dzień za drugim, łapał ryby, zbierał jagody i obozował nad rzeczkami. Nigdy nie czuł się lepiej, osiągnął stan nirwany i chciał aby ona trwała. Aż do wczoraj. Gdy mył się w potoku zza krzaków wynurzył się niedźwiedź grizzly. Olbrzymie bydlę parskało i patrzyło na niego swoimi małymi oczkami. Tomasz wrzucił na siebie koszulę i zaczął uciekać. Nie był to dobry pomysł , bo niedźwiedzie tego gatunku biegają szybciej niż człowiek. Tomek zobaczył drzewo i szybko na nie wszedł, a niedźwiedź za nim. Tomek oddalał się od pnia coraz bardziej aż stało się to co musiało się stać. Gałąź trzasnęła pod jego ciężarem i spadł wprost do środka skupiska kolczastych krzaków pod spodem. Kolce były długie i gęste i dziesiątkami wbiły się w ciało Tomka tak ,że nawet nie dotknął ziemi. Wisiał tak jakiś czas gdy tymczasem uroczy misio patrzył na niego z góry. Po jakimś czasie zszedł z drzewa i usiadł na skraju skupiska krzaków , nie był z niego frajer by się pchać w to kolczaste skupisko. Tomasz w tym czasie pokonując ból zdołał doprowadzić do tego by usiąść na ziemi. Z małych ranek na jego ciele sączyły się malutkie stróżki krwi. Zaczął wołać po angielsku – help, help me. Ale nikt się nie odzywał, a misio strzygł oczami wygodnie rozciągnąwszy się na mchu. Trwało to drugą dobę i Tomasz powoli zaczynał wątpić czy z tego wyjdzie. Popadał w stan podobny do hipnozy zaczął słyszeć głosy, których nie było, nic dziwnego ,że nie zareagował jak z daleka usłyszał wołanie- Józek , łajzo jedna , niech no ja Ciebie dorwę – wypowiedziane po polsku z akcentem z Podlasia. Nie zauważył ,że niedźwiedź na dźwięk tego głosu lekko zadrżał i odwrócił głowę. Dopiero powtórzone zdanie uświadomiło mu ,ze to dzieje sie naprawdę. Zaczął drzeć się, -attention grizzly-, aby ostrzec nadchodzącego. Zza krzaka wyszedł strażnik przyrody i zwracając się do misia po polsku zaczął go opieprzać- ty łajzo, to ja Ciebie trzeci dzień ganiam po krzakach, a Ty ludzi straszysz, zobaczysz co ci zrobię w domu, twoja Luśka w rui oczka wypłakuje, a ty uciekasz cholero jedna, jaki z ciebie chłop. A niedźwiedź podniósł się na dwie łapy i dawaj przytulać się do strażnika. Radość ogromna. Tomek krzyknął tym razem po polsku- człowieku ratuj mnie. A strażnik , Nic się nie bój tylko odprowadzę Józka do klatki i zaraz wracam z siekierą to Cię uwolnię, Jak powiedział tak zrobił. Więc pamiętajmy, czy to w buszu czy na Alasce czy na pustyni zawsze trzeba być gotowym na spotkanie z rodakiem.