ktak

Właściwie bez wiodącego tematu, takie tam pisanie co mi do głowy przyjdzie

Wpisy z okresu: 2.2015

Lodówka

Lodówka

To takie pozornie zwykłe urządzenie stoi w każdym domu i to właśnie urządzenie mówi nam wiele o ludziach , którzy zajmują mieszkanie. No bo jaką lodówkę kupi chłopak samotnie mieszkający w kawalerce? Właściwie kupi chłodziarkę z zamrażalnikiem na kostki lodu, tak aby weszło dużo piwa i innych napojów. No ewentualnie szufladka na wędliny i podstawka na jajka. Żadne tam trzy szuflady w zamrażarce, bo i na co? Tyle lodu nie potrzebuje. A samotna dziewczyna? Kupi małą lodóweczkę najlepiej z małymi szufladkami i pojemnikami na kremiki , miejscem na jogurty i warzywa, dużo miejsca na warzywa, do tego jedna szufladka zamrażarki na skrzydełko z kurczaczka/ bo rosołek trzeba na czymś/, ewentualnie kotlecik czy co najczęściej na posiekana i zamrożona kolendra czy koperek. No i często mrożone warzywa białe – kalafiorek, selerek, pietruszka itp. Para żyjąca razem albo połączy to wszystko w jedną lodówkę, i tu idealnym rozwiązaniem jest lodówa dwuskrzydłowa z kostkarką dla chłopca, a szufladki w drugiej części dla dziewczynki. Z tym ,że to nie jest rozwiązanie tanie, więc często biedacy muszą iść na kompromis i dzielą te półeczki miedzy siebie. A ile to drak potem. Twoje piwo postawiłeś na świeżą sałatę i jak ona wygląda, albo , no tak znowu kremiki w zamrażarce a ja co ciepłe drinki będę pił. I tak to się dzieje póki samotni. Z dzieckiem się zmienia, piwo w dużych ilościach won z lodówy, a na to miejsce mleczka i inne produkty dla matki i dziecka, Z czasem jest ich coraz więcej  lodówa robi się ciasna, I tu mamy dwie szkoły: albo lodówka z echem , czyli kupujemy normalnie codziennie aby było świeże i tylko niedobitki jedzenia zostają na drugi dzień w efekcie lodówa pusta, echo hula, albo kupowanie hurtowe, bo mamy dużą lodówkę i wszystko się zmieści więc po co ganiać codziennie do Biedronki. Ale to nie koniec naszych przygód z lodówką. Są bowiem w lodówce rzeczy właściwie z nią organicznie związane na pobyt stały. To takie na przykład sosy sojowe, ketchupy, czy inne przyprawy bądź półprodukty czekające długo na spożycie . Rezydenci rzec by można. Co gorsza z czasem ich przybywa, ot słoiczek kaparów, czy czarne oliwki, albo sycylijskie suszone pomidorki w zalewie. Najszybciej schodzą ogórki i one rzec można rezydują ekspresowo. Jest też grupa kompresy oziębiane  tak na wszelki wypadek jak ktoś się o coś walnie. Lekarstwa, koniecznie. I dżemy, które tak czy siak po otwarciu pleśnieją za czas jakiś, jeśli nie zażywane codziennie. Tego jest tyle ,że na nic porządki raz na tydzień. Zawsze coś traci datę ważności czy spożywczą świeżość. I właśnie na podstawie zawartości lodówki można dużo powiedzieć o gospodarzach. Czy oszczędni , zapobiegliwi rozrzutni, lekomani, alkoholicy i inne cechy wyłaniają się zaraz po otwarciu tego zwykłego skądinąd sprzętu. Wniosek jeden , chcesz zachować tajemniczość , nie daj innym otwierać swojej lodówki.

Bal, balecik

Bal, balecik

Pewnie wszyscy to znają ale weźmy to pod lupę

Ta niedziela jest jak film, tani klasy „B”,
Facet się pałęta w nim w nieciekawym tle,

Tło  czyli np. wnętrze w jakim się cos odbywa, na przykład biblioteka uniwersytecka jako tło jest nieciekawa czyli spełnia kryteria
Scenarzysta forsę wziął, potem zaczął pić
I z dialogów wyszło dno, zero, czyli nic.

Ja się scenarzyście nie dziwie ,ze pije w barze Studenckim, bo chcą od niego jakichś dialogów a w Bibliotece musi panować cisza , to jak ma pisać dialogi migowym? Jakas kwadratura koła

Wszyscy święci balują w niebie,
Złoty sypie się kurz,

Papież Franciszek stanowczo się temu przeciwstawia i rozpasanie nie jest przez niego tolerowane, a już złoty nawet kurz? Nie do pomyślenia , a jaki przykład z góry?
A ja włóczę się znów bez Ciebie
I do piekła mam tuż.

Czyli nie ma Cię cholero kto przypilnować i zbaczasz, a nie można tak spokojnie w tej bibliotece poczytać jakiegoś filozofa czy historię Hunów

Tak bym chciał Cię spotkać raz, w ten jedyny dzień
Lub o tydzień cofnąć czas, ale nie da się,

A nie łaska pogodzić się z losem i zająć się tym do czego student jest predysponowany, czyli nauka a nie włóczyć się nie wiadomo gdzie?
Chociaż samotności smak aż do bólu znam,
Kiedy innych niedziel brak, trudno, co mi tam…

Jak tam samotność w bibliotece, tysiące woluminów zawierających prawdy, uczucia i historie wielu ludzi, o samotności mowy być nie może , a już urocza Pani Bibliotekarka

Świat się tylko już ze mną kręci,
Gwiazdy płoną jak stal,

Egoizm połączony z hutnictwem to trąci czasami Stalina gdzie operator pieca Martenowskiego marzył o tym by pracować dla kraju albo wzlecieć w gwiazdy na chwałę
Skasowałaś mnie w swej pamięci,
Aż mi siebie jest żal.

Nie płacz histeryku sam sobie na to zasłużyłeś żałosny mazgaju, weź się w garść i do lekcji cholera jasna

 

I taki jad w uszy naszych dzieci sączy kultura masowa, a biblioteki są zamykane.

CD2 A dlaczego by nie?

CD2 A dlaczego by nie?

Na koniec wyjazdu pod namiot postanowili ,że na próbę zamieszkają razem przez rok, bez zobowiązań. Mieli zamiar wynająć mieszkanie w Gorzowie Wielkopolskim , tak aby Arek miał blisko do pracy a Arleta chciała wziąć roczny urlop bezpłatny. Wyglądało fajnie na nowe otwarcie, na start bez bagażu, ale były dzieci. No może już nie dzieci, ale trójka dorosłych młodych ludzi. Syn Arka Arek junior, Władek I Marta dzieci Arlety. Postanowili spotkać się w piątkę na neutralnym gruncie i przedstawić dzieciom swoje plany. Wynajęli w hoteliku nad jeziorem pięć pokoi i w piątek wieczorem zjechali sią tam wszyscy. Arleta Z Arkiem bardzo bali się pierwszego kontaktu dzieci ze sobą. Fakt ,że kolacja upływała w gęstej i sztywnej atmosferze . Młodzi taksowali się wzrokiem ale zadawali mało pytań . Jakby bronili terytorium. Arek usiłował być wesoły, ale młodzi wydawali się nieprzejednani. Po kolacji Rodzice wyjawili młodym swoje plany. Mówili o szczęściu jakiego zaznali, o tym ,że im dobrze razem i że chcą spędzić ze sobą dalsze lata. Mówili o tym ,że liczą na akceptacje planów przez młodych i ich pomoc w realizacji zamierzeń. Bez deklaracji rozeszli się spać. Do Arlety zapukał Władek , usiadł i z początku niewinnie, a potem coraz śmielej zaczął się naśmiewać z urody Arka , że niby on do Mamy nie pasuje , bo ona piękna, a on niespecjalnie i ,że on Władek bardzo się martwi czy Mamusia nie postępuje nieroztropnie. Bo on jako syn czuje się odpowiedzialny za szczęście Mamy i jest zaniepokojony. Podobna scenka rozgrywała się w pokoju Arka, może trochę inne argumenty ale retoryka taka sama. Tylko Marta nie podjęła żadnych działań. W kiepskich nastrojach przyszli na śniadanie, zjedli w milczeniu, a potem Marta zaproponowała kawę na tarasie. Z pewnym ociąganiem na to przystali. Marta zaczęła od pytań pod adresem Arka juniora. Czy ma dziewczynę , jakie ma plany na przyszłość, jak do tej pory dawał sobie radę w życiu. Potem opowiedziała o życiu Władka i okazało się , że obydwaj mają dziewczyny, że spotykają się z nimi tylko dla miłych chwil, że najlepiej im w domu przy rodzicach, że nie mają żadnych obowiązków i że nie maja także planów. Tak jak jest jest dobrze. I wtedy Marta wstała i zaczęła przemowę. Wy dwa rozpuszczone gówniarze, bez ambicji smarkacze z dowodami, nic was nie obchodzi, czy wasi rodzice , którzy poświęcili życie na wasze wychowanie są szczęśliwi . Czy Wy uważacie ,że oni wam będą prać i gotować do końca życia? Czy dla Was życie to jedynie branie? Rodzice zostawiają nam mieszkania, każdy z Was może zamieszkać ze swoją dziewczyną i spróbować być dorosłym, jak nie dla siebie to choćby dla rodziców. Jak Wam nie wstyd. Zapadła cisza i prawie jednocześnie chłopcy wstali i przeprosili rodziców, a Arek senior powiedział ,że to co powiedziała Marta to poza pokazaniem jej wrażliwości i mądrości jest jeszcze jednym dowodem na to jak mądrą kobietą jest Arleta ,że tak potrafiła wychować córkę. Arleta patrzyła na córkę z dumą i pomyślała ,że nie żałuje tych nocy nieprzespanych, że nie martwi się o przyszłość, a tak było blisko by szczęście z horyzontu wygonili dwaj syneczkowie rodziców.

CD A dlaczego by nie?

CD A dlaczego by nie?

Arek nie dzwonił przez kilka dni i Arleta myślała ,że go zawiodła. I tu niespodzianka, zadzwonił i zaproponował wypad na tydzień w kraju , ale jak zaznaczał wyjazd plenerowy, bez zadęcia. Arleta się zgodziła i po jakimś czasie dotarła na dworzec w Poznaniu, a on tam czekał ze skromnym bukiecikiem. Wziął jej bagaże i zaniósł do ośmioletniego Passata. Wsiedli, a on jej oświadczył ,ze jadą w kierunku Wronek. Przez chwilę pomyślała ,że chce jej zaproponować tydzień w celi, ale zaraz się wyjaśniło ,że chodzi o pobyt nad jeziorem sierakowskim. Przyjechali na kemping i rozbili duży namiot na brzegu jeziora. Materace, a także sprzęt biwakowy, wszystko co było potrzebne wypływało z wnętrza Passata. Wieczorem usiedli przy ognisku , piekli kiełbaski i popijali piwem. Konkretnie Warką Strong. Ale przede wszystkim gadali. Tematów nie brakowało, Arek opowiadał o lekturach jakie ostatnio zaliczył i wracali do tej niespodziewanej podróży jaką wspólnie, ale z jego inicjatywy odbyli. Arleta mówiła mu ,że ponad te wina i frykasy woli podwawelską z grilla i piwko. Podgryzali jakieś ciasteczka, aż zrobiło się ciemno, więc mycie w toalecie na campingu i spać. Rano Arek zaproponował mycie w jeziorze i było super. Chłodna, ale nie zimna woda orzeźwiła i dodała animuszu. Arleta zrobiła kanapki on zagotował wodę na kawę i ją zrobił. Ona szybko jeszcze położyła na stolik jakiś kwiatek, serwetkę i zrobiło się domowo. Zjedli zwykłe bułki i pojechali do stadniny w Sierakowie. Potem wrócili nad jezioro, słoneczko i pływanie , opalanie. Było im dobrze. Wieczorem grill i żeberka bułeczki i piwko. Czuli się ze sobą fajnie. Arleta zaczęła naciskać Arka aby jej o sobie opowiedział. Dowiedziała się ,że jest wdowcem, jego zona zmarła przy porodzie i praktycznie sam wychowywał syna też o imieniu Arek , którego poznała na jachcie w roli kaleki na wózku. Po co to wszystko zadawała sobie pytanie? Następnego dnia Arek uśmiechnięty od ucha do ucha zaprosił ja na rower wodny i pływali pół dnia po jeziorze, potem obiadek w knajpce i wieczór przy ognisku. Arek zaczął pierwszy. Przeprosił ją ,że tak długo trzymał ją w niepewności ,że właściwie obserwował ja i ,że cały czas się cieszył. Nie, nie śmiał się z niej. Chciał ją poznać. Wiedział ,że znalazł skarb i bardzo bał się zawodu. Obserwował dyskretnie co i jak ona robi , widział jej starania, aby ich obóz ładnie wyglądał , widział jak jej dużo bardziej zależy na tym by był blisko niż na tym gdzie są. Mało tego, wydawała mu się szczęśliwsza tu na campingu, niż tam na jachcie. Wieczorem opowiedział jej jak kilka razy próbował się związać z różnymi kobietami, ale one nie widziały w nim mężczyzny tylko dostarczyciela kasy. Powiedział jak go zwodziły i zawodziły. Na koniec powiedział ,że on mógłby z nią tak nad tym jeziorem dłużej, a nawet bardzo długo. Wtedy przytuliła się do niego, a on ją delikatnie pocałował, oddała mu ten pocałunek, a potem się zaczęło. Szaleli prawie całą noc nienasyceni i słonko już mocno grzało gdy się obudzili. Arek zapytał ją poważnie, czy chciałaby z nim spędzić dalsze życie, a ona stanowczo odpowiedziała ,że tak. Wtedy się przyznał ,że ma firmę budowlana , robią w Niemczech remonty i całkiem nieźle zarabiają, że połowę oszczędności wydał na tę ich eskapadę na jachcie, ale nie żałuje , bo zobaczył ,ze dla niej nie jacht i zbytki ale on był główna atrakcją, a pobyt nad jeziorem w prymitywnych warunkach jeszcze go w tym utwierdził . Powiedział jak bardzo rozczuliło ,go to ,że ona poprawiała oba posłania po nocy, jak miło mu się zrobiło jak przygotowywała kanapki dla nich , jak chętnie weszła w role towarzyszki życia i jak mu się fajnie z nią rozmawia. Na końcu powiedział ,że celowo nie dążył do seksu, aby nie zamazywać jej cech na których mu najbardziej zależało ale ,że seks z nią był najwspanialszym jego doświadczeniem. Arleta z każdym jego słowem poznawała go bardziej, nie dziwiła się jego obawom bo wierzyła ,że intencje ma jak najlepsze i potwierdziła ,że właśnie z takim mężczyzną chce spędzić resztę życia. A potem było już tylko lepiej.

A dlaczego by nie?

A dlaczego by nie?

Arleta urodziła się na przedmieściach Ciechanowa, a właściwie w małej wiosce tuż obok granicy miasta. Rodzice mieli hektar ziemi obrabiany przez matkę i ojca jak wrócił z pracy w Ciechanowie. Dorastała w szkole miejskiej gdzie uczyła się na tyle dobrze ,że po szkole podstawowej , trochę wbrew woli rodziców poszła do liceum. Była ładna tą rzadko widywaną urodą pełną kobiecości i wdzięku. Zasadniczo stroniła od kolegów znajdując spełnienie towarzyskie wśród koleżanek. Na nic innego nie miała odwagi , aż do tego feralnego dnia. Sobota wieczór i tańce z Cześkiem z klasy wyżej na prywatce u koleżanki. Pierwsza próba wypicia alkoholu , lekki zanik przytomności i czujności i stało się. Nie była już dziewicą a i była już w ciąży. Czesiek małpa się zdystansował, koleżanki się śmiały, a chłopaki najbardziej. Pokazywano młodą samodzielnie chodzącą w ciąży dziewczynę jak wyklętą. Kończyła przedostatnią klasę w zaawansowanej ciąży, wyklęta nawet przez własnych rodziców. Na domiar złego ojciec zaczął ją podklepywać, a matka nie reagowała. Arleta widziała ,ze musi uciekać. Czytając prasę znalazła ogłoszenie o pracy w szpitalu pod Radomskiem , gdzie obiecywano również służbowy pokoik. Pojechała i znalazła życzliwych , którzy jej pomogli, zaczęła pracę , szczęśliwe urodziła ślicznego synka i walczyła o ich dwoje przez dwa lata. Rodzina się nie interesowała, Czesław tym bardziej. Arleta pracowała w szpitalnej recepcji, prowadziła dokumentację chorych i całego dużego Oddziału chirurgii urazowej. Zastępca ordynatora , porządny człowiek pomógł jej wywalczyć alimenty, a także skłonił do podjęcia nauki i w systemie zaocznym zdała maturę. Zarobki lekko skoczyły w górę i mogła już z trochę większą swobodą operować wydatkami. Zrobiła prawo jazdy i kurs obsługi komputera wraz z oprogramowaniem biurowym. Ceniono ja , bo wyszukała i praktycznie sama wdrożyła system komputerowej rejestracji pacjentów. I wtedy u znajomych pojawił się Włodek. Miły , pełen humoru i fantazji. Pracował jako kierownik budowy i w pracy ceniono go, bo umiał ludziom robotę zorganizować, przypilnować ich i dotrzymywał terminu. Jego entuzjazm porywał Arletę , choć po przykrych doświadczeniach z Czesławem była bardzo ostrożna. Alkohol i seks już nie były dla niej tabu, zaczynała w tym się odnajdywać, ale bardzo, bardzo ostrożnie. Po roku znajomości Włodek oświadczył się jej, a ona na wpół zakochana, na wpół niepewna przyjęła jego oświadczyny tym bardziej ,że wtedy świetnie jej syn dogadywał się z Włodkiem. Po roku wprowadzili się najpierw do wynajętego pokoju, a potem po śmierci ojca Włodka do jego mieszkania, w którym mieszkała tez jego Matka. Arleta była w drugiej ciąży a Włodek wyjechał na budowę do Lubina. Ona pracowała do ostatniego dnia a on przyjeżdżał raz na miesiąc , potem coraz rzadziej . Dzieci rosły Arleta dostała pracę w Urzędzie miejskim. Pensja niezbyt wysoka ale posada pewna. Po ośmiu latach dostała małe mieszkanko gdzie pierwszy raz w swym życiu poczuła się u siebie. Mąż pojawiał się raz na pół roku prosząc o wybaczenie i ona mu wybaczała. Trochę ją nawet wspomagał finansowo. Z czasem jego stosunki z pasierbem się popsuły, a ona coraz częściej odczuwała brak kogoś przy sobie. Starała się zastępować potrzebę posiadania chłopa wizytami u koleżanek, ale występowała tam jako taki dziwny singiel . Ni to wolna, ni to mężatka. Wystąpiła o rozwód. Dla Włodka był to szok, ale jakoś we względnej zgodzie doprowadziła do finału. W sercu miała nadzieję ,że może spotka kogoś, kto ją zrozumie i po prostu pokocha. Dawno kupiła sobie komputer i poprzez sieć znajdowała różnych ludzi z którymi prowadziła korespondencję, czasem nawet intensywną. Podrywali ją głównie żonaci faceci widząc w niej szansę na przygodę na boku. To jej nie kręciło. Poznała kilka koleżanek i tu było lepiej. Jakoś tak się składało ,że te dziewczyny były w podobnej sytuacji co ona i łatwo się dogadywały, nawet robiły sobie spotkanka damskie. I to z alkoholem. Pomagały sobie wzajemnie i duchowo i materialnie. Dzieci podrosły, a wśród sieciowych znajomych Arlety pojawił się Arek. Mieszkał w Szczecinie i pisał do niej ciekawie bez dwuznaczności, potem zaczęły się telefony i wzajemne fascynacje, ale się nie widzieli. Jakoś nie mogli się zdecydować. Potem Arek zamilkł na kilka dni, a do domu Arlety przyszła Pani Zosia i poprosiła ja o rozmowę. Powiedziała ,że działa w imieniu jej znajomych i że ma dla niej niespodziankę. Poprosiła aby Arleta wzięła tygodniowy urlop i jako zapewnienie ,że to nie jest podstęp zostawiła jej całkiem sporą kwotę na pokrycie ewentualnych strat gdyby się nie wywiązała i nie odstawiła jej z powrotem po tygodniu. Umówiły się na następny ranek. Arleta miała dobre przeczucia, nie obawiała się jakoś czekającego ją szaleństwa. Nazajutrz Pani Zosia stawiła się zgodnie z obietnicą i luksusowym samochodem zabrała ją na najbliższe lotnisko. Stał tam helikopter , którym poleciały na lotnisko w Krakowie. Tam przesiadły się do Awionetki i poleciały do Monachium. Przez całą podróż Arleta usiłowała wyciągnąć od Pani Zosi o co chodzi, ale ta była niewzruszona. W Monachium pod schodki awionetki podjechał czarny Mercedes klasy S i pojechały do centrum. Tam spędziły sześć długich godzin na zakupach. Zjadły lunch w hotelu Bayerische Hof i wróciwszy na lotnisko poleciały do Nicei. Przesiadka na helikopter i do Monte Carlo. Arleta była całkowicie oszołomiona, ale nie protestowała zamieszkała w hotelu Royal. Poszła spać, a rano Pani Zosia zabrała ją do fryzjera i kosmetyczki po czym wraz z bagażem odleciały helikopterem Na wielki jacht. Tam jej bagaże zaniesiono do wielkiej i wygodnej kajuty. Po pół godzinie kamerdyner zaprosił ja do salonu. Tam na stoliku stały kieliszeczki do wina i około trzydziestu butelek. Kelner poprosił ja o spróbowanie jakie wino jej smakuje, a ona wybrała trzy gatunki. Wtedy podano posiłek, a do salonu wjechał na wózku mężczyzna z uśmiechem na ustach dał jej bukiet kwiatów i przestawił się jako Arek. Tu coś jej nie zagrało ale nic nie powiedziała Zaczęli jeść, a wtedy mężczyzna wstał  i przeprosił ,że zaraz przyprowadzi gospodarza Pana Arka. Przyszedł niski i lekko grubawy człowiek, ale w oczach miał takiego chochlika i tak szczery uśmiech ,że Arleta zaraz mu wybaczyła ponury żart na początku. Następne trzy dni spędzili pływając wzdłuż wybrzeża , próbując rozmaitych potraw i win. Humory dopisywały i gadali, gadali i gadali. Wieczorami siadali obok siebie na pokładzie i nawet czasem trzymali się za ręce. Ale nic poza tym . Arleta bardzo chciała się do niego przytulić, poczuć się kochaną, bo zawrót głowy już był . Pytała go o to co robi, bała się ,ze takie szaleństwo go zrujnuje, a w końcu nie wiedziała dlaczego ona, a nie inne młode i bardzo atrakcyjne kobiety. Arek mówił ,że dla niego liczy się człowiek i właśnie dlatego ją wybrał. Dni mijały szybko i nadszedł dzień rozstania. Kiedy następnego dnia Arleta obudziła się w swoim łóżku otworzyła oczy i pomyślała , ale miałam piękny sen. Wstała ,przeciągnęła się i pomyślała jakie ubranko wyjąć do pracy, ale gdy tylko otworzyła szafę zobaczyła wszystkie rzeczy jakie kupili w Monachium i dotarło do niej ,że to wszystko przeżyła. Zrobiła sobie kawę usiadła i pomyślała jak to się mogło wydarzyć? Ale niby dlaczego nie? Czy raz w życiu nie mogę przeżyć czegoś niesamowitego? I wiedziała ,ze nigdy nie należy tracić nadziei ,ze coś fantastycznego nas spotka ,bo to się może zdarzyć choćby jutro.

Tydzień curry

Tydzień curry

Dawno nie miałem tak intensywnego czasu, jak w tym tygodniu. Ilość zdarzeń była mniej więcej dwukrotnie wyższa niż normalnie. Zaczynając od tej najważniejszej czyli urodzin Fistaszka, tak nawiasem już jest w domu. Dzisiaj poznawał się z psem. Śpią we trzech pies , ojciec i syn. Super chłopaki. Mama młodego dochodzi do siebie i wszystko jest na najlepszej drodze. Inne kochane wnuki były u nas przez dwie doby i trudno było się z nimi rozstać. W porównaniu z juniorkiem są już takie dorosłe i samodzielne. Wszyscy co chcieli Fistaszka zobaczyć byli dowiezieni i odwiezieni, Ja miałem w pracy bardzo intensywny czas, a moją druga połowa to samo miała w domu. Zasadniczo padamy na pysk. Ale jest coś, co dodało nam sił i tak naprawdę pozwoli dalej działać. To potrawa jaką w naszym domu lubimy tylko my z Żoną. Chodzi o  curry. Normalnie go nie robimy , bo dla starszych i dla młodych jest zbyt ostra , a my bardzo lubimy jak pali w gębie. Dzisiaj był obiad dla nas dwojga i mieliśmy curry. Przyszedłem później niż zwykle , bo traktory zablokowały możliwość przejazdu przez miasto i dostałem takie pysznie gorące i ostre jak piorun curry. Ostre było do tego stopnia ,że bez popitki nie dało się jeść. Z braku czerwonego wina otworzyliśmy piwko i tak w tempie trzy kęsy curry jeden łyk piwa pochłonęliśmy tego cuda sporo. I wtedy mi się przypomniało ,jak to Anglicy przybywający z Indii rozsławiali imię curry , a nawet ,że istniała pewna tradycja wśród wojsk angielskich tam stacjonujących. Chodziło mianowicie o to ,że każdy oficer , jak przybywał do garnizonu z rodziną musiał w pewnym czasie od przyjazdu, urządzić party dla pozostałych oficerów i musiała tam być potrawa z curry, oczywiście nowa. I wymyślali, nawet słodycze z curry. Jak wiadomo w Indiach bardzo łatwo złapać różne choroby i krążyła pogłoska ,że jedząc ostre przyprawy można skutecznie odkazić organizm. To jednak nieprawda, troszkę takich własności ma betel, czyli pewien rodzaj liści w które zawijano niewielką ilość wapna gaszonego i żuto to obficie spluwając na czerwono. Ta profilaktyka jedynie wspomagała naturalnie odporne organizmy prawowitych mieszkańców półwyspu indyjskiego. A mnie daje zastrzyk energii, nie betel ale curry oczywiście. Mam nadzieję ,że może zostało trochę na jutro.

Walentynki

Walentynki

Nie wiem dlaczego, ale zawsze trudno przyswajałem Walentynki. To marketingowe święto niby ma jasną formułę, ale ona jest tak różnie rozumiana i interpretowana ,że jestem w tym troszkę zagubiony. Bardzo bawią mnie te czerwone stragany, z wszelkiego rodzaju kompletnie niepotrzebnymi rzeczami i rzesze  ludzi , którzy to kupują. A już w te zapewnienia, to w ogóle nie wierzę. Ale jest i pozytywny aspekt tego święta. Otóż działa ono na wyobraźnię. W ostatnie Walentynki pogoda była jak drut, ciepło nawet do tego stopnia ,że niektórzy chodzili po ulicach w samych koszulach. I tu nastąpi opowieść ,która zaczęła się w realu, ale dalszy jej ciąg to moje własne wymysły. Przejeżdżałem samochodem koło przejścia dla pieszych, a po pasach szedł młody mężczyzna i w lewej ręce trzymał przewieszona kurtkę, a w prawej różę. Z tym ,że on tę rękę trzymał za sobą , różą do góry. Przechodził po tych pasach więc myślałem ,że po drugiej stronie czeka zniecierpliwiona dziewczyna, ale nie . Po drugiej stronie nikt nie czekał. Może przyszedł za wcześnie pomyślałem i zaczęło się. To po cholerę trzyma tę rękę za sobą? I tak ona tę różę dostrzeże. A może on po prostu nie może tej ręki cofnąć. Może skurcz go złapał i tak idzie z tą ręką z tyłu? Może blokada stawu? A potem zobaczyłem jego spotkanie z narzeczoną. Widziałem jak się do niej tyłem odwraca, by kwiat przekazać. Ona bierze różę , bo wiadomo Walentynka, a on kocha. Trzyma różę, a jego ręka została za plecami. Ona próbuje ją przesunąć na bok, ale nie idzie. Szarpnęła mocniej , cos tam strzeliło, ręka opadła ,chłopak jęknął z bólu a ona , ach nic się nie stało, pojedziemy na ostry dyżur. Miłość i cierpienie wywodzą się z tego samego miejsca, przekonuje. Jemu łzy z oczu ciekną, a ona trajluje jaki to on rycerski i prowadzi go na przystanek autobusowy. On słucha tego szczebiotu i zaczyna wątpić w celowość Walentynek. Nadjeżdża autobus on jej zdrową ręka pomaga wejść do środka, a sam wchodzi jako drugi i w tym momencie autobus rusza facet leci na pysk uderzając się twarzą w słupek. Guz rośnie, boli już i ręka i głowa. Dojeżdżają, a on wie na pewno ,że Walentynki to idiotyczne święto. Ona gada bez przerwy, wysiadają on ją puszcza przodem, a sam wysiada za nią i na stopniu osłabionemu noga wykręca się pod nienaturalnym kątem. On pada i okazuje się ,że nogę skręcił. Wloką się do szpitala, a ona biegając wokół niego trajluje jak to się cieszy z ich spotkania. On takiej radości nie wyraża, bo z bólu trudno mu mówić. Wreszcie docierają do szpitala tam już po dwóch godzinach on zostaje prześwietlony, potem poskładany i położony na łóżko. Cały w bandażach. Ona patrzy na niego i tupiąc nóżką mówi ,że właściwie to on spieprzył jej całe Walentynki, a tak się świetnie zapowiadało. I jeszcze ,żeby nie liczył ,że to co między nimi przekształci się w jakikolwiek związek. A on jest już pewny ,że Walentynek nienawidzi. A ja wiem ,że za rok kupi róże innej dziewczynie, oby jej tylko nie chował za siebie.

Poznawanie

Poznawanie

Nie wiem czy to ja , czy tylko ja, a może wszyscy mają chęć poznania nowego członka rodziny. Ja zarówno w stosunku do swoich dzieci jak i wnucząt robiłem podobnie. Najpierw starałem się o jakąś intymność, aby kontakt z niemowlakiem był jak najbardziej dwustronny i niezakłócony bodźcami innymi niż płynące ode mnie. A potem najpierw patrzyłem na buźkę maleństwa, potem je głaskałem i obserwowałem jak reaguje. Tak było i dziś. Intymność zapewniła mi mój własna Mamusia opowiadając synowej o coraz to bardziej skomplikowanych porodach i skutkach jakie mogą za sobą przynieść. W tym czasie, w spokoju przysunąłem sobie malutkiego i patrzyłem jak śpi , jak na jego maleńkiej buzi rysuje sią raz taki, raz inny wyraz tego co mu się śni. Uczyłem się jak wygląda ta buzia i w przeciwieństwie do pań guzik mnie obchodziło do kogo jest podobny. Uczyłem się poznawać jego uśmiech, skrzywienie czy nagły przestrach. Potem dotknąłem go wierzchem palca, skórkę ma delikatną jak każdy niemowlak ale jest śniady , a właściwie nie, on ma taką cerę opalonego dziecka. Ciemne włoski , bardzo delikatne. Wyrazisty lekko zadarty nosek i bardzo kształtne usteczka nad małą zgrabną bródką. Według mnie śliczny. Głaskałem go leciutko czując jego ciepło, a on chyba czuł ,że mu nic nie grozi , bo oddychał miarowo, leżał spokojnie i nawet momentami się przytulał do mojego palca. Może szukał cyca , nie wiem, ale było to bardzo miłe. Potem głaskałem go dwoma złączonymi palcami po policzkach i główce. Też mu się podobało. Cudowne chwile takiego zbliżenia w bezpieczeństwie. Potem głaskałem mu rączki, powoli zaciskał swoje długie paluszki na moim palcu . Leciuteńko potarmosiłem go po klatce piersiowej i muszę przyznać , że ma ją po mnie, sądząc z budowy. Im dłużej go głaskałem tym częściej się uśmiechał. Ani razu się nie obudził i spał spokojnie. Gdy zabierałem palec tak jakby mu tego brakło. Sam w sobie czułem jak narasta moja wieź z nim, myślałem czego go nauczę, myślałem o tym co go czeka, o tym w czym mogę mu pomóc. Jak to dobrze ,że go mamy. Trudno to opisywać ale o przeżycie tak intymne i tak budujące więź ,ze chyba do końca życia nikt jej nawet nie podważy. A niech spróbuje to ja mu ……………Kocham Cię malutki i już. A i co fajne niezależnie od siebie i syn i ja mówiliśmy do niego Fistaszek, więc ma już i przezwisko.

Wyjaśniam

Wyjaśniam

Oczywiście przyszedł na świat mój trzeci wnuk, Stasio. Bardzo mnie to porwało, bo ja w ogóle lubię dzieci, wnuki kocham a teraz mi jeszcze jeden do kochania przybył. Z tej okazji takie różne impresje mi chodzą po głowie. Najstarszy wnuk obecnie prawie jedenastolatek urodził się 10 lipca, ciut za wcześnie. Byliśmy z córka na Mazurach , do kolacji jakiś drink, bo to jeszcze sporo czasu do porodu. Poszliśmy spać i tak koło drugiej córka obudziła żonę ,że jej chyba wody odeszły. Ja sobie grzecznie spałem, a dziewczęta zadzwoniły do lekarza prowadzącego , który polecił by przyjechać. Zostałem brutalnie obudzony wiadomością ,że odeszły wody więc wstałem ubrałem się i rzuciłem jedziemy. Mózg mi pracował gorączkowo, że mam co trzydzieści kilometrów szpital i jakby się zaczęło to max mam piętnaście kilosów do przejechania. Ale do samej Warszawy skurcze były co jakieś osiem minut więc spokojne przekazałem córkę sprawcy a wnuk urodził się dopiero o czwartej po południu. Trochę nerwów, było a widok nowonarodzonego wynagrodził wszystko. Z wnuczką było inaczej . Na kilka dni przed terminem położyliśmy się z żoną spać i obudził nas telefon ,że to już i żeby przyjechać popilnować wnuka. Przyjechaliśmy pospaliśmy, a rano było po wszystkim. Widok wnusi cudowny. Tym razem było inaczej. Synowa musi uważać na oczy więc z góry było wiadomo ,że cesarka. Termin kilka razy przesuwany więc czekaliśmy i czekaliśmy. Wreszcie nadszedł ten dzień / jeszcze dzisiejszy/ i krótka akcja . Młodzi na 11 stawili się w szpitalu a o 13 30 było po wszystkim. Staś był na świecie. Od razu dostałem zdjęcie jeszcze troszkę umazanego krwią wnuka , za dziesięć minut już umyty , na boczku się światu przyglądał/ wiem ,że jeszcze nie widzi/ Zabraliśmy ze szkół wnuki i pojechaliśmy do ich brata. Byli bardzo przejęci w samochodzie szczebiotali ,że to bardzo ważny dzień a już w szpitalu i jedno i drugie stało przy bracie , głaskali , potem trzymali na rękach. Super go przywitali. Jak się wszyscy przywitali i pogratulowali sprawcom miałem malutką chwilę by ze Stasiem być blisko. I już jest mój , albo ja jego. To oczywiście daleko nie wszystkie moje uczucia, a wszystkie są super miłe. I na koniec bardzo dziękuję wszystkim za gratulacje. To był cudowny dzień

Ważny dzień

Dziś nic nie napiszę , bo moje myśli są kompletnie gdzie indziej, dzień jest dla mnie bardzo ważny . Może jutro