ktak

Właściwie bez wiodącego tematu, takie tam pisanie co mi do głowy przyjdzie

Wpisy z okresu: 4.2015

Puszcza Białowieska

Puszcza Białowieska

Miejsce fajne rezerwat przyrody i …..SPOKÓJ. To ostatnie chyba najcenniejsze. Zmęczony jestem, więc chciałbym uciec od zgiełku i tych codziennych zmagań, żyć jakoś inaczej , prościej i w sposób bardziej poukładany. W duszy rodzą się ciągoty za życiem w puszczy. Na przykład życie smolarza, czy zwykłe codzienne zdobywanie pokarmu i tyle. Tak zacząłem kombinować ,że na przykład ubrań bym więcej nie potrzebował gdybym zamieszkał w jakiejś ziemiance, bo w szafie wisi tego trochę. Zasadniczo potrzebowałbym , jedzenia , opału i wody. No może trochę narzędzi, ale te mam. Przeniosłem ssie w ten gąszcz. Więc jakby tak w środku rezerwatu wykopać ziemiankę, oszalować ją i pokryć mchem, to dom gotowy. W środku posłanie ze świerkowych gałązek , pachnące i przytulne. Obok stół malutki. Z daszku zwieszają się sidła na zające i szynki jelenie. W bliskiej odległości słychać jak szemrze strumyk. Woda w nim czysta, źródlana. Nie ma prądu , nie ma ogrzewania, wszystko trzeba samemu. Więc zbieram chrust na ognisko, wieczorem je palę, majstruję sprytny sposób podgrzewania wody do ogrzewania ziemianki, gromadzę zapasy. Suszę grzybki, jagody i inne dostępne owocki, aby się zima nie uwolnić ze wszystkich minerałów. Zastawiam wnyki, poluję ,zbieram mięso, suszę. Jest fajnie, ale z upływem czasu coraz zimniej. Zdobywam drożdże i nastawiam dość duży balon z cukrem, potem destyluję , kosztuję, zalewam owoce. No roboty do diabła. Wieczorem wale się na ten mój pachnący barłóg i słyszę jak po moim mięsku już prawie suchym myszki chodzą jak się do mnie dobija wilk jakiś, czy innym razem żubry. Nie jest spokojnie w nocy. Do tego robactwo wszelkiego rodzaju zaczyna zajmować ziemiankę i nawet komitywa z jaskółką nie daje pożądanych skutków. Nadchodzi zima. Śnieg pokrywa ziemiankę i jest cieplej , bo szczelnie. Głównie gotuję i popijam destylaty. Właściwie wegetuję. Jak ja tęsknie za internetem, rodziną, towarzystwem przyjaciół. Do cholery z takim odpoczynkiem i emigracją. Wracam do domu z własnej nieprzymuszonej woli. Żonie powiem ,że odpocząłem za parę lat z góry. Ale najpierw się wykąpię, umyję w ciepłej wodzie , przebiorę w czyste ciuchy, napiję się herbatki i przejrzę pocztę. Ale będę wypoczęty. Cudownie…. W domu.

Przeciąganie

Przeciąganie

Każdy człowiek ma taką potrzebę aby się od czasu do czasu przeciągnąć. Nie wiadomo czemu to służy , nie jest to podstawowa czynność życiowa, ale po jej wykonaniu czujemy się lepiej. I tu ciekawostka , przeciągamy się fizycznie, a samopoczucie polepsza się psychicznie. Przeciągamy się po obudzeniu z rana, w pracy po dłuższym przebywaniu w jednej pozycji, po wielu innych pozycjach też się przeciągamy. I zawsze z pozytywnym skutkiem. Inny odruch, jak na przykład ziewanie, nie przynosi przyjemności tylko takie chwilowe wydobycie na zewnątrz tego co w środku. Ale nie tylko ludzie się przeciągają. Nasze psy i koty to uwielbiają. A dzikie jeszcze bardziej. Taki lew na przykład, ryczy skubany – jak mi dobrze i po przeciągnięciu wali się na ziemię i śpi. A inne zwierzaki też lubią się przeciągać? Na przykład ptaki to rozprostują skrzydła pomachają wespną się na paluszki- ewidentne przeciąganie. A inne zwierzaki? No, na przykład jeż. Czy jak się przeciąga to stroszy kolce czy przeciwnie , kładzie je po sobie? Trudno powiedzieć , bo chyba zasada jest taka ,że przeciąganie odbywa się w pozycji normalnie nieprzyjmowanej. Czyli koń się przeciąga stając na dwóch tylnych nogach i wierzgając. A świnka- to nie wiem ,dzik się ociera o drzewa i to chyba jest ekwiwalent przeciągania. A może tylko gniecie pchły? Jelenie też się drapią i misie. A rybki, czy rybki się przeciągają? Na przykład taki rekin ludojad w pozie relaksacyjnej. Może gimnastyka? I tu owszem ryby gimnastykują się w ławicach. Pani rybka co prowadzi ten callanetics robi zwrot w lewo i wszystkie rybki za nią , apotem w prawo i też płyną. A czy ryby przed przystąpieniem do ćwiczeń w ławicy się przeciągają? Tego nie wiem. A inne zwierzę , tak glista na przykład jak się to to przeciąga? I czy w ogóle? Jak ma to być poza inna niż zwykle przyjmowana to chyba taka glista zwija się w kółeczko. Oj chyba przesadziłem glista w pierścionek się przeciąga? Niemożliwe. I tak sobie popisałem, a naprawdę nie wiem dlaczego przeciągnięci czujemy się lepiej. A jak się nie wie to człowieka nurtuje.

 

Gniazdo

Gniazdo

Dwa szpaki chodzą po łące Czarek i Marek. Chodzą i zbierają pędraki. Ale nie tylko . Gniazda budują bo jakąś rodzinkę chcą założyć. Zadanie niby proste , nie pierwszy raz to robią. Ale wszystko obarczone jest ryzykiem. No niby trzeba wyrwać najlepszą samicę, i nie raz już próbowali. Zawsze jednak tę najlepszą wygrywał ktoś inny, więc w tym roku postanowili , każdy z osobna, zawalczyć o główna nagrodę. Cała zimę obmyślali jak skusić tę jedyną i każdy z nich wykombinował cos innego. Czarek robił gniazdo z gałązek i starał się je wyłożyć piórkami. Wejście było wąskie , konstrukcja stabilna, ściany szczelne od deszczu i wiatru. Domek czysty i puszysty. Przepych i elegancja. W środku szezlong z puchu młodych przepiórek, gniazdo wyłożone kaczym puchem a na ścianach impresje z traw. Marek kombinował inaczej . Postawił na ekologię. Wybudował gniazdko z gałązek, tak aby powstał sztywny szkielet. Potem w ten szkielet zaczął wplątywać świeżo ucięte pędy modrzewia i innych roślinek. Cząstki kwiatów i ziółek, Ale poszedł dalej , zbudował gniazdo dwukomorowe. W jednej był salonik, a w drugiej spiżarnia. Już w trakcie budowy Marek mordował i znosił do gniazda co tłustsze kąski i w spiżarni nabierały one pysznego posmaku. Wietrzyk tworzył wspaniałe pędraki po prowansalsku, czy gliździuk. Suszone nadawały się do przechowywania. Dawały też możliwość dokarmiania pociech bez wychodzenia z gniazda. Aż pewnego dnia zaczęły zlatywać się samice. Najpierw orientowały się jakie samczyki są w okolicy, potem chodziły dumnie po trawie, prezentując się dumnie. Samce dumnie popatrywały na samiczki ze swoich gniazd, a one obserwowały samce i zwiedzały gniazda. Słychać było rozmowy, który samiec najpiękniejszy najsilniejszy , czy też najbardziej łowny. Rywalizowały też gniazda. O obiektach Czarka i Marka krążyły legendy. O samym Czarku, czy Marku mniej. Raczej opinie były sceptyczne , że już nie najmłodsi, czy dadzą radę wykarmić dzieci i temu podobne. Młodsze samiczki pierwszy, czy drugi raz zakładające rodzinę szukały samców ostrych , silnych i energicznych. Starsze wiedziały ,że wychowanie dzieci to długi proces. I te głosiły zasadę ,ze prawdziwa miłość musi mieć solidne oparcie materialne. W końcu każdy ze szpaków miał tę swoja wymarzoną drugą połówkę. Z planów Czarka i Marka nic nie wyszło, bo w krainie szpaków też rządzi schemat znany z dyskotek – skóra, fura i komóra. Ale dzieci będą mieć wszyscy , a czy przekażą im dobre geny? Czy też głupotę i romantyczne zrywy? Kto wie.

Trawa

Trawa

Nadszedł czas spacerów , bo i pogoda lepsza i przyroda nieuchronnie idzie ku latu. Więc i ja poszedłem na spacer. Z Żoną poszedłem ,żeby nie było, w sobotę popołudniu nad Wisłę . Pogoda pyszna i poszliśmy w takie miejsce świeżo wyremontowane. A w koło trawa. Pachnie to zielone ,że hej. Dla mnie to jedna z najpiękniejszych postaci roślinności. Bardzo zawsze lubiłem leżeć w trawie, czuć jej zapach. Upajałem się miękkością roślin tworzących trawę. Leżąc patrzyłem na te wszystkie muszki, pasikoniki, mrówki i inne liszki czy motyle w trawie. I to było zawsze takie moje przywitanie z wiosną. Ale jak się ożeniłem , to się dowiedziałem ,że leżenie na trawie jest niehigieniczne, bo zwierzaki w nią sikają. Poza tym leżąc na trawie brudzi się ubranie, a trawę trudno wyprać proszkiem w pralce. Nawet proszki zagraniczne tego nie biorą. A Mamusia nie narzekała jak mi spodnie prała w pralce Frani z mydłem Biały Jeleń tartym przed praniem na tarce i wrzucanym do Frani razem z ciepłą wodą. Stałem tak więc nad rzeką, oczy pasłem trawą, a nozdrza jej zapachem. I miałem taką ochotę się w tej trawie wytarzać, ale nie. Za to jak kogoś inteligentnego zaczęły mnie ogarniać dziwne myśli. Ta trawa na którą patrzyłem była bujna i świeża. Co z nią będzie za kilka tygodni? Wiadomo, przyjadą zastępy takich facetów z kosiarkami i zetną. W tej trawie nic nie zakwitnie, na mlecze nie ma szans, a dzieci patrząc na to ścięte będą mówić o równo, można grać w piłkę. Ale kontaktu z przyrodą to nie da. W całym kraju na działkach wyskoczą z żądaniem koszenia trawy miłośniczki równego ścinania, czy to w lesie, czy nad rzeką, czy jeziorem trawa ma być równa. Nawet w środku puszczy ma być park , nie, nie park, trawiasty kort Wimbledonu. Krajobraz tenisisty i do tego może truskawki i szampan? Co za kretyński kanon piękna? Równa trawa. Równo ostrzyżone psy  owce i dywany. Ale ci miłośnicy równego nie wiedzą ,że słynne perskie dywany , do których, jako ideału mają dążyć trawniki ścinane co tydzień na działkach, całymi tygodniami leżały, te dywany , na drogach i były ubijane, a dopiero na koniec strzyżone na równo. Czyli nawet dywany były kształtowane przez naturę, a nie kosiarkę. Dlaczego równe ma być piękne? Bo porządek być musi. No to w lesie należy równo układać szyszki, sadzić grzyby na grządkach i jagody w równych grupkach. Ludzie to my korzystamy z natury i nie zmuszajmy jej do zmiany w nasz kanon „pseudo piekna”. Pokochajmy tę naturę jaka nam została w tej jej naturalnej postaci. Naprawdę pięknie wypielęgnowany trawnik w środku puszczy wygląda jak kwiat przy kożuchu.

Stajnia

Stajnia

Stajnia była spora na ponad trzydzieści stanowisk , z tym ,że zajętych było ponad dwadzieścia. W skład stada wchodził stary Wałach Grzesio, trzy młodsze ogiery i prawie dwadzieścia klaczy, część z dziećmi. Dni upływały im miło, jedzenia było pod dostatkiem , na łeb nie kapało, a nawet często jakieś spa, pedicure. Luksus. Świeża podściółka co rano. Jedyny obowiązek, to troszkę pobiegać pod siodłem. Ale to właściwie dla zdrowia. Ten sielski obrazek zamazywała jednak naczelna amazonka stajni. Okropne babsko, a opowieści o jej wyczynach były stałym tematem rozmów po zamknięciu drzwi stajni wieczorem. Amazonka była dużą babą, o mocno rozbudowanych udach, których umiała używać. Nawet ogiery się jej bały. Siwy twierdził ,że jak go kiedyś ścisnęła, to przestał oddychać. Inni tez z lubością opisywali swoje przygody z Bestią, jak tu nazywano amazonkę. Grzegorz spokojnie tłumaczył wszystkim ,że Bestia jest taka gdy się nie słuchają, a kiedy robią co chce , no to może ciut ciężko, ale bez strat można zaliczyć jazdę. Tłumaczenia na nic, wszyscy się Bestii bali. Gdy do stajni dołączył Kary wszyscy go ostrzegali przed Bestią. Przyszła za dwa dni, osiodłała Karego i wyprowadziła ze stajni. Po godzinie Kary wrócił sam, osiodłany , lekko spocony ale sam. Bestia pojawiła się potem. W jej zębach jeszcze tkwiły liście, zebrane w trakcie przejażdżki na Karym. Stanęła przed nim, zdjęła mu siodło i tylko mruczała wściekła. Zapadł zmierzch i wszyscy pytali co się stało. Najpierw byłem bardzo posłuszny, a potem lekko poniosłem przez las. Co będzie dalej, pytali? Zobaczycie. Na drugi dzień zdołali tylko zobaczyć. jak Kary z Bestią robi trzy małe kółeczka przed stajnią i znikł im z oczu. Po godzinie wrócił, lekko ubłocony, a za nim jakieś dwie godziny później Bestia. Następnego ranka dała mu spokój, a prawie zamęczyła Siwego. Do stajni wrócił słaniając się na nogach, przepraszam, parsknął Kary. Rankiem gdy Bestia osiodłała Karego , ten wyszedł za nią grzecznie ze stajni i już na powietrzu złożył jej w swój koński sposób ukłon, potem drugi , odwrócił się dookoła i znowu się ukłonił. I wtedy Bestie olśniło, to jest koń z cyrku darła się , on nie jest ułożony pod siodło. I zaczęła go delikatnie szkolić. A Kary jak mu się chciało to wykonywał jaj polecenia, a jak nie to nie. Owies dostawał jak inni, a i do klaczy go dopuszczano , bo na tych eskapadach z Bestią okazał się szybki. Nawet konie zrozumiały ,że w życiu to trzeba umieć się ustawić.a

Cha cha

Cha cha

Czesław wiódł życie człowieka nieśmiałego. Były o nim kilka razy wzmianki w moim pisaniu. Ale nieśmiały, nie znaczy pusty w środku. A w środku aż się gotowało, tyle ,ze wszystkie ujścia pozamykane. Śpiewać to nasz Czesio nie potrafił , bo nie miał głosu. Jego falsecik trudno było nazwać głosem , ale miał poczucie rytmu. I jak się okazało nie tylko. Czasem od wielkiego dzwonu słuchał Czesław radia i wtedy usłyszał muzykę , która w nim zagrała. To była cha cha. Jego biodra zareagowały natychmiast i w rytm tej szalonej muzyki zaczęły wykonywać nieznane dotąd ruchy. Stawy wydawały się być elastycznymi ponad przeciętność i duch mu grał. Za chwile z głośników poleciała samba i znowu to samo. Ciało reagowało na muzykę niezależnie od Czesia woli. Dowiedział się nasz kolega ,że powinien tańczyć. Najpierw strój, poszedł do biblioteki , studiował internet i wyszło ,że wystarczy garniturek , wygodne buty i rozpięta koszula. Nabył co trzeba i po pierwsze rozmyślał nad butami. Kupił wypasione dla tancerzy , sporo wydał i pomyślał ,że i tak trzeba rozchodzić. Ale są piękne rozczulał się nad nimi. Zakładał i chodził po domu codziennie. Potem jako człowiek samotny, postanowił szukać partnerki do tańca. Poszukał w internecie, ale nie znalazł. Poszedł wiec do szkoły tańca. Tam Pani z sekretariatu o dziwo ucieszyła się gdy powiedział ,że jest sam, bez partnerki. Jest deficyt panów powiedziała i mamy samotnie ćwiczące panie, więc pan sobie dobierze kogoś odpowiedniego. Trochę pochopnie zapłacił za kurs i następnego dnia stawił się na zajęcia. Jego wzrok od razu wyłowił trzy samotne kobiety przygotowujące się do zajęć. Pierwsza Ruda efektowna i ognista z temperamentem wydawała się już na pierwszy rzut oka idealna. Długa suknia z rozciętą jedną stroną do pół  uda i cienkie ramiączka stanika, a nad tym burza rudych loków. Zaprosił ją do tańca, a był to mało wymagający walc. I tu się Czesław zdziwił, bo jakby przesuwał w tym tańcu worek cementu , zero gracji i lekkości, ale partnerka zachwycona. Taniec drugi to był fokstrot. Co go cholera podkusiło ,żeby poprosić te blondyneczkę . No może troszkę zbyt mocno zbudowana, podskakiwała ale nie zawsze, a nawet nigdy, nie trafiała na ziemie tylko zawsze na jego palce. I na te piękne buty. A swoje ważyła. Nawet Czesio by jej nie podniósł na rączki. Do ostatniego tańca , samby została pod ścianą brunetka w średnim wieku , krótko strzyżona, zgrabna sylwetka i miała coś w oczach. Nic to, zaprosił ją i wtedy polecieli jak szaleni, biodra się kołysały w równym rytmie normalnie jak na sambodromie w Rio. Cudownie, reszta Sali biła brawa. Czesław wrócił do domu zdjął swoje drogie buty , które po Blondi były w fatalnym stanie , wypastował je i odstawił. Potem zdjął skarpety popatrzył na swoje stopy i dostrzegł na palcach mikrourazy od nóżek tejże blondynki, no może nie od nóżek a podkutych bucików do flamenco jakie nosiła. Nie mógł się nadziwić ile szkody jego stopom wyrządził jeden taniec. Włożył nogi do ciepłej wody z mydełkiem i rozmarzył się o brunetce. Warto było cierpieć pomyślał i wyobraził sobie następne zajęcia właśnie z nią , te rumby, te quickstepy i tanga argentyńskie. Przyszłość rysowała się cudownie. Jedyna myśl , która zakłócała mu tę piękną wizję to brak pewności, czy uda mu się spłacić pożyczkę na buty garnitur i kurs.

Fryderyk

Fryderyk

Fryderyk nienawidził jak go nazywali Frycek. Co to on Szopen jakiś, w życiu. A w życiu był samotny, ale pasjonowało go jedno. Sztuka ludowa. Chodził na wystawy twórczości ludowej i na wszystkie dostępne występy Mazowsza. Pierwszy raz zobaczył ją w drugim szeregu chóru jak śpiewała. Patrzył na nią i tchu mu brakło. Dokładnie taka jak sobie wymarzył. Idealna Łowiczanka. Blondyneczka z warkoczem grubym jak męska ręka. Twarz regularna i gładziutka, koralowe usteczka jakby stworzone do śpiewu i całowania. Jej pierś unosiła się w czasie śpiewu i opadała cudownie falując, a pasy łowickiej spódnicy zdawały się przewodzić te drgania ku.. ziemi poprzez sznurowane czerwone butki po kolana. Istne cudo. Zapragnął jej, jak niczego innego i kiedyś po przedstawieniu czyhał na nią za kulisami z bukietem kwiatów. Przedstawił się  A ona odpowiedziała Zytka jestem, pięknym niskim głosem , pełnym ciepła i obietnic. Odtąd zawsze jak mógł chodził na występy z naręczem kwiatów. Raz lub dwa porozmawiał z Zytą i w końcu udało mu się zaprosić ja na kolację i to na jego warunkach , bo poszła w stroju łowickim. Były trzy lub cztery kolacje, aż Mazowsze pojawiło się w jego mieście. Postanowił zaprosić Zytę do siebie. Sprzątanie , przygotowania pochłonęły go bez reszty, a po spektaklu przyjechali do niego ,lekka kolacja i na kanapie kawka i koniak, a potem delikatny pocałunek i pierwsze pieszczoty. Myślałam ,że już nigdy do tego nie dojdzie Fryderyku, powiedziała Zyta. A tak czekałam. Zaczął ją rozbierać najpierw całował jej stopy i ściągał  kozaki , rozsznurowując je pracowicie , jego podniecenie sięgało zenitu. Potem zabrał się za sznurowany gorsecik i znów pracowicie po jednej dziurce, a gdy go zdjął dobrał się do spódniczki, a tam tasiemek dookoła tali do diabła i jak tu trafić na te właściwe . W końcu się udało, potem halki jedna, druga, trzecia, też omotane, każda jak zamek szyfrowy , jak to zdjąć aby nie zniszczyć. Czuł się coraz bardziej saperem rozbrajającym minę, niż kochankiem. Potem już właściwie szybko poszło, bo koszulka majteczki i pończoszki. Popatrzył na Zytkę, przytulił się do jej cudnego ciała i zasnął zmordowany tym rozbieraniem. I właśnie tak sztuka ludowa zabija namiętność.

PS. Korale i chusteczkę też zdjął i elegancko poskładał wszystkie części garderoby.

Chrystus z Lizbony

Chrystus z Lizbony

Lizbona to dziwne miasto, leży po jednej stronie rzeki Tag. Na drugim też mieszka trochę ludzi, ale to już nie jest Lizbona. Za to na tym brzegu stoi wielki pomnik Jezusa Chrystusa. Taki sam jak w Rio de Janeiro. Nie znam historii tych pomników, ale stałem tak na brzegu Tagu należącego do Lizbony i patrzyłem na tego Chrystusa a, myśli mi krążyły po głowie. Na przykład dlaczego On ma rozłożone ramiona? Czy to jest gest bezradności, czy zwątpienia, czy też ogarnia wszystko. Trudno wywnioskować, bo gest jest niejednoznaczny, a i z twarzy trudno wyczytać. Ten w Rio to na pewno ręce załamuje, jak patrzy na te fawele biedoty, ale z pomnika to też nie wynika. Raczej zadowolenie Stwórcy. W takiej Lizbonie to może być zadowolony , bo ładne miasto z tradycjami i wygląda na szczęśliwe. Wszystkie domy skierowane ku rzece po której wpływał z wielkich wypraw Vasco da Gama i inni twórcy potęgi floty portugalskiej. Patrzy na ozdobione kafelkami frontony domów na zabytki ,katedrę i na tereny EXPO. Ale nie , on ma oczy zwrócone w stronę ujścia Tagu i właściwie Lizbony nie widzi. Bardziej Estoril . Więc co ma znaczyć gest rozłożonych ramion? Może to świadczyć o tym ,ze on wypatruje tych żeglarzy? A oni nie nadpływają , więc On tym gestem pokazuje , tu przepraszam za mocne słowo, cholera wie gdzie oni są. Stoję myśli, wysoko a i tak ich nie widzę. I tu w tę opowieść wpisuje się turystka z Polski niejaka Alicja Majewska , która dramatycznym ale mocnym głosem śpiewa- że się tam żagiel bieli chłopców  którzy odpłynęli. A inny polski turysta Andrzej Krzywy zaśpiewał – jak statki na niebie. Sokoli wzrok Ali i wizje Andrzeja tak zaskoczyły Jezusa ,że aż chciał zaklaskać w dłonie z radości ,że wreszcie są. Ale ręce z kamienia nie dały się złączyć i mimo dramatycznego zaśpiewu Alicji Chrystus stał skamieniały, a tylko twarz maił smutną i cierpiącą. Więc przyjąć należy ,ze spotkanie z naszymi rodakami, nawet tymi bardziej znanymi nie zawsze się kończy dobrze. Czasem rozczarowuje, a statki nie przypłynęły.

Wiosna

DSC_0451 (2)-m1     Tak to wygląda , wiosenka wchodzi do naszych ogrodów , dodaje humoru i fajniej jest z nią.Niestety nie wszystkim . Ciągle słyszę ,że pogoda nie taka, że mamy dwa zimne dni i ,że jak zawsze przypada to w weekend. Nachodzą mnie refleksje , że z jednej strony mamy takie widoczki na co dzień, I na ziemi i na drzewach, a ludzie zamiast się cieszyć marudzą. Ciągle coś jest nie tak. Jak z kolei kilka dni mamy wysokie temperatury słyszę ,ze przyszło lato i niestety nie było wiosny. A ja? Ja uwielbiam wiosnę bo czuję ,że się otwierają bramy wolności od zimowych ubrań, że można będzie siedzieć na balkonie i popijać coś chłodnego. Do tego być ubranym w lekką koszulkę i krótkie spodenki. I będę miał w nosie ,że się spocę. Nadchodzi czas nowalijek , owoców i wszystkiego lekkiego. A ja to lubię. Mnie nie pogrążają upały. Ja wręcz je lubię. Ciepłe dni i noce, spanie bez przykrycia . tak tak to jest to. Żagle, wiatr i woda . Pływanie w każdy sposób to lubię. Potem te wieczory przy ognisku. Znajomi piekący kiełbaski. To się teraz zaczyna więc ja się cieszę , ja nie mogę i nie chcę narzekać. I wtedy przychodzi pytanie , dla innych też pewnie tak jest , bo nie znam nikogo kto nie lubi tego o czym pisałem. No może poza staruszkami cierpiącymi od upału. To dlaczego narzekają, dlaczego nudzą zamiast się cieszyć? Myślę ,że dlatego ,że jak ktoś jest zadowolony to nie jest dobrze , bo inni mu zazdroszczą, więc bezpieczniej jest być wiecznie niezadowolonym. Kto będzie nam zazdrościć nieszczęścia , nieudanej pogody?A już nie daj Panie jakiegoś sukcesu , jak nam się trafi to na bank wszystkim będzie to nie w smak. I dopiero dadzą nam popalić. I tak przywykliśmy do tych patologicznych zachowań, że nie potrafimy się cieszyć najprostszymi rzeczami. Pogodą , jedzeniem , zdrowiem czy zwykłym śmiechem. Radość zaczyna być patologią, czym niemile widzianym , wręcz nietaktownym. Pamiętam jak wiele lat temu odwiedził mnie kolega, który emigrował do Szwecji. Nie widzieliśmy się ze dwadzieścia lat. Nie znałem jego statusu materialnego i nawet go o to nie pytałem. Mnie wówczas wiodło się nieźle. Spotkaliśmy się w Polsce, pogadaliśmy ,opowiadaliśmy co robimy, a po paru dniach dowiedziałem się od innego kolegi ,że ten Szwed wyraził się o mnie tak. Nie podoba mi się ,że on taki zadowolony z siebie. Bo kurczę powinienem płakać , ciąć sobie żyły i krakać ,że wszystko jest do kitu. I wtedy byłbym fajny chłop. O nie. JA SIĘ CIESZĘ WIOSNĄ I KTO TEGO NIE LUBI NIECH SIĘ BICZUJE Z DALEKA ODE MNIE, BO SOBIE NIE ŻYCZĘ.

Dzieciństwo

Dzieciństwo

Dziś minęły dwa miesiące od narodzin mojego trzeciego wnuka. I to pchnęło mnie do wspomnień, bo myśląc jak mu będzie w przyszłości, pomyślałem jak ja sam miałem. I nie chodzi o poziom materialny ale o taki background psychiczny. Jako malutki chłopak byłem ponoć nieznośny. Wiem ,że to plotki i pomówienia, bo znam siebie i żadną miarą to nie jest możliwe, abym był upierdliwy sam z siebie, musiała istnieć zewnętrzna przyczyna, czy to zbyt ciasny becik, czy przemiękające pieluchy czy zwykły głód. Potem troszkę podrosłem i zmieniłem się w urocze, lecz chorobliwe chłopię. Panie w żłobku nosiły mnie na rękach, każda chciała mieć ze mną zdjęcie. Normalnie żłobkowy celebryta. Natomiast zdrowie miałem słabe, żyję wyłącznie dzięki transfuzjom i antybiotykom. Ale się udało. Potem były lata różne aż do czasu gdy zacząłem być molestowany przez własna Matkę. Nigdy nie powiem ,że fizycznie , bo to nieprawda, ale psychicznie mnie wykańczała. Zamiast jak wszyscy chłopcy wychodzić wieczorkiem byłem wręcz szantażowany, że jak nie wrócę do .. i tu padała godzina, to ona już przez całą noc nie zmruży oka , bo jej się przyśni ,ze mnie Gestapo zgarnęło i po śnie , nie uspokoi się do rana. Mamusia była ważna dla mnie, więc wiłem się w tym niewidzialnym uścisku i zawsze przeciągałem godzinę powrotu . Gdy dorosłem i zacząłem studia szantaż ze strony Mamusi jeszcze się nasilił jakby Nie zauważyła ,że byłem już pełnoletni, dalej tyle lat po wojnie te gestapowskie łapanki zwalały mi na głowę myśl o niewyspanej Mamie. Jedyne wyjście jakie znalazłem to wyprowadzić się. Daleko od kochanej rodzicielki, bo czego oczy nie widzą…. Ale póki co zacząłem stosować swoistą taktykę. Wychodząc z domu rano na uczelnię informowałem Mamę ,ze wrócę rano , bo idę się uczyć do kolegi. Wracałem w środku nocy i oznajmiałem ,że już się nauczyłem, a Mamusia spała jak anioł. Ale nie na długo się to zdało. Mamusia znajdowała na mojej garderobie ślady moich kontaktów z płcią przeciwną, na przykład w formie śladów szminki i nie było to zazdrosnej Mamuni w smak. I usłyszałem ,ze ona mi nie ufa i że wie że na przykład wczoraj to ja się nie uczyłem tak jak deklarowałem więc nie wie czy i dziś jej nie nabieram. W rezultacie potyczki z esesmanami znów mnie zaczęły przygniatać. Ale ja się na to całe gadanie lekko uodporniłem i zauważyłem ,że Mamunia mimo kilku kolejnych nocnych powrotów jest wypoczęta i jakby bez oznak niewyspania. Więc mnie robiła w konia. Przestałem się tym przejmować , ale wolność nie trwała długo , bo niebawem wyprowadziłem się do Żony. I mogę przyrzec ,ze ja dopilnuje aby moje wnuki nie miały takich problemów.