ktak

Właściwie bez wiodącego tematu, takie tam pisanie co mi do głowy przyjdzie

Wpisy z okresu: 6.2015

Wakacje

Wakacje

Zaczęło się , miliony opętanych jadą w z góry upatrzone miejsca i wszędzie to samo. Najpierw podróż , ale przed nią pakowanie. Spakowane rzeczy równiutko ułożone , potem targanie pakunków do środka transportu. Upychanie w bagażnikach, bądź nerwy czy aby nie przekroczę limitu wagi. Faza następna, jazda. Najczęściej niewygodnie , dzieciaki chcą cos do picia lub wymiotują . Kobiety narzekają ,że dzieci nie wzięły tabletek na chorobę lokomocyjną, a mężczyźni martwią się o tapicerkę. Do tego korki i czekanie, dobrze jak nie ma upałów. Potem upragniony cel. Jesteśmy , fantastycznie , ż tym ,że pokój ze złej strony, reklamowany basen nieczynny albo u babci na działce zepsuł się bojler.. Pierwsze dwa lub trzy dni to rozpakowywanie i dostosowanie wszystkiego do naszych potrzeb. Wszystko oczywiście w strasznym upale i kiedy już zrobimy co trzeba ,aby wypoczywać w spokoju, pogoda się psuje. Siedzimy dwa dni w pokoju/domku i czekamy aż przejdzie. O, minął już tydzień urlopu. I  wreszcie wszystko zaczyna się kleić. Pierwsza wyprawa na plażę i od razu jesteśmy spaleni , ciałko czerwone, skóra schodzi, dzieci się denerwują. Jest cudnie. Okłady ze zsiadłego mleka robią swoje i po trzech dniach znowu wychodzimy na słońce z tym ,ze ono nie wychodzi nam naprzeciw zza czarnych chmur. W końcu po dwóch tygodniach synchronizujemy się i kiedy przychodzi dzień pierwszy że  wstajemy i jest słonko , opalamy się i nie boli, woda jest ciepła, a dzieci nie marudzą okazuje się ,ze trzeba wracać. I co mi taki urlop przypomina? A przypomina mi walenia typu kaszalot, który po pijanemu chyba wpłynął na Bałtyk i otumaniony brakiem tlenu w wodzie błąka się od Szwecji do Polski tam i z powrotem. Ale czy to ma sens?

Kumpel

Kumpel

Jak pisałem o odważniku to przypomniał mi się mój kumpel , który w trakcie jakiegoś spotkania na tyle się otworzył ,ze zaczął opowiadać swoje marzenia. Jego marzeniem numer jeden było zostanie ręcznikiem w damskiej łaźni. Trzeba było widzieć to jego rozmarzone spojrzenie jak opowiadał o tym jak go dama bierze do ręki i szorstkością wyciera swoje gorące i wilgotne ciało. Opowiadał jak by się prężył każdym włóknem, jak by mu było cudownie masować te piękne kobiece plecy, uda i tu następował opis szczegółowy czegóż to on by nie wycierał .A wszystko podbarwione lekkim erotyzmem w spojrzeniu i rozmarzeniem malującym się na twarzy. Oczywiście nie bylibyśmy sobą gdybyśmy nie próbowali zburzyć mu tych wrażeń i uwagi typu , że do łaźni przychodzą przede wszystkim staruszki z cellulitem nie robiły na nim wrażenia , bo on bardzo chętnie, oczywiście jako ręcznik, wyganiał by ten cellulit. Mówił ,ze on by czuł jak ta nawet starsza skórka prężnieje pod naciskiem ręcznika. A potem, zboczeniec jeden opowiadał jakby się czuł taki brzemienny tą wodą po kąpieli, tymi zapachami, olejkami, a przede wszystkim tymi kobiecymi feromonami/ o ile takie  istnieją/. Marzenie tkwiło w nim tak głęboko ,ze wydawało się , że nic nie jest w stanie go z nich wyrwać i dopiero szatański pomysł innego z kolegów otrzeźwił go natychmiastowo. Otóż koleżka spytał rozmarzonego, czy zdaje sobie sprawę ,ze ręczniki raz użyte po prostu się pierze. Oczywiście ,że wiem. Ale czy wiesz ,ze ręczniki z łaźni męskiej prane są razem z damskimi? I co z tego spytał rozmarzony. A nic, z niewinna minką rzucił koleżka , tylko ci w pralni mogą się pomylić i trafisz do męskiej łaźni. I co wtedy? Film pękł a marzenie się ulotniło i kumpel-ręcznik do końca wieczoru siedział i mruczał pod nosem , że chłopu to może plecy , ale nic więcej, brrrrr. Jednak marzenia łatwo zburzyć, a tak było pięknie.

Odważnik

Odważnik

Bardzo długo poszukiwałem pomysłu na godziwą pracę na starość . Chodzi o coś nie meczącego, a jednocześnie opłacalnego. Długo trwało, procesor mi się przegrzewał pamięci brakło, ale w końcu na wyświetlaczu pojawiło się rozwiązanie. Ja mam w głowie taki wirtualny wyświetlacz i tam się pojawiła recepta. Po sprawdzeniu papierów i przepisów okazało się ,że mogę sobie certyfikować wagę. To znaczy mogę się poddać ważeniu i uzyskaną wagę zapisać z certyfikatem ,ze tyle ważę i jest to co ciekawe ważne bezterminowo. Mając taki certyfikat otwierają się przed człowiekiem szerokie możliwości. Najpierw musiałbym się doprowadzić do idealnej wagi 100 kg. To nie takie trudne, a poza tym nie jest to zajęcie nieprzyjemne dla ludzi z wagą zwykle poniżej kwintala. Doprecyzować wagę można by dopijając niezbędne gramy wprost na wadze. Tak jak bokserzy. Z takim certyfikatem wagi i z wagą w ręku to mamy otwarte pole do zarobienia dużych pieniędzy. Może do pracy daleko, ale to drobiazg. Oprawiamy certyfikat w folię, aby się nie zniszczył , kupujemy niewielka tabliczkę na której piszemy „certyfikowany odważnik 100 kg – dzisiejsza odchyłka ….. I tu wpisujemy różnicę pomiędzy aktualną wagą a tą z certyfikatu. Stajemy tak uzbrojeni przed punktem skupu zboża. Jeśli ważymy mniej niż 100 kg każdy rolnik będzie chciał aby ważono jego zboże przy pomocy takiego odważnika, a skupujący będzie chciał by taki odważnik ważył więcej niż 100 kg. Oczywiście druga strona zawsze będzie zainteresowana moim zniknięciem. I tu nastąpi konkurs ofert a ja jako rzeczony odważnik wybiorę lepszą i się do niej dostosuję. Jak widzę ,że średnio rolnik przywozi powiedzmy 50 kwintali i sobie obliczę ile on by był w stanie zaoferować przy na przykład mojej wadze 95 kg to mi się ta praca coraz bardziej podoba. Obliczenia idą w duże sumy dziennie. W godzinę mógłbym dorobić emeryturkę jak nic. I tylko nad tym idyllicznym obrazkiem jak jakieś cholerne fatum unosi się przekonanie ,że mimo ,żem kwintal to jednak kwintal uczciwości , a ta zasługuje jedynie na emeryturkę.

Owoce

Owoce

Bardzo lubię owoce ale o dziwo nie wszystkie tak samo i co mnie zastanawia smak mi się zmienia. Na przykład jeszcze dwa trzy lata temu do ust nie wziąłem arbuza, a teraz mogę choć nie przepadam. Gruszki lubię takie do jedzenia w wannie jak sok z nich leci, tak samo brzoskwinie. Takich owoców to zjadłbym michę. A tak w ciągu roku to chętnie jem jabłka, mandarynki, hiszpańskie pomarańcze. Jestem też wielbicielem próbowania owoców i jak tylko zobaczę coś nowego to od razu kupuje i próbuję. Z tych mniej popularnych bardzo lubię li czi czy świeże figi. Bardzo mi smakują morele i śliwki. Taki ze mnie owocowy chłop.Za to cała moja rodzina bardziej grymaśna jest jeśli chodzi o owoce. Wnuczka prawie nie bierze do ust, no chyba ,że bardzo dojrzałe z krzaka, wnuczek trochę bardziej ale nie tak jak ja. Żona okazjonalnie i syn też. A ja mógłbym na okrągło i zastanawiam się czy ja przypadkiem źle nie wybrałem miejsca przyjścia na świat? A gdybym mógł wybrać to co bym wybrał? To chyba bym wybrał jakieś tropiki. Tak jak śpiewała grupa The Beach Boys- Bermuda, Bahama czy cos w tym rodzaju. Pyszne ananski, mango , papaje. Moje smaki. Do tego koktajle soki i bardzo pikantne przyprawy. Ale cholera daleko. Od tych ziemniaczków, jabłuszek i gruszek. To może coś pośrodku? Jest takie miejsce nazywa się Madera. Kultura typu wszystkie owoce świata, pyszne warzywka i co dla mnie ważne kult wieprzowiny. Co prawda również rybki i owoce morza , ale tak od czasu do czasu czemu nie? Apetyt mnie ciągnie jak cholera. Ale czy można ulegać łakomstwu?

Zabawa w szpaki

Zabawa w szpaki
Jest tak, w firmie rośnie okazałe drzewo owocowe . Czeresienka. Daje owoc smaczny zdrowy soczysty i kolorowy. A ja jestem łasuch na czeresienki, jak siądę z wnukiem czy synową to spokojnie kilogram opędzamy, wzrokiem wybaczając sobie wzajemnie obżarstwo. Bardzo się dobrze rozumiemy. A na dworze jest inaczej. To znaczy ja lubię przegryźć kilka owocków wchodząc do pracy i kilka po wyjściu. Tak dla smaku. Czereśnia daje sporo owoców i wydawałoby się ,że idylla podchodzę do drzewa i zrywam i jem. Otóż nie. Każdego roku uaktywniają się moi wrogowie czereśniowi , szpaki. One dozorują czeresienkę i gdy owoc nabierze słodkości następuje zmasowany atak na owoce. A na świnią pod drzewem na strącają owoców. Atakują górne partie drzewa i to prawdę mówiąc mi nie przeszkadza, nie będę łaził po tych kruchych gałązkach , bo tragiczny koniec zabawy pewny. A śmierć na czereśni , czy pod nią to nie jest mój upragniony koniec. Fe, oczami wyobraźni widzę siebie nabitego na gałąź brzemienną owocem, nie kręci mnie to. Ale wracajmy do szpaków. Te skubance zjadają czereśnie partiami . Dawniej przylatywała chmara i opędzały wszystko w dwa dni. Od kilku lat ja z nimi bawię się w kotka i myszkę. Oczywiście zbieram owoce z niższych gałęzi ale w sposób systemowy. Też najpierw próbuje czy już dojrzały i najpierw wybieram te kolorowe słodkie nie ukryte w liściach. Zostawiam niedojrzałe i takie już już. Otulam je liśćmi i to powoduje lekkie przedłużenie wegetacji, a mnie zależy aby system pobierania owoców trwał jak najdłużej. Szpaki się dają nabierać i te mało dojrzałe zostawiają a same zjadają te co są wyżej i ślicznie dojrzewają. A ja co dzień degustuję po kilka owoców. W końcu szpaki odlatują a ja jeszcze przez jakiś tydzień mam frajdę,

Wnuczki

Wnuczki

Były u mnie wnuczki. Oczywiście dorwali się do komputerów i telefonów i dalej grać. No może trochę za bardzo im na to pozwalamy ale na lodach też byliśmy. Dzieciaki dorwały jedną grę i tam trzeba było odnajdywać przedmioty. Jednym z nich był discman. Wnuczka mnie zapytała, Dziadek a co to jest? Dotarło do mnie ,że ona naprawdę nie wie, że nikt z jej kolegów tego nie używa. Oni już powoli zapominają o odtwarzaczach mp3 i słuchają muzyki z komórek. Taki sam widok jest w metrze gdzie co druga osoba ma w uszach słuchawki i rytmicznie kiwa głową. Tak kombinują ,ze w tym smartfonie to mamy; telefon , radio , telewizor, maszynę do pisania, aparat fotograficzny, kamerę, płytotekę, albumy ze zdjęciami i jeszcze wiele wiele innych. Jakby to tak ustawić obok siebie to zajmie pół pokoju. I wszystko się mieści w małym płaskim pudełeczku. Brakuje tam jeszcze pralki, lodówki i maszyny do szycia. A już kolejne aplikacje do na przykład komunikacji z samochodem , podglądania kamer zainstalowanych w domu z dowolnego miejsca gdzie dociera internet i temu podobne nadlatują. W najbliższym czasie może się okazać ,ze bez tego smartfonika nie ma życia w ogóle. Ot na przykład paluszkiem wybierzesz co chcesz zjeść po przyjściu do domu i wyjmiesz to z piekarnika, cieplutkie smaczne. Nie mam nic przeciwko zmianom szczególnie ,że bardzo mi się podobają propozycje monitorowania zdrowia telefonem ,przekazywanie lekarzom na bieżąco wykonywanych na człowieku testów i pomiarów. Moje zastanowienie budzi tempo tych zmian. Już teraz jakieś 90% ludzi po 60-tce nie potrafi korzystać z ekranów dotykowych, o innych funkcjach telefonu nie wspominając. I oni się już następnych generacji tych urządzeń nie nauczą. Ale ten taki swoisty analfabetyzm schodzi niżej , bo wielu 50-cio latków ma problemy ze zrozumieniem zasad jakie tym rządzą, 30-latkowie tez patrzą z podziwem jak dzieciaki wchodzą w te systemy jak w masło, bo sami doganiają, ale z lekkim wysiłkiem. Wnuczka jak wchodzi do mnie do domu to jedno z pierwszych pytań brzmi- Dziadek jakie masz hasło do WI-Fi? I dla niej to jest norma, nie widzi w tym nic specjalnego, ale discmana nie zna. A to przecież raptem parę lat. A czego się będą uczyły jej dzieci? I czy ona jako młoda matka już będzie miała problemy z przyswajaniem nawału wiedzy?

Kultura

Kultura

Z reguły tak określa się materialny i niematerialny dorobek ludzkości. Chodzi oczywiście o ten duchowo umotywowany dorobek, wzory zachowań i emocje. Ale czy możemy ten termin zachowywać tylko dla siebie? A inne stworzenia, czy one też maja jakąś kulturę? Oczywiście, podajmy zatem przykłady. Ot pierwszy z brzegu, miłe Panie szydełkujące, czy robiące na drutach, coś co można określić jako tkaniny artystyczne, w naturze maja odpowiedniki jakimi są ptaki wijące skomplikowane gniazda i te ptaki są często lepsze niż te Panie. Mają ustalone wzory od lat, a tylko porządnie wykonane gniazda są gwarancja przetrwania. A ptaki potrafią je jeszcze zdobić. Mamy więc artyzm i wzory zachowań, czyli esencję kultury. Ale nikt tego tak nie nazywa. Inny przykład  taniec i te zespoły baletowe w których iluś ludzi stara się powtórzyć te same gesty. Inni ludzie siedzą w wielkich halach i jak się tej grupie uda to biją brawo, zachwyceni. Wysoka sztuka. A jak tysiące ryb w ławicy tańczy swój taniec to jest to nieporównywalnie większe dokonanie i nikt brawa nie bije. A znajdźcie tego co powie ,że to sztuka jest?  Nie sposób nie wspomnieć o śpiewie ptaków. To dopiero są utwory muzyczne, pełne pasji , harmonii i naturalnego piękna. A rykowiska toż to cały festiwal dźwięków , ryków i niepowtarzalnych melodii. Ale nikt tego do kultury nie zaliczy. Oczywiście zwierzęta nie potrafią pisać wierszy, ale już na przykład dzieła sztuki jakie tworzą kwitnące drzewa, czy łąki to jest coś czego nie da się powtórzyć, to są przeżycia estetyczne jakich nie dostarczy żaden artysta choćby się nie wiem jak starał, choćby dlatego ,że obrazom brak życia i zapachu. Ale znowu nie jest to kultura. I tak się zastanawiam dokąd nas to zarozumialstwo i wynoszenie się zaprowadzi , bo my tak naprawdę usiłujemy gloryfikować nasz gatunek, a nie doceniamy innych. Wręcz je deprecjonujemy. A mnie się to nie podoba.

Najemnik

Najemnik

Kiedyś byłem pracodawcą i wtedy różne rzeczy się zdarzały. Ludzkie sprawy. Ludzie przychodzili i musiałem jakoś się ustosunkowywać do ich pytań. Jednego pracownika zapamiętałem jednak szczególnie. Chłopak z Czerniakowa , z nieciekawej okolicy , zawsze spokojny , niewysoki blondynek. Miał wtedy ok 28 lat. Przyszedł do mnie z następującą sprawą. Chciał zostawić dwa podpisane dokumenty. Jeden to prośba o tygodniowy urlop, a drugi to wymówienie. Prosił mnie abym gdyby nie wrócił z urlopu wrzucił do księgowości ten drugi. Pytałem po co tak robi, a on poprosił bym tak zrobił i nie zadawał pytań. Zgodziłem się , przecież jego wola. Po tygodniu wrócił , jakiś taki zmięty, przybity, spytał czy może podjąć pracę . Tak , oczywiście , to był dobry pracownik, ale spytałem o co chodziło z tymi papierami. Rozluźnił się i powiedział ,że teraz i tak wszystko stracone to mi może powiedzieć. Okazało się ,że pojechał do punktu werbunkowego do Legii Cudzoziemskiej do Francji. Tam go zbadali i szybko odrzucili, bo był zbyt mały jak na legionistę. Spytałem , co Ci do głowy strzeliło ,aby to   zrobić? A on mi odpowiedział ,że ma taką filozofię życiową – mogę żyć krótko, ale na 250% i o to chodzi i teraz jak go odrzucili to musi poszukać sobie innego dostarczyciela wrażeń. Jemu nie chodziło o wojnę, tylko na przykład o wyścigi o znacznym stopniu ryzyka , szukał okazji by być na krawędzi i wtedy był szczęśliwy. Taka filozofia do mnie kompletnie nie docierała i do dziś nie dociera. Nic w tej sprawie nie zrobiłem , a może powinienem? Dręczy mnie to pytanie tym bardziej ,że jakieś dwa lata później ślad po nim zaginął i nawet jego kuzyn nie wie gdzie jest. 

Grzybkiem być

Grzybkiem być

To takie piękne stworzenia ,że aż czasem myślę ,ze może jakaś reinkarnacja i zostanę grzybkiem. Wyobraźnia rusza. Na dworze słota i przymrozki, a ja jako zarodek wpadam pod mech i tu bezpieczny usypiam sobie grzecznie. Śnieg przykrywa mech , a mnie jest cieplutko i śpię snem sprawiedliwego, przychodzi wiosenka i nieśpiesznie wzrastająca temperaturka powolutku budzi mnie z zimowego snu. Przyjemne deszczyki obmywają mnie od czasu do czasu, aż najedzony minerałami zaczynam rosnąć w niespotykanym tempie. Rosnę jak wariat , przebijam się przez mech i rozrastam się. Rankami mój kapelusik lśni w słoneczku, a ja wciąż rosnę. Wydzielam zarodniki i pewnego dnia czuję jak mi coś penetruje stopę , potem coraz bardziej swędzi mnie korzeń, a nic nie mogę zrobić. Budzę się z poczuciem ciężkości, a tu na mnie siedzi cholerny ślimak obślizgła jego mać i nadgryza mi kapelusik. Od dołu robale, od góry ślimak, boli jak diabli i nic nie mogę zrobić. Nagle widzę nad sobą wielki cień i ból przeszywa mi korzeń. Wznoszę się w brudnych paluchach stwora jakiego nie widziałem nigdy dotąd. Trafiam na stertę kolegów już nieco osłabionych i wzdychających. Słyszę szum i smród. Ruch ustaje ale szum i smród nie. Potem nagłe poderwanie, a ja z każdą minutą słabnę. Trafiamy w ciemność, potem szarpanina i znowu w świetle, jakiś prysznic, a potem powolna śmierć , najpierw poćwiartowany, potem duszony odchodzę. Tragiczne losy, nawet się nie spodziewałem. To może przeistoczyć się w inny rodzaj grzyba? To może taki naścienny? No nie i taki na stopach też nie. A może halucynogenny. Rozrywkowa perspektywa lecz koniec tak samo żałosny. Jednak życie grzybów jest niesamowicie niebezpieczne i nieprzyjemne i to co mi zostaje względnie bezpieczne, to zostać starym grzybem. Ale czy ja chcę?

Scenariusz

Scenariusz

Bardzo lubię filmy kręcone ukrytą kamerą. Taki sobie wymyśliłem scenariusz. Pod nalewak na stacji benzynowej podjeżdża para staruszków. Ona prowadzi. On wysiada, grzecznie i włącza pistolet , po czym trzęsącymi się rękami usiłuje wziąć drewna do kominka. Prosi o pomoc. Podchodzi ktoś przypadkowy i bierze dwie wiązki i powoli idą do samochodu. Staruszek od razu zaczyna

- Popatrz Pan nawet się cholera nie ruszy, wszystko muszę sam, a Hrabina siedzi- kontynuuje-

I tak od pięćdziesięciu lat, a do czego mnie zmusza Panie , ale kasę zabiera całą.

-Czego ja już nie próbowałem Panie , o na przykład grzyby, te czerwone marynowałem , to pół słoika cholera zjadła i nic, trutkę na szczury do zupki i tez nic, a rok po roku cos wymyśla byle mnie stłamsić

Dochodzą do bagażnika staruszkowi się ręce trzęsą, ale otwiera bagażnik , z samochodu wysiada staruszka i idzie zapłacić a staruszek mówi rok temu na banji mi kazała skoczyć, trzy tygodnie na R-ce w szpitalu spędziłem, a teraz?

Pokazuje dwa spadochrony w bagażniku

_ Skakać mamy, o to może by mi Pan pomógł , bo mnie się ręce trzęsą i sam nie dam rady, a tu mam taki sznureczek to jakby Pan związał w jej spadochronie , tym różowym , te linki ze sobą to byłbym dozgonnie wdzięczny

Bardzo bym chciał zobaczyć minę tego , któremu to zaproponował staruszek