ktak

Właściwie bez wiodącego tematu, takie tam pisanie co mi do głowy przyjdzie

Wpisy z okresu: 11.2015

Jaja

Profi

Każdy chce w czymś być dobrym i choć w dyscyplinie o której dziś napiszę mój profesjonalizm jest w porównaniu z prawdziwymi profesjonalistami jak górka osiedlowa / to ja/ do szczytów Himalajów, to jednak w ramach rodziny miałem pewną renomę. Otóż w każdy weekend robię jajka na miękko i całe śniadanko. I Syn i Synowa, a przede wszystkim Żona wmawiają mi ,że robię świetne jajka. Nie do końca  w to wierzę, ale miło. Sam te jajka jem i w miarę jest. Mam swoja procedurę , najpierw specjalnym sprzętem dziurawię jajka z grubszej strony, potem do wody , tak na wpół zanurzone i potem trzy minutki od zagotowania. Gotowe. Ale jajka są różnej wielkości i ten czas trzeba korygować większe ciutkę dłużej, a mniejsze krócej I właśnie ta ocena mi nieźle wychodzi. Ale wczoraj mnie rozwaliło. Żona kupiła na bazarku u znajomego sprzedawcy spod lady jaja niespotykanej wielości, zdjęcie załączam, z normalnym XXL dla porównania. Przez chwile zastanawiałem się , może to gęsie, ale nie, kurze z podwójnymi jajkami i chyba od kur rekordzistek, Wziąłem do ręki , wyjąłem zwykły garnuszek w którym rzeczone gotuję i zacząłem dziurawić, ale do garnka weszły jedynie trzy sztuki. Trzeba było zmienić naczynie. Czułem jak mi się ziemia spod nóg wymyka, traciłem poczucie pewności. Wstawiłem zalałem i po krótkim namyśle postanowiłem cztery minuty od zagotowania. Czekałem z niecierpliwością i niepewnością nad garem, a jaja bulgocą. Ależ ten czas się dłużył. Wyszły z gara do kieliszeczków, a były takie duże ,że nawet obcinarka nie dawała rady ich otwierać i trzeba było po staremu tłuc skorupki i obierać czubek. W ten numer z otwieraniem nożem nie dałem się wkręcić. Pierwsze kęsy i świadomość ,że jeszcze z piętnaście sekund były by lepsze. A całe śniadanie mnie nurtowało pytanie ile od zagotowania trzeba dogotowywać jajo strusia aby wyszło na miękko?

Nazwy

Nazwy

Wielu z nas ma pieski , kotki czy inne małe zwierzęta. I zawsze dla odróżnienia od innych podobnych zwierzątek nadajemy im imiona. Potem pieszczoty i …. Chodź do Pani/Pana. Cudownie , sielanka. Ale wielu ludzi ma rybki i jakoś nie słyszałem aby im nadawali imiona. Skalarek o wdzięcznym imieniu Zenuś nie pluska się w niczyim akwarium. A może szkoda. Ciekawe jakby ludzie nazwali złotą rybkę. Może Lotto? A samczyka ? Ryszard Rembiszewski? Chyba nie. Dziwne jest jednak to ,że ludzie mają wiele pasji i są bardzo przywiązani do istot i rzeczy dookoła nich, a nie wszystkie nazywają , tak imiennie. Choćby samochody. Czy ktoś słyszał nazwę samochodu? Ja znam jedną, ale troszkę prześmiewczą , bo na naszą stara firmową Skodę wszyscy mówią Ślicznota. Ale to nie o taki sposób nazywania chodzi. W nazwie musi być namiętność i emocja. Dopiero wtedy nazwa staje się stałym elementem przedmiotu , ale właśnie tego przedmiotu. I tak myślałem ,że jak ktoś nazywa swój młotek Terminator , a czasem mu się wymknie Termuś  to on ten młotek naprawdę kocha. Czy na przykład ulubiona łopata zwana Łyżeczką. Albo naczynia kuchenne, ulubiony garnuszek ,Żarliwy czy blaszka do pieczenia Piecunia. Nie wiem jak nazwać odkurzacz , ale to chyba wynika z mojego obojętnego stosunku do niego, bo określenie Ssak jest obraźliwe w obie strony, ale już Kurzożryj tylko w jedną. Bo nazwa wiązać się powinna z czułością i wręcz z nabożnym stosunkiem do nazywanego. Normalnie się to nazywa namiętność ale czy można być namiętnym do wiertarki, czy wałka. Można tylko my się tego wstydzimy, niepotrzebnie.

Geny

Geny

Wkurzył mnie trochę jakiś brytyjski naukowiec , który w programie telewizyjnym ogłosił rewelację. Okazało się ,ze poszukując genu długowieczności odkrył aż trzy. Pierwszy to gen odpowiedzialny za produkcję tak zwanego dobrego cholesterolu. Leciwi staruszkowie mają go dużo więcej niż tacy do lat niedociągnięci na skutek działania złego cholesterolu. Drugi gen jaki odkrył, to gen metabolizmu i zapobiegania cukrzycy. Też u  starszych bardzo dużo go jest. I wreszcie trzeci gen szczęścia , blokuje zachorowania na Alzheimera i inne podobne choroby. No kurza twarz geniusz , bo w następnym zdaniu dorzucił, że teraz zostaje tylko stworzenie lekarstw i wszyscy po 150 lat, po 300 a nawet po 500.  Żaden ZUS tego nie wytrzyma, a kto sobie wyobraża podniesienie wieku emerytalnego do na przykład 120 lat? A ten baran siedzi zadowolony i na pytanie jak doszedł do tych rewelacyjnych wniosków odpowiada ,że ludzie dużo starsi maja tych genów znacznie więcej i to cała tajemnica. A ja zadaję pytanie od kogo więcej, od młodszych? To może te geny się później uaktywniają, ale ta wątpliwość geniuszowi nie przyszła do głowy. To może sprawdzał geny urodzonych w podobnych latach jak ci staruszkowie? Czyli sekcje zmarłych, analiza kości. Ale znowu skąd pewność ,że te geny nie rozwijają się później. I przypada to na lata kiedy obiekt porównawczy już nie żył? Ta pewność siebie i myślenie o sobie w kategoriach jestem najlepszy i nikt mi nie podskoczy, przy absolutnym braku pokory przeraża. Kompletny brak odpowiedzialności. Ilu ciężko chorym ludziom takie wypowiedzi dają nadzieję, a do zastosowania / nawet gdyby się  tezy tego Pana potwierdziły/ , bardzo daleka droga. Czasem tak myślę ,że za kłamstwa i bezpodstawne rozbudzanie nadziei powinna być kara i to dotkliwa. Ale czy taki bęcwał zdaje sobie sprawę z tego ilu ludziom przyniósł złudną nadzieję? I czy go to w ogóle obchodzi?

Smak a zdrowie

Smak a zdrowie

Przyjęło się ,ze na przykład sól jest bardzo niezdrowa. Czyli idąc za głosem rozsądku nie powinniśmy solić, bo sami sobie psujemy zdrowie. Z tego też punktu widzenia wychodzili ci , którzy w szkolnych stołówkach zabronili używania soli. Chyba równie szkodliwy jest pieprz , bo jego też zabroniono. Idźmy dalej. Dla organizmu niezwykle niezdrowy jest cukier, choć jak mawiał Melchior Wańkowicz cukier krzepi. Jakby dla podkreślenia tego niezdrowego charakteru tej białej śmierci, dietetycy zmodyfikowali słynne hasło mistrza na „Cukier krzepi, wódka lepiej”. Idźmy dalej , bo w diecie nie mamy już słodkiego, słonego i pieprznego. A co z kwaśnym? Kwaśne to dopiero niezdrowe jest, nadkwasoty murowane, perforacja jelit gwarantowana. Więc i kwaśne odrzućmy. Zostaje gorzkie , ale to gębę wykrzywia i nie pozwala jeść. Ktoś powie ,że to szkodzi w nadmiarze. Czyli trochę tych niedobrych zmieszać i można jeść? Czyli jakby pomieszać cyjanek z cykutą i innymi wyciągami ze sromotnika to będzie to zdrowe?. Nie wierzę , myślę, że na przykład instynkt zwierząt mówi co innego. Otóż na przykład dzikie zwierzęta w lesie liżą wykładaną specjalnie sól i jest ok. A nie są to malutkie dawki doprawiające smak sianka. Niedźwiedź obżera się miodem i jest ok. Jak taki futrzak wtrąbi cały ul to ma tak słodko w gębie ,ze nikt z ludzi by tego nie przetrwał ,a on w siódmym niebie. I tak dalej , taka papuga lubi pieprz i może go wtrząchnąć dużo i co? I zdrowa. A może za niezdrowość nie odpowiadają przyprawy, ale to co jest przyprawiane. Może mąka z ciasta jest niedobra, a nie polewka cukrowo czekoladowa? Albo ziemniaczki do kitu, a nie sól , którą są przyprawiane. Takie przekorne myśli mi po głowie latają.

Mikołaj

Mikołaj

Na FB zobaczyłem rysunek takiego cwaniaczka diabolicznego Mikołaja z tekstem typu – Umiesz kraść? To się naucz , bo ja Ci więcej prezentów przynosić nie będę. Przesłanie takie , nie wiem pod jakim wpływem , ale zmusiło mnie do zadumy czy ja potrafię kraść, lub czy bym potrafił? Kraść nie potrafię , to wiem. Ale czy aby na pewno? A zdarzyło Ci się Krzysieńku ściągnąć nielegalne oprogramowanie? No niestety tak , a wiec kradłeś. A jak się to zrobi raz to można i drugi. No tak, ale ja kradłem bez świadomości ,że kradnę. Tak się tylko mówi, że bez, bo to był system operacyjny z lewego dysku wgrany. I co mam udawać ,że to nie ja? Ale tak robili wszyscy wokół, bo te programy były bardzo drogie. Skala nie uniewinnia, i zaraz mi się przypomniało jak za komuny ludzie z pracy przynosili środki czystości , gumki itp. Bo w pracy są, to wezmę do domu. A one były do pracy, o wstydliwym papierze toaletowym nie wspomnę. Natomiast w oczach wszystkich fakt takiej kradzieży nie był naganny. A jednak była to kradzież. Tak jest i teraz, wielu ludzi próbuje robić coś przeciw prawu motywując to tym ,że i inni tak robią. Na przykład nieprawidłowe parkowanie. Dla kierowców to tylko „na chwilkę”, ale ,że tak nie można to nieważne, bo inni też tak robią. Albo nieliczenie się z prawem , bo ja wiem , że to niesłuszne. Są takie przypadki ,gdy ludzie stają ponad prawem i normami. Ale czy to tak być powinno? Ci co się do tego uciekają, krytykują tych co to robią w Paryżu ,ale do głowy nie przychodzi , że sami działają według tego samego mechanizmu. Bo jak Kali ukraść krowę to dobrze ale jak Kalemu, to zbrodnia.

Święta inaczej

Święta inaczej

Zawsze byłem trochę przekorny, więc ta cecha mojej osobowości/ cudnie to brzmi/ daje od czasu do czasu znać o sobie. Ostatnio menu świąteczne ustalaliśmy z Żoną. Niby pyszne rzeczy, ale tak jak co roku. Przekora zastukała do głowy, więc zacząłem wymyślać. Na początek coś z ryb, ale żadne tam faszerowane czy w galarecie. Zamarzyła mi się deska kawiorów, takie ziarenka według rozmiarów i kolorów. Najpierw czarny drobny, potem biały i czerwony, ale to i tak mało , trzeba rozmiary uzupełnić , a ponieważ nie znam większych to trzeba je zrobić. Kawior zielony pomyślałem ,ze gdyby tak groszek zamarynować w oliwce po śledziach to mamy następny rozmiar a i kolor, potem troszkę większego potrzeba więc na przykład groszek ptysiowy w sosie rybnym i następny rozmiar jest. Brakowało mi tylko dla zwieńczenia sporego rozmiaru i postanowiłem z melona wycinać kuleczki taką specjalną łyżeczką, a potem ten melon dosmaczać i barwić i nawet już ten kawior nazwałem wielorybim, gdy przyszło mi do głowy ,że w ogóle kawioru nie lubię, a już wieloryb z kawiorem to nie ma nic wspólnego. To co zrobić? Kutię z wędlin? Z pomocą przyszedł Śląsk. Łazanki z makiem, ale łazanki kolorowe. Zabarwić po kawałku ciasta na łazanki barwnikami spożywczymi , ugotować i na stół. Takie kolorowe szaleństwo z makiem, podoba mi się ten pomysł. Takie kolorowe lato zimą z zachowaniem tradycji. Ale jedne łazanki to mało. I wtedy pomysł olśniewający. Carpaccio. Delikatnie krojone półprzeźroczyste płaty z różnych ryb i do tego grzanki. Mgiełka śledzi na cieniutkiej grzaneczce z malusieńką kropelką śmietany i kawałkiem koperku. Dorsz z kropelkami pesto, czy też sandacz z sosem czosnkowym. Ile smaków ile chrupania i jak inaczej niż zwykle. Tylko czy mi się uda namówić Żonę?

Nad sobą

Nad sobą

Zacząłem pod prysznicem zastanawiać się jaką wartość zdrowotną stanowi moje ciało i nie wyszło to najlepiej. Zacznijmy od góry. Włosy na czubku, śladowe, a to co zostało bezlitośnie usuwa kochany wnuczek. Dalej oczy, też po przejściach, jedna gałka cerowana, druga regenerowana, a i wzrok jako taki się psuje, co ostatnio opisał okulista w recepcie do optyka. Dalej uszy, o te to już od najmłodszych lat uszkodzone przez liczne zapalenia. W efekcie niedosłuch, dalej zęby , wiadomo ruina, bo się gryzło to i owo. Schodzimy niżej. Szyja krótka osiadła na mało prężnym kręgosłupie. Pieprzyki i i inne zmiany skórne to po całym rozległym oceanie mojej cielesności. Na szczęście potówek brak. Ale nic, spójrzmy do wewnątrz, śledziona dwukrotnie powiększona, robaczkowego brak , żyły w kiepskim stanie pompują zbyt słodką krew. Lepiej nie patrzeć i nie interesować się , bo wieje grozą. Układ kostny kilkakrotnie połamany i pozrastany nawet z elementami sztucznymi zastępującymi oryginalne kostki. Stawy powycierane, ścięgna zarośnięte po przebytych zerwaniach, mięśnie już lekko zanikające. No brak podstaw do zadowolenia, a i troszkę rozrośnięta tkanka tłuszczowa nie napawa optymizmem. Wróćmy na zewnątrz, skóra wielokrotnie cerowana nie stanowi już tej ślicznej mięciutkiej warstwy okrywającej ciało. O pazurkach nie wspomnę, bo się rozdwajają. Pozostaje do omówienia mózg. I tu widzę największe zniszczenia i nie ma się co dziwić w wieku lat trzech doznałem wstrząśnienia mózgu i może to zaważyło. Kim bym był gdyby nie to? Ale na dziś to jestem jak to się mówi mocno śmigany , bez szans na naprawę. Ale jest coś co się nie zniszczyło, a mianowicie młody wiecznie duch. I tak się postaram trzymać póki się nie rozlecę.

Wieczorne dumanie

Wieczorne dumanie

To co się dzieje wokoło, źle na mnie działa. Zszedłem do piwnicy i zacząłem szukać kosy. Osadzę na sztorc i silny zwarty będę czekał. Jestem z pokolenia , które zmieniało Polskę, najpierw poprzez opór wobec reżimu, potem budując zręby gospodarki/ zresztą niezbyt udanie/. Potem wychowując dzieci i w tym momencie coś mi uciekło. Człowiek chciał aby w miarę możliwości dzieci miały najlepiej, nie patrząc na siebie dawałyśmy co mieliśmy. Ale świat wokół nas się zmieniał i ideały młodości powoli przestały obowiązywać w świadomości młodych. Nie bardzo wytrzymały konkurencję z kolorową rzeczywistością. Rozjechały się też oczekiwania młodych i rodziców. Oni maja inne priorytety i inny ogląd świata. A co jeśli żyją widzą ich nasi rodzice? To już w ogóle oni, a ich wnuki , różnica kosmiczna. Wszystko inne. Starsi herbatki , konfiturki, a młodzi, elektronika i szybko, szybko ,szybko. Brak wspólnych punktów. Patrzę na swoje wnuki i też powoli widzę ,ze póki mali to są bliscy i związani, a im starsi tym bardziej odchodzą i to chyba normalne, Sam odchodziłem od swoich Babci. Brak porozumienia , ot i wszystko. Ale Babcie widzą to inaczej, chcą aby wnuki przychodziły zwierzały się, a wnuki jak coś mówią to widzą ,że nie trafiają z argumentami i że Babcia żyje przeszłością. I tylko bardzo przykro jest zostawać taką Babcią, a dla niektórych to nieuchronne. I co zrobisz? NIC. Co zaś chodzi o t e kose w piwnicy, to ja się już chyba po raz kolejny nie przystosuję i jedynie kosynierzy mi zostaną. I wcale mnie to nie cieszy

Radość o poranku

Radość o poranku

Spało się cudownie, odpowiednia temperatura, szum deszczu za oknem, wręcz przykazywał zamknięcie oczu i rzut w ramiona Morfeusza. Po nocy nadszedł cudowny poranek. Otworzyłem oczy i ciepła i życzliwa szarość wtargnęła do mojej świadomości via oczki. Potem via uszki dołączył uroczy tonizujący szum kropel padających na dach. Aż mnie wyrzuciło z ciepłego łóżka, spod kołderki. Spionizowałem się sprawnie i podszedłem do okna. Zanim popatrzyłem przez, nie krótko ale z radością patrzyłem na taniec kropel deszczu na parapecie. Podskakiwały żwawo i jakby tańczyły porywając swoją witalnością. Potem spojrzenie dalej , te drzewa opylone warstewką deszczu, gałązki skrzące się w porannym świetle. Chce się żyć, szybkie śniadanie i nastrój sprzyjające delektowaniu się herbatką , ciepły prysznic i radość z perspektywy udanego dnia w pracy. Wycieram się szorstkim ręcznikiem jeszcze pobudzając i tak szybko krążącą krew. Szybko się ubieram nie mogąc się doczekać wyjścia na powietrze. Wyprowadzam auto z garażu i nareszcie to na co czekałem , haust ożywczego powietrza. Czystego, bez kurzu, bez smogu, czysty balsam dla płuc. Odurzony wsiadłem do samochodu, wycieraczki rytmicznie pobudzały moje podniecenie miarowo zmiatając z szyby kolejne warstwy deszczu. Przyjechałem i z żalem udałem się do budynku, gdzie w lot wykonywałem zadania jakie sobie postawiłem na ten dzień i sprawiało mi to radość. Pięknie rozpoczęty dzień dawał owoce. Po szychcie znowu radość z wyjścia na zewnątrz, niestety zmącona, bo nadeszła noc i perspektywa powrotu do bezpiecznego domu nie była już tak podniecająca jak rano. Zjadłem obiad i pomyślałem ,że jestem jednak nienormalny, a moje reakcje bardzo odbiegają od standardu. A kiedyś byłem normalnym miłym chłopcem. Co się zmieniło?

Luźne skojarzenia

Luźne skojarzenia

Bardzo często pewne fakty w sposób losowy kojarzą się nam z innymi i to zupełnie dowolnymi. Napiszę o kilku i z góry zaznaczam ,że to są moje skojarzenia i ,że nie chcę nikogo urazić. A więc do dzieła. Wczoraj oglądałem wyścig Formuły 1, w której występuje brazylijski kierowca Nasr. Jego wczoraj kilka razy wyprzedzano i za każdym razem pełen napięcia głos komentatora grzmiał z głośników cytuję- i teraz wyprzedza/ zawieszenie/ Nasra, zawieszenie głosu, i na końcu prostej , co za wspaniały manewr ? W oderwaniu od obrazu każdemu ten komentarz by się kojarzył z czymś innym niż wyścig, no, chyba  że specyficzny. Inny przykład skojarzeń to w mojej chorej głowie ile razy w programie kulinarnym , a owszem czasem oglądam, robią deglasację patelni czy garnka / proszę się nie śmiać, sprawa w kuchni ważna/ to mnie się to kojarzy z demakijażem. I to nie jest obraźliwe , bo bardzo wiele kobiet po tym procesie wygląda znacznie lepiej niż przed, są świeże i piękne , nieskażone. Ale one szukają swojego wyobrażenia o sobie. A całe to mazanie po buzi , przykrywanie tego i owego to jak / moje skojarzenie/ owijanie parówki boczkiem ,że niby taka pyszna. A „optyczne powiększanie” oka? Przez malowanie? A jak ja sobie mam to i owo pomalować aby mi się choć „optycznie powiększyło”? I po co, bo użytkowo czy oko czy to drugie, zostanie takie samo. Żadnej pani od optycznego powiększenia wzrok się nie poprawi. Mam jeszcze dużo innych skojarzeń, ot choćby to okadzanie w Kościele czym to się różni od szamaństwa ? I podobne. O politycznych nie będę mówił, bo to się zaraz rozpęta wojna i tak jestem mile zdziwiony ,że nikt wczoraj się nie przyczepił do mnie za porównanie przystawki z imiennikiem. Może jest jeszcze nadzieja na brak cenzury?