ktak

Właściwie bez wiodącego tematu, takie tam pisanie co mi do głowy przyjdzie

Wpisy z okresu: 1.2016

Nie ja pierwszy

Nie ja pierwszy

Od wielu lat trwają spekulacje na temat co jest z duszą po śmierci. Wielu twierdzi ,ze idzie do nieba i tak to uzasadniają. Po śmierci zwłoki człowieka ważą mniej o bodaj kilkanaście gram niż przed śmiercią. Ludzie uzasadniają to tym ,że w chwili śmierci dusza opuszcza ciało. Ja oczywiście nie mam pojęcia o duszy, ale troszkę czytałem o zderzaczu hadronów w Cern w Szwajcarii , a nade wszystko o cząstce która nazywa się bozon Higgsa od nazwiska fizyka , który ją odkrył teoretycznie i również teoretycznie udowodnił ,ze ta cząstka może się znajdować w dwóch stanach. Może ważyć, czyli być materialna, a może nie ważyć, czyli być falowa przybierając postać fali elektromagnetycznej. O bozonie już kiedyś pisałem, ale dziś do tego wracam , bo byłem świadkiem dyskusji ludzi nie związanych z naukami ścisłymi dla  których ta dwoistość nie mieści się w głowie. A prosta droga do tego ,że w wypadku śmierci część masy ciała zmienia się w energię i wyparowuje z nas i jest równoznaczna z ucieczką duszy, jest jasnym wytłumaczeniem wcześniej postawionej tezy. I niby pojęciowo jest to prawie to samo bo coś z ciała odchodzi, to z naukowego punktu widzenia nie ma dowodu ,że ta fala co opuszcza ciało to dusza.  Z tego co pamiętam z eksperymentów w Cern to ta fala , która bierze się z masy ma stałą częstotliwość, a więc w warstwie odczuć można powiedzieć ,że bzyczy jednostajnie jednym tonem. Z tego wniosek ,że gdyby przyjąć ,ze to dusza to buczy ona jednostajnie jak kamerton tylko na częstotliwości jakiej nie słyszymy. Upraszczając można powiedzieć ,że po śmierci dusza wyje opuszczając swe doczesne miejsce pobytu. A gdzie leci? Zwyczajnie w dal. I co z nią dalej? A cholera wie , tego Higgs nie wymyślił, ale to jest pytanie.

Co jeszcze pociąga facetów

Co jeszcze pociąga chłopa

Pierwsza odpowiedź nasuwa się niejako automatycznie- baby. Z tym ,ze to jest w wielu wypadkach uproszczenie i niedopowiedzenie. Kobiety interpretują to tak- chce książę znaleźć swoją księżniczkę po wsze czasy, po grób. U chłopa to wygląda inaczej. Owszem chcę znaleźć swoją księżniczkę, taką bym chciał do niej wracać, ale dobrowolnie. I tu jest pewne pole do kompromisu , gdzie chłop dobrowolnie ustąpi, bez presji zgodzi się na pewne odstępstwa od programowej wolności. Ale nie należy przeciągać struny, bo pęknie. Taka powszechnie stosowana metoda typu kropla drąży skałę jest też ryzykowna , bo nawet po kropelce dzban się kiedyś przepełni. Z drugiej strony jest coś czemu żadna kobieta nie jest się w stanie przeciwstawić. Jest to męskie hobby. Spokojny z pozoru facet sklejający z mozołem np. model trójmasztowca , za przełożenie części na stoliku na jakim to robi, ”bo strasznie zakurzone”, jest w stanie zabić. I to nie na żarty , bo z hobby faceta żartować też nie można. To trzeba przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza. Należy przyjąć ,ze on dzisiaj śmieci nie wyrzuci, bo skleja i śmieci w porównaniu z wiekopomnym dziełem jakim jest trójmasztowiec to kpina z faceta i jego pracy.  Z tym ,że choć z trudnością, to są kobiety , które to znoszą, a nawet aprobują i pomagają. Jak małżonka szaleńca co kajakiem przez ocean zasuwał. Gorzej jak nasz bohater znajdzie sobie naturalne hobby takie jak kobitki pozamałżeńskie lub alkoholizm. Nie znam kobiety odpornej na ten rodzaj hobby, choć podobno są. Reasumując wszyscy , którzy twierdzą ,że chłop to prosty mechanizm , równie skomplikowany jak schemat gwoździa, są w mylnym błędzie. Ostatnie stwierdzenie to kopia powiedzonka byłego Prezydenta RP. A panie mogę tylko ostrzec uważajcie na te krople i czasem pomyślcie o swoim chłopie w innych kategoriach niż gwóźdź.

Co pociąga chłopa

Co pociąga chłopa

Mały chłopiec po raz pierwszy doznaje olśnienia jadąc na rowerze, lub wcześniej na karuzeli z ojcem. Wiatr owiewający twarz daje mu jakieś nieokreślone, ale bardzo miłe poczucie, czegoś, ale młody jeszcze nie wie czego. Potem chłopak rośnie i wraz z tym procesem rośnie w nim potrzeba coraz bardziej intensywnego kontaktu z tym powietrzem. Większy rower daje mu tę możliwość i to się chłopakom podoba, do tego sanki, narty lub łyżwy. I pociąga go to coraz bardziej, ale dalej nie bardzo wie dlaczego. I wtedy w tle słychać głos Mamusi- syneczku nie tak prędko, pojawiają się zajęcia dodatkowe akurat wtedy gdy on chce z chłopakami na rower. Powoli dociera do jego chłopięcego umysłu ,że on w tym pędzie nie bardzo słyszy Mamusię. I to mu się podoba. Zaczyna pracować nad ojcem w sprawie motoroweru. W końcu Ojciec ulega , biorąc na klatę wszystkie pretensje Mamusi, mało tego, jest dumny. A młody to czuje i rozwija się w nim druga motywacja do tego wyścigu z wiatrem, chęć dominacji nad maszyną. Gdy to osiąga jest w siódmym niebie. Dalej to już prawie osobnicze ścieżki , często sterowane przypadkiem, motor, samochód, deska, spadochrony , latawce itp. Byle walczyć z prędkością , wiatrem i poczuć to umiłowane wyzwolenie, bo Mamusię zastępuje narzeczona, potem żona. Z tym ,że Mamusia nie odpuszcza. I jak śpiewał Rysiek Riedl – „ w życiu piękne są tylko chwile”. Bo wolność dla mężczyzny jest najważniejsza , czy to się komuś podoba czy nie. I tego nie można zmienić, chyba ,że nie mamy do czynienia z chłopem.

Co lepsze

Co lepsze

Takie pytanie sobie zadaję , bo wielu ludzi stosuje pewien wybieg. Gdy są chorzy mówią ,ze to co mówili, to było w malignie i wszystko zwalają na chorobę , a robią co chcą. Mało to etyczne, ale jakoś jeszcze zrozumiałe. A co zrobić z tymi chorującymi przewlekle co cały czas gadają głupoty i nie chcą się przyznać do choroby? Tu zaczyna się drama , bo jak dotyczy jeszcze młodych osobników to w wersji lekko siłowej rodzice dowloką osobnika do specjalisty, a ten spróbuje sobie poradzić. Jest szansa na wyzdrowienie. Ale co zrobić z dorosłymi osobnikami? Jak na przykład wyperswadować osobie bez słuchu , że fałszuje i troszkę jakby niepotrzebnie się pcha na eliminacje do programu „Mam talent” ? Głównie chodzi nawet nie o same eliminacje, co o stres po nich. Osoba zrąbana przez komisję najczęściej jawnie lub skrycie myśli sobie- matoły nie znają się, ja przecież pięknie śpiewam i wszyscy chcą mnie słuchać. A ci ustawieni, bo musi to być działanie celowe, specjalnie mnie nie dopuszczają. U takiego osobnika rodzi się bardzo poważne uczucie skrzywdzenia i wręcz zdołowania. Co zatem robi ? Startuje w następnych eliminacjach, a gdy sytuacja się powtarza stres i uczucie alienacji potęguje się. Trzeba szukać takiej grupy , która zaakceptuje śpiew wielokrotnie odrzuconego. I na przykład na festiwalu dla głuchych muzyków szansa na sukces jest ogromna. Trzeba tylko śpiewać językiem migowym. Po sukcesie należy stanąć na czele tak stworzonego chóru i wmawiać wszystkim , nawet tym co słyszą ,że ta muzyka to jest właśnie to. Ktoś wyda płytę , inny przeprowadzi wywiad i sława rośnie. I gdy w jakimś plebiscycie zmotywowane środowisko niesłyszących wyprowadzi płytę na pierwsze miejsce, tylko dlatego ,że mało komu chciało się głosować, można krzyczeć , że jedynie my jesteśmy prawdziwymi muzykami, wywalić tych co nas nie dopuszczali i krzewić na siłę kakofonię. A wracając do tytułowego pytania to chyba wolę tych, co chorują krótko.

PS Nie mam nic przeciwko niesłyszącym i nie chciałem ich obrażać.

No i mnie dopadło

No i mnie dopadło

Jakieś dziesięć dni temu dopadł mnie kaszelek. A tam, pomyślałem , gówno jakieś przyszło i pójdzie. Syropek wziąłem bez wiary w powodzenie leczenia i ponieważ się nasilało, zostałem zmuszony przez ślubne moje szczęście do odpoczynku w weekend. Tak się poświęciłem ,że pełen dobrych myśli w poniedziałek poszedłem do roboty. I tu zaskoczenie , ten cholerny kaszelek nie przechodził. Z dnia na dzień był bardziej natarczywy. Niestety rodzina też. Syn się prawie obraził i powiedział „ jak się stary chce męczyć , to niech się męczy”, córka w bardzo niewybrednych słowach wyrażała się o moim stosunku do własnego zdrowia i nawet moje stwierdzenia ,że może się to skończy zdarzeniem ubezpieczeniowym i będziecie mieli spokój , nie potrafiły jej rozbawić. Do chóru niezadowolonych poza moją Żoną dołączyła Mamusia i Synowa. Koniec końców poddałem się i udałem się do lekarza. Posłuchał, kazał się obnażyć, znowu posłuchał i stwierdził , zapalonko oskrzeli. Dał piguły , pożartowaliśmy i tyle. Z samochodu telefonicznie poinformowałem zaniepokojonych w koalicji o werdykcie doktora i się zaczęło. A czy masz leżeć, czy masz zwolnienie, a czy wysłał Cię na prześwietlenie płuc itp.itd. Koalicja po naradach wewnętrznych stwierdziła ,ze mam leżeć i tylko gdy zapytałem , kto za mnie zrobi robotę, zapadła cisza. Potem córeczka mnie poinformowała ,że przecież ludzie chorują, więc możesz i Ty. Tak myślę co będzie jak mi nerwy puszczą i czy na to jest jakaś tabletka.

Wykorzystywanie

Wykorzystywanie

To jest dziwne , ale gdy chcesz być dobry dla ludzi oni natychmiast to akceptują i już po chwili są pewni ,ze im się to należy. Nie bardzo rozumiem ten mechanizm, ale widzę go wokół. I bardzo mnie dziwi. Ot kobieta robi dzień czy drugi pyszny obiad. Kochająca rodzinka wtrzącha aż miło i spróbuj trzeciego dnia nie dać takiego samego. Ojciec pomaga w lekcjach , bo akurat było trudne zadanie z fizyki, nazajutrz z chemii. I spróbuj odmówić na trzeci dzień zadania z matmy. A w pracy? Raz pomożesz koleżance w zrobieniu jakiegoś zestawienia, to na bank następnym razem Ci powie ,że to wasza wspólna sprawa. Tak samo z innymi sprawami , gdy twoja praca to wykonanie ławki w ogródku według zamówienia klienta  i poda Ci on wymiary to jak to zrobisz i się okaże ,ze ci co ścieżkę robili nie potrafili tego zrobić równo schrzanili robotę i ławeczka się buja. Z dobrego serca podpowiesz ,że gdyby tak wybrać tu i ówdzie trochę ziemi to będzie równo, to dadzą Ci łopatę abyś podkopał. Gdy zaś Ci się troszkę nie uda , bo jesteś specjalista od ławek a nie od ścieżek, to Ci powiedzą ,że schrzaniłeś robotę. I nikt nie będzie pamiętał ,że u Ciebie zamówiono ławkę, a nie ścieżkę. Ludzie lubią się wywyższać i zwalać winy na wszystkich, a nie na siebie. Oczekują serwisów jakich się tylko da, bo jak się trafi frajera , który chce pomóc to należy go wykorzystać. I to na maksa, bo po co jest dobry, głupek jeden. A ja się z tym bardzo trudno godzę , a właściwie wcale. Głupek jeden, który nie rozumie współczesnego świata.

Roślinki nadmorskie

Roślinki nadmorskie

Oglądałem jakiś program kulinarny i jako podstawę do tego co będzie gotowane stanowił spacer dwóch facetów po morskiej zalewanej słoną woda plaży. Warunki spaceru też niespecjalne , bo padało i wiało. Panowie trzymali w ręku siateczkę i patrząc pod nogi zrywali, a to jedną, a to drugą roślinkę. Towarzyszyły temu komentarze, że to zielsko smakuje jak jakaś przyprawa i jest kruche, a dodatkowo bardzo dobrze wpływa na…. Tu wpisać dowolną chorobę od częstomoczu do menopauzy/andropauzy. Po tym cudownym ozdrowieńczym spacerku panowie mieli może 100 gram cudowności w torebce więc postanowili jeszcze trochę dorwać na ekołące w sąsiednim gospodarstwie. Tu towarzyszył im właściciel , który się znał na zielonym i wskazywał bardzo ciekawe i jadalne rośliny. Do zerwanych dodawali kwiatów i  rozprawiali na co to pomaga. Właściwie na to samo pomagały co te nadmorskie, tylko jeszcze bardziej. Potem poszli do pana , który na barce eksperymentował z psuciem dobrego jedzenia. Tak, tak. Facet w stroju chirurga poddawał wysychaniu, lub gniciu dobre produkty, potem traktował to różnymi rodzajami pleśni, aby po dwóch latach w takim zajzajerze uzyskać „nowy, ciekawy” smak z „naturalnych „ produktów. Potem chłopcy gotowali dodając do dań swoje zdobycze. Wzrokowo to nawet ładnie wyglądało, smakowało też podobno super, ale gdybym ja się tak nabiegał po plażach i łąkach to byłbym głodny jak wilk i pewnie zjadłbym wszystko ze smakiem. Niestety realizator nie dopowiedział, jak żołądki chłopców zniosły tę próbę, ale jak skończyli to mnie się wydało ,że dużo byłoby korzystniej gdyby uruchomili aptekę zamiast restauracji. A u nas Sanepid nigdy by nie wydał zgody na takie jedzenie.I jeszcze jedno mnie nurtuje, po co dodawać coś o smaku czosnku , kiedy można dodać czosnek?

Taki Zwyczaj

Taki zwyczaj
Człowiek patrzy czasami miesiącami na cos i nie widzi, aż tu nagle jednego dnia doznaje olśnienia. Tak było i ze mną. A sprawa dotyczy fobii projektantów mebli. Konkretniej tkanin obiciowych. Wiele wiele razy oglądałem kanapy, fotele czy też tak zwane krzesła tapicerowane, a ten drobny fakt uszedł mojej uwadze. Patrzyłem na te mebelki i nie widziałem ograniczenia jakie przynoszą tkaniny obiciowe. Na tych tkaninach albo jakieś gładkie wzorki przypominające melanż , albo wręcz gładkość pełna. Czasem na starszych , czytaj bardziej klasycznych modelach wzory kwiatowe czy też roślinne. Ale bez ekstrawagancji. Nigdzie nie widziałem na przykład wzorów zwierzęcych. A jakby było przyjemnie zapaść w fotelu ze wzorem misia wyobrażając sobie jego ciepłe futerko? Czy lisek, króliczek, owieczka itp. A tego nie ma . I tu dochodzimy do ostatniej kategorii, nie ma również obić z konterfektami ludzi. A dlaczego? Czy na przykład fanatyczny zwolennik Che Gevary nie może się przytulić w fotelu do swojego idola? Albo gwiazdy sceny na oparciach. Jest jeszcze inne pole do popisu wzory na siedziskach. Otóż siadając na czyjejś twarzy można mu okazać jaki mamy do niego stosunek . I to nie robiąc nikomu krzywdy. A jakie pole do popisu. Na przykład mamy sześć krzeseł a na siedziskach wyrażeni Tusk, Kaczyński, Kosiniak , Miller i kto tam jeszcze. Zapraszamy gości i mówimy siadajcie gdzie chcecie, wypatrując przy tym na kim kto usiądzie. I wiadomo wszystko o poglądach, o oczekiwaniach i o ile łatwiej prowadzić kulturalną rozmowę. Tylko o czym, o premierach sztuk?

Projekty

Projekty

W swoim życiu wiele miałem pomysłów wszelkiego rodzaju i nawiązując do wczorajszego wpisu o transporcie podzielę się z Wami jeszcze innym. Chodzi o transport miejski. Coś co zastąpi autobusy, tramwaje itp. Przyszły mi do głowy takie kapsuły z plastiku na max cztery osoby napędzane silniczkami o małej mocy. Poruszające się nad ziemia na wąskich szynach a właściwie na rurkach w których prowadzone by były kable zasilające. Każdy podróżny dochodziłby do stacji WE/WY gdzie by kupował bilet do docelowego przystanku. Wsiadałby do pierwszego wolnego wagonika i kasując bilet adresowałby wagonik do stacyjki swojego przeznaczenia. Drzwi się zamykają i cała reszta odbywa się automatycznie. Wagonik przemieszcza się po optymalnie dla niego wybranej przez sterujące komputerem trasie, a podróżny bądź podróżni osłonięci od zewnątrz przez szyby wagonika odbywają swoją podróż. Takie rozwiązanie jak liczyłem nie wymagałoby osiągania przez te wagoniki dużych prędkości, bo max 40 km/godz, a i tak byłoby szybsze niż metro. Mało tego koszty budowy takiego systemu byłyby wielokrotnie niższe niż metra, a nawet niższe niż budowa ścieżek rowerowych. No ale znowu nikt tego jeszcze nie zrobił, choć pierwsi chętni już są , bo w skali mikro uruchomiono taki transport na lotnisku Heathrow i w jednym z miast Kanady, ale tam wagoniki jeżdżą po specjalnych jezdniach a ja wolę rozwiązania podobne do rollercoastera czyli dwie rury jako tory. Nie jestem już taki młody jak kiedyś i nie mam ani siły przebicia, ani środków aby to realizować, ale zaletą systemu jest to ,że można go bezkarnie rozbudowywać. Może ktoś z Was? Na życzenie mogę opisać rozwiązania stacji WE/WY, techniki pokonywania wzgórz, hamowania , sposoby przekazywania danych oraz kontroli systemu. Najsłabszą stroną systemu jest konieczność kodowania i ewentualne hakerstwo, ale i na to jest rada, bo można wprowadzać system w stan bezpieczny. Co ciekawsze to taki system byłby efektywny dla mniejszych, ale rozległych miast.

Super pociąg

Super pociąg
Na pustyni Mohawe , koło Las Vegas rozpoczęto przygotowania do budowy pierwszego pociągu biegnącego w rurze bez tarcia, bo w próżni. Podobno wymyślił to właściciel firmy Tesla znany amerykański miliarder Elon Musk. Facet niezwykle ciekawy, bo poza projektem Tesla , a więc prawdziwie rewolucyjnych samochodów elektrycznych, prowadzi projekt ActiveX, który ma za zadanie wynoszenie na orbitę ładunków i zaopatrywanie stacji kosmicznej ISS. No niby po takim gościu można by się wszystkiego spodziewać , ale trochę mnie boli ,że on sobie przypisuje autorstwo projektu tej rurowej kolei. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku razem z kolegą Tadeuszem, omawialiśmy taki projekt, a nawet przeprowadziliśmy i obliczenia i pewne analizy co by było gdyby było.Nie my jedni zresztą. Nam chodziło o kolej transaamerykańską, która rozpędzałaby się do trzech tysięcy kilometrów na sekundę. W próżni to możliwe przy zastosowaniu silników liniowych. Na świecie wielu ludzi to rozpatrywało, ale było bardzo wiele niebezpieczeństw. Pierwsze to przy takich prędkościach nie nożna przesadzić z przyspieszaniem i hamowaniem, bo to ma fatalny wpływ na podróżnych. Kto by chciał być pół godziny wbity w fotel, a potem pół godziny wisieć na pasach w czasie hamowania. Po drugie w takim cygarze, bo tak by wyglądał wagon musi, być sztuczna atmosfera, ani to miłe ani zdrowe, jak w samolotach. Dodatkowo rura schowana w ziemi byłaby narażona na trzęsienia i niestety uskoki , czyli połamanie, a poprowadzona po powierzchni na terroryzm i nie ma jak tego chronić. Każde bowiem ugięcie rury prowadzącej pociąg skutkuje przy tych szybkościach wybuchem. Mając powyższe na uwadze , my z kolegą odstąpiliśmy od projektu. Z tego co wiem Niemcy i Francuzi też. A co wymyślili Amerykanie? Poczekamy, zobaczymy.