ktak

Właściwie bez wiodącego tematu, takie tam pisanie co mi do głowy przyjdzie

Wpisy z okresu: 3.2016

Zakupy

Zakupy

Stefan miał bardzo ciężki dzień w pracy. Łeb skołowany, powieki opadają. Jakżeż „miło” zaskoczyła go ślubna proponując, że po obiadku pojadą do marketu po zakupy. I to do największego hipermarketu. Mało się nie osunął z krzesła. Ale nie dał po sobie poznać, bez entuzjazmu kiwnął głową. Zjedli, wsiedli i pojechali. Zaparkował , a ona już była w środku. Tak jak się spodziewał , najpierw była wizyta w kosmetykach, usiadł przed sklepem przekonany, że choćby nie wiem jak się zachował to i tak usłyszy, że się nie umie zachować , bo zamiast doradzić czy mrożona truskawka czy sorbet malinowy w pudrze jest lepszy to on sobie siedzi i patrzy na baby. Rzeczywiście patrzył, ale jak pomyślał ,że każda, nawet najfajniejsza, by go tak ćwiczyła, zachwyt mijał. Potem ciuchy i powtórka z rozrywki, potem buty, bielizna i gdy już zmierzchało okrzyk, przecież nie zdążymy nic kupić , a ty tak siedzisz i nic nie mówisz. Jasne , ktoś musi być winny. Ledwo wytargał wózek już leci za ślubną, ale wózek jakiś taki nienajlepszy , jedno koło się lekko zacina, więc zjeżdża na jedną stronę i ciężko pchać. Alejka po alejce, a ona nic tylko wrzuca. Wreszcie stanęła. Wiesz , mówi pięć alejek temu była promocja dżemu wiśniowego ,a tutaj jest droższy , idź i przynieś. Radosny, że może się odłączyć od wózeczka Stefan pobiegł w kierunku dżemu. Gdy tylko zasłonił go regał zwolnił, bo i tak był zasapany. Szedł wolnym krokiem, ale go jakoś dusiło. Doszedł do sterty dżemów i okazało się ,ze to dżem z czarnej porzeczki. Wziął jeden i poszedł tą sama droga do Żony. Zanim powiedział ,że tylko takie są, usłyszał ,że jej nie słucha , jest tuman , który nie rozróżnia ani owoców ani smaków i został wysłany do sterty aby zamienić. Na odchodne usłyszał ,że trzeba być idiotą aby wziąć taki wózek co się źle prowadzi. Dyszał coraz mocniej ale chciał się uwolnić od koszmaru. Doszedł do sterty dżemów i padł na zawał , ale padając mimo bólu jego twarz się rozpromieniła. Uwolnię się od koszmaru. I już nie usłyszał jak Żoneczka nad stertą zbitych słoików mówiła , nie dość ,ze całe życie był pierdołą to jeszcze po śmierci wpędził mnie w koszty.

O jajach jeszcze

O jajach jeszcze

To chyba jeden z bardziej uniwersalnych posiłków, a do tego przebogaty w składniki odżywcze. Dawniejsi ludzie , a i zwierzęta wypijali świeżo zniesione jaja i to różnorakiego ptactwa. Ba, nawet jaja krokodyle czy żółwie. Do dziś trwają na przykład walki pomiędzy ptakami, a lisami w Arktyce o jaja właśnie. Jaja pingwinom podkradają ptaki lotne. Popularność jaj jako jedzenia jest niezwykła. U nas na rynku dostępne są jedynie kurze i przepiórcze, no czasem strusie. A dlaczego nie ma jaj kaczych, gęsich czy indyczych? Tego nie wiem, ale na pewno można z nich przyrządzać niezwykłe potrawy. Nie mówię tu o chińskich stuletnich fermentowanych w ziemi jajach kaczych, ale o innych specjałach z jaj. W dobie batonów Mars i podobnych prawie całkowicie zaginął zwyczaj jedzenia kogla mogla, czyli żółtek z jaj ucieranych z cukrem. A szkoda. Prawie zaginął zwyczaj jedzenia jaj po wiedeńsku , w szklance. Ledwo ścięte jaja wybijało się do szklaneczki , dodawało się masła i szklankę wstawiało się do np. kubka z gorącą wodą i takie jajeczko rozdrobnione w tej szklance konsumowało się z bułeczką. Często bułkę maczając w jajku. Wyobrażałem sobie jak by to wyglądało w wypadku jaja strusiego. Jajo w salaterce, a ona w garnku z wrzątkiem. A jeść by trzeba chochlą. Ostatnio oglądałem jak się w Japonii robi tak zwane żelazne jaja. Na początku prosto się je gotuje na twardo, a potem po obraniu przez tydzień gotuje się je i studzi w kąpielach zawierających specyfiki ziołowe. Na końcu otrzymujemy czarne jajo, podobno doskonałe do piwa. Są też jaja kiszone, wynalazek niemiecki, czy tak zwane jaja marmurkowe, gdzie się kruszy ale nie obiera skorupkę i gotuje się jaja w roztworze herbaty na przykład z anyżem gwiaździstym. Jajeczko , a właściwie białko przejmuje barwy i przyprawy, więc można sobie urozmaicać popularne na twardo. Na koniec dowiedziałem się ,że jajo XL musi ważyć minimum 73g i to mnie jako mężczyznę bardzo podbudowało. A co?

Po jajach

Po jajach

Nie o to chodzi jak to brzmi. Chodzi o to ,że minęły święta i jak się mamy po nich. W sobotę pracowicie udekorowałem stół, tak aby Żona miała jak najmniej roboty. Nie znalazłem zrozumienia i zostałem „nakłoniony” aby przygotować święta tradycyjne. Co było robić kroiłem zapamiętale warzywa na te sałatki, potem mięsa i wędliny i na końcu pieczywo. W sobotę wpadły wnuki, bo ktoś powinien poświecić jajka. Dzieciaki wróciły zdegustowane, bo jak twierdziły ksiądz ominął ich święconkę. Nazajutrz wpadli goście, a śniadanie przeciągnęło się do obiadu i do późnych godzin popołudniowych. Było rodzinnie i tradycyjnie. Zjedli do oporu , nawet niedużo wypili i poszli. Zmęczeni poszliśmy spać, a w poniedziałek  poszliśmy na spacer. W lesie wiosenki jakoś nie widać , ale tam się zawsze spóźnia. Było ciepło i miło.  I po świętach. Ale dla mnie te święta to jakby początek sezonu , który zaczynam lubić. Jeszcze parę dni będę wieczorami zamiast kolacji spożywać jajeczko na twardo i przy tej okazji będę myślał o nadchodzącym ciepełku. To taki wstęp do miłego sezonu. Dla mnie to taka granica pomiędzy fajnym, a niefajnym. No i bardzo dobrze. Będę się pławił w ciepełku i ogarną mnie coraz lepsze pomysły i mam nadzieję wiele fajnych przeżyć. Trochę ten dzisiejszy wpis nieuporządkowany , ale po świętach trudno o skupienie i precyzję. Ach jeszcze kwestia mazurków. Bardzo mi się te ciasta dobrze kojarzą, choć słodkie to jednak bardzo różnorodne. Super tradycja. U nas były trzy rodzaje, pomarańczowy, orzechowy i ten co Żona dała siostrze, więc nie wiem jaki to smak, ale na pewno super.

A jak świętują w Australii?
Tego nie wiem, ale wyobraźnia działa. Oczywiście chodzi o jajka. Te strusie. Pytanie pierwsze, czy to się da pofarbować? A czy w Australii są obierki z cebuli? Pewnie ,że są tylko jak to cholerstwo duże gotować w tych obierkach aby równo wyszło? W garnku do rosołu, w kotle, oczywiście z dodatkiem octu. Ale jedna pisanka? No minimum cztery, pięć. Jedna do święconki, druga do podzielenia się z rodziną i tak ze trzy na stół. No fajnie, ugotowane, a teraz trzeba jakoś te pisanki ozdobić. Może drapać igłą , no ale tu by trzeba dłuta i rzeźbiarza. Michał Anioł od jajek cholera by się przydał. To może ten numer z woskiem? Może, albo zwyczajnie na olejno walnąć i tyle. Następny problem to jak zrobić święcone? Jeszcze białą kiełbaskę z kangura , z trudem, ale sobie wyobrażam, o tyle jajeczko obrane, przekrojone na pół z bukszpanem? Chyba z całym krzakiem , a poza tym w co to włożyć? W kobiałkę na obrusie na sześć osób ? Dwóch chłopa aby to donieśli na parafię i z powrotem do domu i można się dzielić jajeczkiem. Pomijam problem jak to obrać ze skorupki/młotek, wiertarka, mały zestaw wybuchowy/, ale pokrojone na ósemki czy szesnastki, tak czy inaczej na raz do buzi nie wejdzie. Fajne są pewnie te święta na Antypodach, z tym ,że całe to bajanie to bzdury , bo tam mało ambitnie robią pisanki z jaj kurzych albo nie robią w ogóle. Aha i zamiast zajączka oczywiście królik.
A my tu w przededniu, gotujemy, pieczemy i farbujemy. Wszystkim moim kochanym czytelnikom wszystkiego wesołego przy jajkach życzę z całego serca.
PS. Przepraszam tych , których zaniepokoiłem swoimi opisanymi dolegliwościami zdrowotnymi , oraz moich australijskich przyjaciół za te wielkanocne bzdurki, ale blog ma bawić więc wszystko tak z przymrużeniem oka.

Jak opędzić mamuta

Jak opędzić mamuta
Pierwowzory naszych intelektualistów, ukształtowani w oparciu o płaskie czoło mieli zgoła inne problemy niż my. Żyli w społecznościach tak około 20 osobników , mieszkali w jaskiniach i zasadniczo tylko jedli , spali i się mnożyli. Największy problem mieli z jedzeniem. A co było do jedzenia? Ot ptaszki, ale traf takiego kamieniem, zajączki i weź no dogoń go, sarenki, też szybkie ale czasem udało się jakąś zagonić na skraj urwiska. Jeleń to był rarytas , ale największą nagrodą był mamut. To ważące około tony danie wystarczało plemieniu na trzy miesiące. Ale nie było łatwo . Najpierw trzeba go było złowić. Więc kopali dziury w ziemi , prawie o suchym pysku, przegryzając korzonkami. Jak wykopali to trzeba było mamuty tam zagonić, aby choć jeden wpadł w pułapkę. Gdy to się udało, to z terenu łowieckiego wysyłali do jaskini młodego posłańca, aby już palono ogień. W jaskini rezydowała najczęściej bezzębna baba , która nie stanowiła zagrożenia dla wątłych zapasów i żyła z wysysania korzonków. Przodek wegetarian. Owa dama rozpalała wielki ogień przy wejściu i go pilnowała, a z miejsca udanego polowania , po kawałku znoszono mamuta. Za każdym razem w asyście pochodni, bo tygrysy szablozębe też lubiły to mięsko. Transport zajmował co najmniej kilka dni. Bezzębna już na ogniu piekła pierwsze kawałki, ale dawała tylko po małym, aby się nie przejedli i aby reszta plemienia przyniosła do jaskini całą zdobycz. A było tego, że hej. Nawbijali się do syta pospali , a potem zdjęli skórę, wysuszyli i na zimę jak znalazł. Mięsko tym czasem „kruszało” nabierając swoistego zapaszku. Ten z kolei wabił drapieżniki. Trzeba było więc pilnować ognia. Piekli cały czas , ale i tak żołądki mieli ze stali gdy po miesiącu żarcia dalej była góra mięcha. Jeść było coraz trudniej a i utrzymać posiłek również. I wtedy ktoś przez przypadek powiesił kawałek mięsa w otworze przez który wychodził z jaskini dym. Okazało się ,że mięsko nie dość ,że się tak nie psuło, to jeszcze nabierało smaku. No na pewno było lepsze niż niewędzone. Skojarzyli to szybko, bo zabrało im to około stu lat, ale efekty wiekopomne. Wynalazczość to nigdy nie był łatwy kawałek chleba.

Toto

Toto

Najpierw się potknąłem, a potem jakiś trzask i nic. Ocknąłem się w czymś dziwnym. Sam byłem dziwny. Niby świadomość była , ale chyba tylko ona. Ciała nie czułem, zmysły były, ale jakieś takie inne. Znajdowałem się w jakiejś wielkiej Sali, a przynajmniej tak mi się zdawało. Wokół siebie czułem obecność innych , ale nie fizycznie, tylko tak jakby duchowo, telepatycznie. Dotarło do mnie ,że ktoś mi przekazuje wiadomość-Co tak stoisz i patrzysz jak baran na wodę? Niby wiedziałem ,że to do mnie ale nie wiedziałem jak odpowiedzieć i pomyślałem -A co cię to obchodzi? Odpowiedź przyszła natychmiast-Chyba nowy jesteś? Ja na to -Chyba. A toto – od razu widać. I znikło. Patrzyłem wokół i poza bardzo mizerną, jasną poświatą nie widziałem nic, ale czułem się jak w tłumie. Prawie fizycznie wyczuwałem ,ze koło mnie ktoś jest. Pomyślałem -Kto to do cholery ciężkiej? To my -dobiegło do mnie ze wszech stron. A więc porozumienie poprzez myślenie- tak, tak. Odpowiedziano. Gdzie ja jestem zapytałem w myślach. A cholera wie -usłyszałem odpowiedź. Czy są tu jakieś drzwi? Ha ha , tu nie ma ścian, ani sufitu czy podłogi- dotarło do mnie. To gdzie my jesteśmy? Gdzieś, i nikt nie wie gdzie i na jak długo, z jakiego powodu i od kogo to zależy- odpowiedzieli. A wy kim jesteście? Nie wiemy , a ty? I tu mnie zastrzelili , bo ja też nie wiedziałem kim jestem , po co tu jestem i dlaczego. To co mam robić pomyślałem na granicy rozpaczy? Trwaj , dobiegło do mnie ze wszystkich stron. Trwaj, bo to najtrudniejsze. Ale tak dla samego trwania? Tak , bo trwanie jest niedoceniane. A potem przez chwilę wydawało mi się ,ze toto się uśmiechnęło , ale to minęło i uświadomiłem sobie ,że tu czasu też nie ma. Więc co to za zadanie trwać, jak nie ma w czym? A, i kto to wymyślił?

Koszmarek

Dopadło mnie

Zaczęło się w niedzielę , bezobjawowo. Gdzieś koło szóstej zaczęło mnie trząść, nie byłem w stanie utrzymać szklanki, drżały mi ręce , nogi, dreszcze latały po plecach. Znam to uczucie , nazywa się hipoglikemia i zwiastuje zbyt niski poziom cukru we krwi. Znam proste sposoby na pozbycie się tych objawów, dwie trzy łyżeczki cukru, szklanka Coca Coli i normalnie trzeba coś zjeść. Po pół godzince przechodzi. Ale nie tym razem. Do drżenia rąk dołączyły objawy typu ból głowy , napęczniały żołądek , mimo tego ,że jadłem tego dnia stosunkowo mało. Sięgnąłem po banana, ale i to nie pomogło a symptomy narastały. We łbie się kręciło, odbijało się ale to nic nie pomagało. Jakieś drobne refluksy, też bez wpływu na samopoczucie. Postanowiłem pójść spać. Rzucałem się w łóżku nie mogąc usnąć. Myślałem , może nie jestem śpiący. Była już w pół do czwartej gdy zmordowany dowlokłem się do łózka targany zawrotami głowy i coraz bardziej opadałem z sił. Główny atak nastąpił o piątek< to był wybuch pokarmu. Aż mnie pokręciło, powłócząc nogami doszedłem do łóżka, Zona dała mi jakieś prochy i szklankę wody / co za smak/ Zasnąłem i spałem całe trzy kwadranse. Okropne samopoczucie nie mijało a ja bardzo chciałem spać , ale bezskutecznie. Zaczął się jeszcze dojmujący ból głowy, jakieś uderzenia gorząca i tym podobne, Walczyłem by zasnąć rano ale nic z tego. Do dwunastej złapałem może pół godzinki snu. Kompletny brak siły i niezanikające objawy zatrucia a dodatkowo bóle mięśniowe, ból głowy. Całe szczęście ,że telepanie przeszło. Zjadłem kleik ryżowy w ilości pół filiżanki i tyle. Teraz jest jedenasta z czym miałem się rozstać to się rozstałem ale słaby jestem jak listek Pójdę się położyć, może zasnę.

Niedziela wiankowa

Niedziela wiankowa

Wczoraj pojechaliśmy z Żoną na groby najbliższych i jak zwykle przy takich wizytach mieszane uczucia. Najpierw trzeba nabyć wkłady do zniczy, potem skromny wianuszek. Podchodzimy do stoiska i gość o głowę ode mnie pyta czym może służyć. Popatrzyłem trochę jak na wariata i mówię ,że ja to nie mam w tych kwestiach nic do powiedzenie i wskazałem na Żonę jako na organ decyzyjny. Gość zrozumiał mnie w lot i mówi , ja też tu nie mam nic do powiedzenia , bo rządzi kierowniczka moja ślubna i jedyne co mogę to coś zanieść przynieść. Ze zrozumieniem pokiwałem głową i mówię to tak jak ja. Po pewnym czasie decyzja co do wianuszka zapadła i odchodzimy od stoiska życząc facetowi wesołych Świąt. On zaś mówi do zobaczenia. I nie wiedziałem czy mu przywalić czy się uśmiechnąć, a wydawało się ,że się dobrze rozumiemy. O kompletnym bezguściu na cmentarzach nie będę pisał , bo to temat znany, ale zawsze mnie porusza dobór materiałów na nagrobki a potem ilość syntetycznego kwiecia i do tego koniecznie olbrzymie znicze im większe tym ładniejsze. Syf do kwadratu.

Chlorek sodu

Chlorek sodu

Mało jest substancji tak pokręconych jak ta wymieniona w tytule. To zwykła sól jest, a co z nią jest opiszę oczywiście fragmentarycznie. Pierwsze zastosowanie to zwykłe solenie. Ale czy zwykłe? Otóż nie , bo mamy sól kamienną , sól morską i jeszcze inne, których nie opiszę. Wszystko opiera się na chyba najprostszym wzorze chemicznym NaCl. Opiera się to nie znaczy ,że substancje są tylko z tego, bo do soli morskiej na przykład domieszane są w sposób naturalny inne składniki, co prawda w mikroskopijnych ilościach, ale jednak. Niby ona nadaje potrawom słony smak, ale jak wytłumaczyć, że dodaje się jej do potraw słodkich, aby smak był bardziej wyrazisty? Po tym wstępie wydaje się ,że to zbawienna dla nas substancja, bo jedzenie nieposolone nie ma smaku. Wiedzą to zwierzęta z zapamiętaniem liżące po lasach specjalnie dla nich przygotowane lizawki. Jednocześnie dietetycy, czyli ludzie pozbawieni smaku jako zmysłu, nauczają ,że to biała śmierć dla człowieka. Sól ma własności higroskopijne , a więc wiąże wodę z powietrza. Jest to bardzo pożyteczna własność przy osuszaniu na przykład mieszkania po zalaniu. Sól pochłania wodę nawet w postaci śniegu. I za to ją bardzo lubimy. Ale już za to ,że zostaje na butach bardzo jej nie lubimy. Wielu ludzi szuka wyjścia czyli znalezienia takiego preparatu , by te buty chronić. Są już pewne sukcesy w tym zakresie, ale co zrobić z roślinkami, na które sól działa żrąco? Tu odpowiedzi brak , chociaż do niektórych odżywek dla roślin dodaje się mikro dawki soli. Potem samochody , zabezpieczane przed działaniem soli , aby nie korodowały. Czyli mamy do czynienia z czymś co jest jednocześnie i dobre i złe. Pożyteczne i wręcz pasożytnicze. A może to tak ogólnie jest ,że trzeba trochę dobrego i trochę złego i bez tego się nie da żyć? Fakt, bo samo dobre czy samo złe byłoby nudne, a tak? Jedna sól a ile możliwości. Szanujmy ją. Moje ulubione zastosowanie soli to sól w nabojach odstraszających. Zmielona więc dużo krzywdy nie zrobi , ale trafiony w zadek delikwent długo się będzie wiercił z bólu. Piecze jak cholera. Trafieni mi opowiadali.

Wiosenka

Wiosenka

Już idzie i i widać ja w ogrodach, na drzewach i wokoło. Jak ja to lubię, te zapowiedzi braku śniegu, wydłużający się dzień i powracające ciepełko. Nie wiem dlaczego, ale te krążące w drzewach soki życiodajne, działają na mnie. I moje myśli zaprząta to, jak las odżywa po zimie. Widzę zaspanego niedźwiadka, chudego jak nieszczęście, jak w tej swojej gawrze przeciąga smukłe ciało , jak z trudem otwiera oczy i taki mało przytomny wychodzi na zewnątrz, a tam stołówka nieczynna , jagód brak, trawa stara i niesmaczna. Obudził się głodny, a jak niedźwiedź głodny to zły. Trzeba się od niego trzymać z daleka. Jeż też się obudził, ale on ma jeszcze zapasy z zimy z tym ,że wegetariańskie. A teraz może zapolować na jakiegoś robaczka. Jak to musi smakować, taka dżdżowniczka po czterech miesiącach wymuszonego wegetarianizmu. Albo wiewiórki. Wyłażą z dziupli i szukają czegoś świeżego , a tu nie ma. W ich małych główkach krążą myśli, że gdzieś przecież schowałam orzeszki , ale gdzie? Bo to małe sklerotyczki są i pamięć maja dobrą, ale krótką. Do robactwa wszelkiego pod ziemią i w pniach drzew dopływa sygnał słoneczny, do życia marsz. Więc się łączą w pary albo i zupełnie inaczej i dawaj się mnożyć. Z jedzeniem krucho jeszcze , ale z każdym tygodniem lepiej. Jest w tym wiosennym ruchu przyrody jakiś sens. I jedyny , który nie żyje w tym rytmie to człowiek. Jak bowiem popatrzeć na daty urodzin dzieci to najwięcej jest tych wrześniowych / imprezy typu święta i sylwester/ , potem marzec i kwiecień / i tu jest to skutek wakacji/ . Reszta to przypadki, świadome decyzje i inne próby/ in vitro etc/ Człowiek zgodnie z przyrodą to się jedynie ubiera. Ale nic cieszmy się wiosną, bo tego nam cywilizacja nie odebrała.