ktak

Właściwie bez wiodącego tematu, takie tam pisanie co mi do głowy przyjdzie

Wpisy z okresu: 5.2016

Korek

Korek

Słowo wieloznaczne, ale zawsze dotyczy to zatykania czegoś. Zasadniczo wzięło się od zatykania butelki przedmiotem zrobionym z kory drzewa korkowego. Stąd nazwa. Dziewka korkowe rosną głównie w Portugalii, a zbiory kory były bardzo ważne dla wielu uprawiających je rolników, bo stanowiły podstawę ich bytu. Korki robione z korka od zawsze były elastyczne, nie przepuszczały powietrza i lekko nawilżały się od płynu , który znajdował się w butelce. Służyły głównie do korkowania butelek od wina , ale nie tylko. Nasiąkały zapachem wina te korki tak ,że wielu smakoszy win przed wypiciem pierwszego łyka z butelki, oczywiście przelanego do kieliszka, wąchało korek. Na podstawie tego zapachu wiedzieli czego się mogą po danym winie spodziewać i tak sobie dyskutowali przy stole, a tymczasem wino oddychało. Śmieszne było i jest to , że korek do butelki , jeśli się jej nie opróżniło można wsadzić jedynie drugim końcem, a nie tym co w niej siedział głębiej. Inaczej się nie mieści.  I tak rola korka ugruntowywała się przez wieki do czasu gdy wymyślono nakrętki i plastik.  Wtedy na przykład do wódki , która była zatykana małymi koreczkami i oblewana lakiem wprowadzono zakręcane nakrętki, To jeszcze nie wywołało rabanu ale , to ,że Australijczycy zaczęli tak samo zamykać butelko z winem wywołało straszny raban w Europie. A ,że to profanacja, zabijanie smaku itp. Nawet argumenty Niemców ,ze przecież piwo jest kapslowane gumą i to nie zmienia jego smaku nie przekonywało lobbystów korkowych. Dopiero tak zwane ślepe próby , gdzie najtęższe nosy nie były w stanie odróżnić wina zatykanego korkiem od wina zakręcanego, trochę uspokoiły sytuację. Ale do dziś wina z korkiem naturalnym mają w niektórych kręgach opinię trunków szlachetniejszych i żadne droższe wino nie śmie być zatkane nakrętką. Za to drzewa korkowe trochę odetchnęły. Czyli nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.

Połączenia

Połączenie

Jak połączyć płaskie poziome, z płaskim pionowym, a właściwie jak poziome włożyć w pionowe, i żeby pasowało? Pytanie z pozoru głupie, ale jak pomyśleć, to wcale nie. Nasze stopy są płaskie poziomo, a skarpety sprzedają płaskie pionowo. Pończochy też. Dodatkowo jak popatrzeć na stopę z góry, to ona w palcach jest inna niż druga stopa od pary. Jak zatem dopasować pionowe do poziomego i jeszcze na dodatek do nierównego? Pytanie zasadne i niełatwo było na nie odpowiedzieć. Każda matka wie ,że marznie się od stóp i od głowy. Bereciki na razie zostawimy, a zajmiemy się stópkami. Zimno w nóżki było Neandertalczykom, ale oni poprzez chodzenie na bosaka i jednak potężny zarost na stopach mieli naturalną ochronę. Problem zimnych stóp pojawił się później, gdy byliśmy już nieźle spionizowani. Indianie na przykład aby ochronić nogi zdejmowali z ubitych zwierząt skórę tak , aby w nią wsadzić „na ciepło” swoje stopy i skóra stygnąc obkurczała się i dopasowywała do delikwenta. Potem sqwaw doszywała mu od spodu kawałek skóry i taki Indianin był zabezpieczony przed zimnem. Źródło tych wiadomości to oczywiście Karol May, Niemiec , który nigdy Indian nie widział. Potem i przedtem  były inne wynalazki, bo skórzane buty z grubą podeszwą i skórzaną cholewką nie wymagały dodatkowo skarpet do ochrony przed zimnem, a jedynie przed obtarciami. Wtedy, aby było tanio wymyślono onucki i całą sztukę ich układania na stopie. Dobrze ułożone przynosiły komfort ,źle cierpienie. Na tym tle mocno wyróżniały się nasze góralki, które robiły skarpety z owczej wełny na długo za nim się za to wziął przemysł. Słynne były z tego ,że bardzo ciepłe były. I skarpety i góralki. Holendrzy wymyślili saboty, które skarpet nie wymagały, Skandynawowie chodaki, też bez skarpet, a Rosjanie walonki. Tu wystarczyły gazety. Papier to przecież też rodzaj wiskozy, więc w walonkach noszono wyrób onucopodobny. Ale ciepło było. I dopiero po próbach z bawełną, zresztą ze słabym skutkiem, wymyślono i stosowną przędzę i nowoczesne maszyny dziewiarskie, które wypluwają z siebie całymi seriami skarpety dla wszystkich. Milutkie i wygodne, a jak się to dopasowuje z płaskiego pionowego do płaskiego poziomego radzę popatrzeć przy zakładaniu.

Rożen

Rożen

Tak mi się śniło. Afryka, nie wyspy Indonezji. Szedłem sobie dżunglą wśród małpek na drzewach i zielonej burzy. Wilgoć jak cholera, widoczność około 1 m, aż to nagle z zarośli wypadli na mnie tubylcy. Buzie pomalowane błotem zmieszanym z czymś dla kolorku, włoski natłuszczone, dzidy w dłoniach i skromne opaseczki wokół bioder. Strasznie się darli, a potem jeden z nich lekko mnie ukuł w tyłek. Tu film mi się urwał i jakby po chwili obudziłem się w jakiejś wiosce przywiązany do drzewa a wokół tańczyli tubylcy. Nie dziwiło mnie to, widziałem nie raz w tv, za to niepokoił mnie widok tak trochę na prawo ode mnie. Zbierali suche gałązki , a taki coś jakby szaman strugał długi prosty kij. Przeraziłem  się, że chodzi o mnie i szybko zrobiłem rachunek stanu konsumpcyjnego. Te chude rączki nie nadają się na jakieś skrzydełka , żeberka ledwo obciągnięte skórą, brzuszek lekko nabrzmiały od tłuszczyku i opasłe trzewia. Może oni lubią podroby. Taka powiększona wątróbka, coś dla amatora. Znajdowałem się w jakimś półśnie i powolutku mój wzrok oddalał się od ciała i widziałem całą sytuacje z pewnego oddalenia. Dzicy podpalili stosik tańczyli a potem nadziali moje ciało na ten palik co to go szaman wystrugał. Dziwne ale nie czułem bólu. Żar szybko opalił mi włosy i tłuszczyk zaczął się wytapiać. Widziałem jak dwóch silnych tubylców obraca ten rożen powolutku aby moja skórka dobrze się przypiekła. Zacząłem się rumienić, a tubylcy dostali ślinotoku. Czułem lekki wstyd , bo za każdym obrotem pewien fragment mego ciała niebezpiecznie opadał w pobliże ognia. Z przerażeniem obserwowałem jak ta najdroższa mi część ciała powoli zmienia się w osmalony kołeczek. Wewnątrz zacząłem się trząść i poczucie ostatecznej utraty czegoś mi bardzo bliskiego. W pewnym momencie do zwisającego na rożnie ciała podszedł wojownik i odciął mi kawałek szynki, czyli wyciął mi kawałek dupska. Popatrzył i wziął do ust , ugryzł i po chwili wypluł. Wyraz jego twarzy mówił , co za świństwo. Poczułem się zdegradowany, ale wreszcie dotarło do mnie ,że na próżno miałem o sobie niezłe zdanie. Ani umysłowo ani cieleśnie widać się nie sprawdziłem, no trochę żal.

Uczesanie

Uczesanie

Fakt ,że fryzura zmienia buźkę i zmiana fryzury nadaje człowiekowi nowy wygląd. Wiadomo dla bardzo wielu dobry wygląd, to podstawa. Co zatem zrobić by ten wygląd był? Okazuje się ,że bardzo wiele można zrobić i bardzo dużo czasu na to poświęcić. Przodują w tym oczywiście kobiety, ale faceci je szybko doganiają. Rano łazienka nieczynna przez godzinę ,bo Pani domu robi fryzurę. Obrzęd codzienny , bo to trzeba umyć, nasycić , odżywić, potem wysuszyć, ułożyć, polakierować i prawie jest dobrze. Prawie, bo zawsze może być lepiej. Włosek dłuższy o dwa milimetry nie daje się ułożyć tak jak poprzednio, więc trzeba wymyśleć nowy układ, albo iść na strzyżenie. I tu wśród Pań rozgrywa się prawdziwy dramat. Wizyta u fryzjera to powiedzmy od 100 zł w górę i zasadniczo trzeba chodzić co tydzień. A to podcięcie , a to farba, a to pasemka. Dla męskiej części społeczeństwa to się wydaje dziwne. Ale tylko dla części, bo młodsi to chodzą do fryzjera regularnie i tam tak jak panie odżywki , masaże a na koniec brylantynka, czy coś podobnego. Wszyscy wiedzą ,że te napuszone i starannie ułożone fryzury to zwykły syntetyk, nie mający nic wspólnego z daną człowiekowi przez naturę urodą, ale robią wszystko , by nie wyglądać naturalnie, tylko ładnie. Za to w dyskusjach są obrońcami natury, zwolennikami zdrowego stylu życia itp. Tak się zastanawiam jak to jest możliwe ,że taka wyfiokowana lala z nadętymi botoksem ustami i sztucznym biustem , używająca kremów wszelkiej maści, szminek ,kresek, dezodorantów itp., może propagować naturalny i zdrowy styl życia. To tak jakby płatny morderca prowadził żłobek. Niezrozumiałe. Je taka ozdobna pani zdrowe sałatki, zbilansowane witaminki i po co pytam ? Aby się botoks nie rozłaził? A co ciekawsze stojąc przed wyborem kolacja czy fryzjer zawsze wybierze fryzjera.

Chodzenie

Chodzenie

Mam pewną nietypową cechę. Nie lubię spacerów, w ogóle chodzenie mnie wnerwia. Właściwie nie wiem dlaczego, może tempo zbyt niskie? Ale biegać, też nie lubię. Kiedyś sporo pływałem, ale mimo niezłych wyników takie zaliczanie basenu za basenem wkurzało mnie strasznie i rzuciłem ten sport. Z natury jestem towarzyski i dziwi mnie trochę to ,że sam proces chodzenia zniechęca mnie na tyle , że w spacerze przeważa on nad miła rozmową z towarzyszką spaceru. Dlaczego taka jakby wada ma wpływać na moje życie emocjonalne? Podszedłem do tego racjonalnie. Może mam niewygodne , czy nieprzystosowane do spacerów buty? Nabyłem więc trackingowe, ale chyba ciut za małe kupiłem , bo na małe skałki to się może nadają, ale nie na wieczorny spacer z Bogdanką. Druga próba to miękkie mokasynki leciutkie. Też pudło , bo się rozlazły i muszę kurczyć palce , tak aby nie pospadały z nóg. Ostatnia i wydaje się najbardziej oczywista alternatywa, to tak zwane adidasy. A jakże nabyłem, pojechałem z Żoną na wycieczkę, pochodziłem. Komfortu chodzenia mi to nie poprawiło , miłość do dreptania się nie pojawiła, a jedynie z dużego palca skóra mi zaczęła obłazić. Tak jakbym miał na palcu jakiś pęcherz. Prawdę powiedziawszy nawet nie poczułem , a dopiero przy myciu zgrubienie zwróciło mą uwagę. Znaczy but dobry, a właściciel źle sformowany. Może, a może złe ubranie wkładam na spacer? Chyba nie , bo i spodenki wygodne i bluzeczka luźniutka. Jak zatem wzbudzić w sobie namiętność do chodzenia? Tego nie wiem i myślę, że to może geny? Wiem ,że ojciec nie przepadał , ale on pieszo wrócił z niemieckiej niewoli to i chodzenia miał dość. Nurtuje mnie to dlaczego, bo na przykład dalsza trasa autem to proszę bardzo. Żaglówka jak najbardziej , nawet pociągiem, o samolocie nie wspominając. A na nóżkach nie i koniec. Wybrakowany jakiś jestem.

Jeszcze o wyborze

Jeszcze o wyborze

Trochę inne spojrzenie na wybór ciała przez duszę. Po wczorajszym poście było trochę nawet tak zwanej naukowej dyskusji, ale ja się na tym nie znam więc dziś pozwolę sobie podążyć w krainę absurdu. Nie do końca odpowiedziałem czego by ta duszyczka szukała. Podstawowa sprawa to odżywianie. Nie wiem czy takie dusze poszukujące przeprowadzają inspekcje fabryk żywności czy też nie. A jeśli tak to w jaki sposób, też nie wiem / może to wiedzą od ojca/, bo co zdumiewające zdecydują się czasem osiąść w ciałach nie rokujących na posiłki. Tak bywa, ale duszom to nie przeszkadza. Oczywiście są takie fabryki pokarmu , które rokują świetnie i te nie narzekają na brak chętnych. Drugi aspekt to rekreacja i tu chyba najłatwiej określić czy dane łono się nadaje. Wygoda pobytu w takim spa jest ważna ale tylko w okresie początkowym. Potem środowisko, a więc co je i pije rodzic i jakie to stwarza dla maluszka środowisko. Potem pewnie zestaw tworzący człowieczeństwo, czyli myślenie, wrażliwość i inne tego typu. Wiem ,że to jednak nie wyczerpuje kryteriów , bo przecież rodzą się dzieci określane w starszych latach życia jako bezduszne, czyli takie których łona gdzie były nie wybrała żadna dusza. Są też osobniki uduchowione czyli takie , w których ciałko napchało się tych dusz dużo. Bo te co zawierają tylko dwie dusze to wiadomo ,że są dwulicowe. Są też lekkoduchy, czyli ciałka związane z niefrasobliwym podejściem do tego chyba najważniejszego w życiu wyboru. Tak więc po przemyśleniu i głębokiej pogłębionej naukowym podejściem analizie wycofuję się ze stwierdzenia, że dusze nie wybierają łona. Jak najbardziej je wybierają, zresztą osobniki płci brzydszej też wybierają , no może w troszkę wcześniejszych celach ,ale zawsze.

Rozważania wyboru

Rozważania wyboru

Gdy pisałem o ojcostwie, to do głowy mi wpadło pytanie , czy noworodek/ zarodek / może sobie wybrać matkę? Jakim kryteriom, by ten wybór podlegał? Załóżmy , że jesteśmy na dajmy na to na miesiąc przed rozwiązaniem w łonie. A nasza jaźń nie wie czy to odpowiednie łono. Gdyby była możliwość wyboru łona od strony noworodka/ czy embrionu/ to czy podlegałaby jakimś kryteriom? Na przykład gdyby embrion był fizycznie jakoś ukształtowany przez połączenie DNA- tego nikt nie kwestionuje , to pozostaje warstwa psyche, może to nazwać duszą. Więc do czego by taka duszyczka chciała? Myślę ,że to trochę wypływa z połączenia tych cech od DNA z uwarunkowaniem środowiskowym. A środowisko to w tym wypadku łono. No może nie do końca, bo łono łonu nierówne. Na przykład mamusia balująca całą ciążę po dyskotekach dla embriona o fizycznych skłonnościach do takiego życia mogliby stworzyć wspaniały duet matka dziecko. Dla potomka naukowców już nie. Ale gdyby embrion w DNA od tatusia miałby gen spokoju to też niekoniecznie. I tu ważne pytanie , czy dusza mogłaby sobie poszukać bardziej stosownego środowiska? Odpowiedź jest raczej prosta , że gdyby mogła to by sobie poszukała. Patrząc na to co się dzieje wokół, twierdzę ,że tej możliwości nie ma . Tak wiele różnych i niedopasowanych duetów matka dziecko, czy jak w poprzednim poście ojciec dziecko, że o takim doborze na linii dziecko rodziciel nie ma mowy. A jakby to pięknie było gdyby taki dobór mógł być przeprowadzony. Ileż nieszczęśliwych rodziców i dzieci byłoby mniej? Może jestem zbyt łatwowierny i wręcz naiwny, ale to mogłoby przynieść mnóstwo szczęścia. I właśnie tak został tu nieprzypadkowo określony najważniejszy kierunek badań dla naukowców. Za to odkrycie Nobel jak w banku. Więc do roboty mądre głowy.

 

Ojcostwo

Ojcostwo

Urodziłem dwa miesiące temu, nie powiem, szybko doszedłem do siebie. Maleństwo urocze, pierwsze kąpiele, zmiany pieluszek, ale i nocne wstawanie. Ponieważ jednak nie mam mleka, karmię go mleczkiem w proszku. Żona dumna ze swojego macierzyństwa, pierwszego dnia po porodzie uwaliła się ze szczęścia tak ,że nie dosyć ,że zajmowałem się maluszkiem to i nią. Trzy dni dochodziła do siebie. Ale teraz chodzi regularnie do pracy i zarabia, bo jak mówi z czegoś trzeba żyć. Wraca z pracy coraz później , bo wiadomo fryzjer, kosmetyczka, pazury, jakieś skromne zakupy, a i spotkań z koleżankami sobie nie może odmówić. Twierdzi ,że przecież nie może tak sama żyć. Na moje pytanie, a co ze mną, odpowiada ,ze ja to mam fajnie, bo jak idę na spacer z wózeczkiem, to pewnie w parku siadam i palę fajki, oraz gadam z Ryśkiem i Romkiem, którzy też wychodzą na spacerek z pociechami. I pewnie o meczach gadacie. Dziś robiłem marchwiankę, ale dopiero jak zrobiłem, zresztą w oparciu o przepis z netu, to wyczytałem ,że to dla maluszka jeszcze za wcześnie, więc sam zjadłem to świństwo. Paskudztwo, zastanowię się czy mu to dawać. Najgorzej ,że włosy mi wychodzą i wagi nie mogę stracić. Nie wiem jak długo jeszcze będę chodził w tych spodniach na szelki, już zresztą trochę luźnych, ale nie na tyle by je zmienić na stare ubrania. Wczoraj prosiłem żonę ,że jak będzie wracać do domu/ czyli koło dwudziestej/ ,żeby mi kupiła piwko, bo meczyk bym obejrzał, to się doczekałem odpowiedzi, że mogłem sobie kupić sam, jak byłem na spacerze, a ona nie dopuści abym na dziecko chuchał piwskiem. Na pytanie czy mogłaby dziś wyjątkowo wykąpać dziecko, bo to ważny mecz, usłyszałem ,że ona ma ważną pracę i musi wypocząć, a nie ma zamiaru dawać mi okazji do patrzenia na 22 głupków goniących piłkę. Najgorsze jest jednak to ,że coraz częściej nalega, nawet wręcz stanowczo, na podjęcie współżycia. I co znowu mnie zapłodni? Na razie nie mam ochoty na seks, zmęczony jestem. Ach ojcostwo to nie jest bajka.

Zadziwiające

Zadziwiające

Od wielu lat dziwi mnie fakt ,że Polska ma wciąż problemy z energią. Niewiele ludzi pamięta ,że w czasie drugiej wojny światowej , gdy Hitlera odcięto od dostaw ropy, produkowano dla jego armii benzynę syntetyczną. A z czego? No z węgla, mało tego w zakładach chemicznych w Policach i nie tylko. Ilości paliw potrzebnych do prowadzenia wojny były gigantyczne i zakłady dawały radę. Fakt ,że nie liczyło się wtedy kosztów tak jak dziś, szczególnie mając tania siłę roboczą. Ale technika była. Nie rozumiem dlaczego nasz kraj nie inwestuje w czystą przeróbkę węgla na inny rodzaj paliwa bądź energii, dużo czystszej dla środowiska i łatwiejszej w dystrybucji. Kierunki są dwa , albo chemiczna przeróbka węgla w benzynę i jej pochodne, albo, co ciekawe, w gaz i transport gazu gazociągami, Są jeszcze niesprawdzone pomysły by w samych kopalniach produkować prąd, czy też przy pomocy odwiertów uzyskiwać gaz ze złóż. Chodzi o tlenek węgla. Możliwości jest zatem sporo, a mało się słyszy ,że coś konkretnego w tym kierunku się robi. Szukają gazu, ropy,  a nasze na naszym terenie istniejące złoża są słabo wykorzystywane. Zbudowanie instalacji pilotażowych i potem ich optymalizacja kosztowa może przynieść nam uniezależnienie od importu , ba nawet możliwości eksportu energii. I nie przekonuje mnie gadanie o tym ,że nie ma pieniędzy czy też ,że to kosztowne i mało opłacalne. To wszystko jest kwestia woli zarządzających , bo inżynierowie i ekonomiści dadzą radę, więc prośba do polityków , nie utrudniajcie.

Rozterka

Rozterka

Po głowie chodzą mi dzisiaj dwa tematy i na dobrą sprawę nie wiem , który wybrać. Jeden to dość niesamowite zdarzenie na stacji kosmicznej ISS. Wiadomo ,ze to największy obiekt jaki kiedykolwiek został wyniesiony na orbitę. Dużo miejsca , dwie strefy, amerykańska i rosyjska. I właśnie w ten obiekt uderzył pędzący z ogromną prędkością kosmiczny śmieć wielkości jednego milimetra, lub nawet mniejszy. Spowodowało to powstanie na oknie obserwacyjnym sporej rysy i jest obawa rozszczelnienia całej stacji.  Taka drobinka narobiła bardzo dużo strat , bo okno trzeba będzie wymienić . A to bardzo trudna i droga operacji. Zobaczymy jak się to potoczy.

Drugi temat to podobieństwa między ludźmi, a zwierzętami, w kwestii jedzenia. Mówimy ,ze ktoś je jak świnia, ok świnka wiele rozpryskuje z koryta, ale w stanie naturalnym je jak dzik, a nikt nie mówi ,że jedzenie  jak dzik jest brzydkie. Świnie to tak naprawdę grzecznie i do końca zjadają to co dostaną. Wielu ludzi tak postępuje , ale jest i przeciwny biegun. Na przykład małpy żerujące na dużych drzewach i zjadające owoce, tylko je nadgryzają , i odrzucają niezjedzone resztki łapiąc następny owoc. Są też ludzie co z posiłku tu skubną , tam skubną i zostawiają. No może robią mniejszy niż małpy bałagan, ale skutki są takie same. Ogromne marnotrawstwo. A drapieżniki co ogryzają mięso swoich ofiar stosunkowo dokładnie , resztki pozostawiając ptakom i małym zwierzakom? Też mają odpowiedników u ludzi, którzy kostki od np. żeberek obgryzą i reszta do śmieci, ale że tam żerują szczury czy coś podobnego? To straszne . A wystarczy obserwować przyrodę.

Co mają ze sobą wspólnego te dwa tematy? Nic poza tym ,ze mi przyszły do głowy.