ktak

Właściwie bez wiodącego tematu, takie tam pisanie co mi do głowy przyjdzie

Wpisy z okresu: 6.2016

Na czasie

Na czasie

Celowo nie piszę o polityce, aby się  nie bawić w przepychanki, czy narzucać komuś poglądów. Teraz powinno nastąpić ,że zwykle nie, ale tym razem….i nie nastąpi. Dalej nie będę pisał o polityce. Dzisiaj napiszę o Anglikach. Występują z Unii. Ok każdy ma prawo, ale u nich to jest tak ,że jak Szkoci nie będą chcieli to się rozwali tak zwane Zjednoczone Królestwo. Ale najpierw o Angielskich Europejczykach, czy to są tak naprawdę ludzie chcący wspólnej Europy? Chyba nie do przesady. To przecież jest kraj co wszystko ma inne. Funty, funty wagi, mile ,sążnie, stopy, swoją godzinę GMT, o najróżniejszych innych różnicach typu galony benzyny czy piwo na pinty nie wspomnę. Gwinty calowe, a co za tym idzie i klucze do śrubek i całe oprzyrządowanie inne , ruch lewostronny i konieczność budowy aut z kierownica po prawej. Bardzo dużo jest tych różnic z których Anglicy nie chcą zrezygnować w imię tradycji. Oni by chcieli aby wszyscy przyjęli ich starodawne systemy. Na kontynencie wygląda to inaczej. Tu jest zgoda co do tych wszystkich systemów i demokratycznie to jak Anglicy chcą być w Europie powinni przyjąć obowiązujące standardy. Mnie jest ich żal, bo oni uważają się wciąż za potężne Imperium brytyjskie, a to już dawno nieprawda. Im będzie bardzo trudno się pogodzić z tym ,że z dala od Europy będą zwyczajnie lekko śmieszni z tymi swoimi starymi tradycjami. Przecież w takich Stanach, to znacznie większe jest przywiązanie do tradycji Irlandzkich, niż angielskich. Kolonie szlag trafił , państwa zależne od korony są tylko z nazwy, więc tak naprawdę smutek i żal. To im pozostanie. A z tradycyjnej ryby z frytkami podawanej w gazecie, tylko gazeta.

Dopasowanie

Dopasowanie

Niby człowiek inteligentny, żyje już na tym świecie parę lat , ale oświecenie przychodzi po latach. Dziś będzie o szczęśliwym pożyciu. Nie współżyciu , bo to intymne i ja tego nie upubliczniam, ale właśnie o pożyciu , małżeńskim. Wszyscy jakich znam twierdzą ,że najważniejsza sztuka to się dobrze dobrać. Wiśta wio łatwo powiedzieć, jak mówił bohater w jednym serialu , ale według jakich kryteriów. No mamy olbrzymie pole do dywagacji. Nie będę udawał ,ze się znam na psychologii i przekonywał ,że trzeba mieć te same czy wręcz inne zainteresowania, że przeciwieństwa się odpychają, a podobieństwa przyciągają itp. Nie będę też pisał o namiętnościach z powodów wyżej wymienionych. Co zatem zostaje? Tak, tryb życia. Bardzo wiele związków to ludzie , którzy po paru latach sobie wszystko powiedzieli , mają dzieci i tak bardziej z przyzwyczajenia trwają razem. To trudne i wymagające daleko posuniętej tolerancji, a o to niełatwo. Na początku pisałem o tym moim odkryciu i teraz do niego wracam. Dwie znajome blogerki Stokrotka i Kura Domowa jak same przyznają wstają około 5 rano a i wcześniej. Zaczynają dzień przed kogutkiem i gdyby mieszkały na wsi to by pewnie za niego o wyznaczonej porze podnosiły na nogi całe gospodarstwo.  Licząc tak biologicznie, zasypiają dnia poprzedniego najpóźniej o 9 wieczorem. Ja z kolei zasypiam około 2 w nocy, a budzę się trochę po 7. Wraz z upływem lat doszedł u mnie jeszcze jeden czynnik , a mianowicie popołudniowa drzemka od 20 minut do godzinki. Na razie odkrycia nie widać , tego o którym wspominałem. No właśnie przestudiujmy harmonogramy. Jeśli bym na przykład mieszkał ze Stokrotką, to w momencie gdy ona wstaje, ja bym dopiero łapał pierwszy głęboki sen. Ja wstaję, a dla niej już mija połowa pierwszej zmiany. Ja szybko śniadanko, prysznic i do roboty, a ona ma czas na to co lubi i ja jej w tym nie przeszkadzam. Wracam po pracy koło 16, obiadek potem drzemka i robi się tak 18.30, więc wiadomości , jakaś krótka rozmowa i Stokrotka szykuje się do spania, po dobrze przeżytym dniu. Ja zaś mogę się oddać ulubionym zajęciom. Nie ma miejsca na bitwy o pilota , nie ma czasu na kłótnie , życie mija w spokoju, jest cudnie. Dla przeważającej części małżeństw rozwiązanie idealne. Tylko czy aby na pewno?

PS W domu mam inaczej i nie żałuję. Stokrotkę przepraszam za takie, jakby nie nazwać, zawłaszczenie.

 

Burza

Burza

Pisałem już chyba o tym , ale lubię patrzeć na burzę. Mam to szczęście ,że mam w domu taras na którym sobie siadam i deszcz mi nie straszny. Natura to potęga i z tym większą przyjemnością na nią patrzę. W niedzielę tak do 16 było parno i duszno. Normalnie lato we Włoszech , a tu po południu się zaciągnęło, świat pociemniał, to ja szybko na taras. Zaczęło się od gwałtownych porywów wiatru. Drzewa wokół się kłaniały i najgorzej miały liściaste , bo to i szerokie korony i mnóstwo listowia , a więc i uderzenia wiatru silne. Drzewa się kołyszą , szaro i nagle o blachy dachów łomot spadających kropli. Nie taki znów wielki, widziałem większe, ale krople pozwoliły obserwować jak kręci wiatr. Na dachu sąsiedniego domu małe huragany i wiry deszczu porywały kawałeczki kory , małe listki i unosiły do góry. Wtedy usłyszałem jak o te dachy uderzają jakieś twarde przedmioty . Myślę ,ze to kamyczki porwane w wiry, a to były pierwsze kulki gradu. A spadł duży , bo były to kulki wielkości dropsa. Nagle huk wokoło , kanonada. Ale nie trwało to zbyt długo 2-3 minuty i zrobiło się cicho. Deszcz się skończył , temperatura spadła i ta cisza była jakaś taka nierzeczywista i nagle przyszła druga fala, najpierw deszcz, a potem grad, już mniejszy ale bardziej intensywny. Dudniło po dachach, a wody z tego nie było zbyt wiele. W oddali waliły pioruny i co jakiś czas tę szarość dookoła rozświetlał błysk. Potęga przyrody w pełnej krasie. Siedziałem i patrzyłem. Myślę ,ze nikt by tak pięknego, groźnego i realistycznego widowiska nie wymyślił. Ba , nawet najlepszy rosyjski balet by tego nie wytańczył. A było na co popatrzeć.

No i zaczęło się

No i zaczęło się

Ostatnie dni czerwca to zawsze start wakacyjnych planów całych rodzin. Mnie bardzo szkoda rozstań z wnukami, bo sobie pojadą na obozy, pojadą z Babcią , a ja będę musiał zasuwać. No cóż chyba sobie wykombinuję program lato w mieście. Koledzy namawiają mnie, człowieku codzienne imprezy , poranne powroty do i tak pustego domu, no żyć nie umierać. A mnie to jakoś nie pociąga. To za czym tęsknię to toń wody zamykająca się nade mną przy kolejnych ruchach ramion. Chciałbym pospać pod gołym niebem i posiedzieć na rybkach, nad stawem. Ale się nie da. Taki mam okres w życiu ,że te pozornie zwykłe pragnienia, są niezwykle trudne do spełnienia. Najmniej przyjemne jest to , że jak lato mija, to trzeba sobie zadać pytanie, czy aby podjęte decyzje co do lata były dobre? Na to pytanie nie ma niestety jednoznacznej odpowiedzi. Patrząc w tył na przykład widać ,ze były trzy czy cztery dni gdzie się działo mało i na ten czas można było wyjechać. Ale to wiadomo zwykle po czasie , nigdy przedtem. Obwiniać się , bez sensu, nikt przecież nie chce sobie zrobić krzywdy. Ale takie poczucie złego planowania zostaje. Miałem znajomego , który twierdził ,ze wyjazdy na lato to największe marnotrawstwo jakie sobie można wyobrazić, bo zawsze ktoś czegoś potrzebuje i wtedy łatwo wejść na miejsce kogoś, kogo nie ma , bo akurat wsuwa flądry w nadmorskim kurorcie. Niby logiczne, ale mnie to słabo przekonuje. No cóż pewnie przyjdzie odpocząć w innym terminie. Żal jednak zostaje.

 

Powinność

Powinność

Bardzo wielu ludzi ma w sobie pewną cechę , której nie bardzo rozumiem. W ich mniemaniu coś im się należy. A należy się od matki i ojca, bo inni dostali, należy im się od firmy, bo inni dostali, czy też od rodziny , bo ma. Nie wiem skąd to wynika , może to wychowanie , ale ci co tak uważają są z reguły obrażeni na cały świat i mocno nieszczęśliwi, bo przecież nie mają , a powinni mieć. Nie chodzi tu jedynie o wartości materialne ale również , przywileje, a nawet uczucia. No, to ostatnie to na pewno na wyrost, ale chcą. Nie ma w tych chcących grama samokrytyki, czy nawet obiektywnej oceny swojej pozycji. Chcą i koniec. Jest też bardzo duża grupa ludzi , którzy się nie doceniają. Im się podobno nic nie należy, bo co tam oni. No i od kogo się ma należeć i za co? Oni robią to co umieją i nie im to oceniać czy doceniać. Ci z kolei najczęściej nie potrafią docenić swojej pozycji i możliwości. Stanowią napęd każdego działania, choć nie oni są za to działanie  nagradzani. Z tym ,że oni nie mają pretensji. Na koniec grupa środkowa , mało liczna, ale jednak też charakterystyczna. Ci to potrafią docenić swoje możliwości obiektywnie i potrafią się znaleźć pomiędzy obydwoma poprzednimi grupami. Ba, potrafią jeszcze ten układ wykorzystać dla osiągnięcia sukcesu personalnego. Dodajmy jak najbardziej zasłużonego, bo użerać się z tymi z dwóch poprzednich grup nie jest łatwo, a już ich zsynchronizować , bardzo bardzo trudno. A jak to potrafią to się im należy. Ci ostatni to ludzie sukcesu, obiekt zazdrości tych z grupy pierwszej i obiekt przywódczy dla tych z grupy drugiej. Ci z grupy pierwszej cały czas kombinują jak wejść na miejsce człowieka sukcesu, bo to im się należy, a ci drudzy maja wreszcie kogoś , kto ich poprowadzi i zapewni ochronę przed tymi z grupy pierwszej. Tak w skrócie wygląda mechanizm osiągania sukcesu. Czyli co trzeba mieć , by go osiągnąć, choć gwarancji nie ma. Dalej to już jest tak jak z myśliwymi , jeden mimo ,że ma sztucer markowy to nie trafi z kilku kroków w wielkiego byka , a drugi kamieniem poluje na kaczki z sukcesami. I tych ostatnich potrzeba najwięcej , może się jakiś trafi?

 

Urzędy

Urzędy

Jest bardzo ciekawie. Urzędnicy starają się zablokować życie w kraju. Parę nieformalnych i bezprawnych posunięć płynących z góry, usztywniło urzędy na maksa. Dawniej ktoś za biurkiem niechętnie, ale jednak podejmował jakieś decyzje pod warunkiem ,że miał dupochron w postaci ustawy. Dzisiaj urzędnicy się zradykalizowali. Nawet jeśli z mocy prawa należy ci się decyzja pozytywna, to ci odmówią. Dlaczego? Lepiej jak za nich decyzję podejmie sąd, a oni zawsze mogą powiedzieć ,że mając wątpliwości poprosili o decyzję sąd. No , trochę pośrednio, bo zwykle oni odmawiają / a bo to wiadomo jak to zinterpretuje przełożony/ i petent sam tę sprawę odda do sądu, to i tak urzędnik jest czysty, nawet gdy urząd przegra. On wykazał czujność, aby przypadkiem skubany petent nie uzyskał czegoś , co się komuś może nie spodobać. To ,że takie postepowanie paraliżuje możliwości działania, rozwoju, czy wręcz istnienie bytów gospodarczych na terenie , którym zarządza urząd, nikogo nie obchodzi. Ważne jest aby pensja urzędnika była niezagrożona. O tym kto jest dla kogo, czyli urzędnicy dla mieszkańców nikt nie myśli, bo po co. Tak sobie myślę ,że to poza innymi czynnikami jest największy hamulec jaki jest obecnie i nie zanosi się na jego zwolnienie. Po pierwsze nie widać zainteresowanych , frazesy lecą w eter, a działań brak. Po drugie tworzone prawo przypomina poezję , bo ludzie chcą wiedzieć , co autor miał na myśli , a to wprost nie wynika. I na końcu najsmutniejsze, ludzie zarzucają to czy owo władzy, a sami robią tak by tę władzę podtrzymać. Oczywiście mówią co innego. A kraj się pogrąża. 

Nabożeństwo

Nabożeństwo

Wczoraj byłem na pogrzebie, a właściwie w kościele na mszy za zmarłą , zresztą przemiłą osobę. Jako ateista mam bardzo często kłopot z uczestnictwem w takich uroczystościach , bowiem księża po pierwsze bardzo często zamiast opowiedzieć o zmarłym wolą cytować listy do Koryntian. Zawsze wtedy się zastanawiam na czym Jezus pisał te listy i czym. Po drugie to z ołtarza lecą komunały. Ale nie tym razem, byłem zauroczony tym jak ksiądz opowiadał o roli i miejscu matki w sercach dzieci. Było to bardzo delikatne i zarazem pełne podziwu i uczucia podejście do macierzyństwa. Bardzo szkoda ,że nie ma więcej takich księży jak ten. Ale nie o tym chciałem. Jest jeszcze coś co zawsze przy takich okazjach zwraca moją uwagę, to ten jakże nieaktualny język liturgii. Ot choćby pierwsze z brzegu „zaprawdę powiadam Wam”, oczywiście nikt tak dzisiaj nie mówi i dzieciaki tego nie rozumieją. Myślę w takich chwilach, czy nie czas zmienić jednak słowa jakimi się do wiernych zwracają księża. Wiem ,że to nie mój problem i nie mnie to osądzać, ale staram się na to patrzeć pozytywnie i bez ocen wynikających z mojego światopoglądu. Pewnie niewłaściwie, ale przyjąłem ,że język ewangelii jest językiem staropolskim , bo pewnie wtedy łacinę przetłumaczono na nasze. Gdy czytałem w Czarnolesie to co pisał Kochanowski w oryginale , to wydaje mi się ,ze już pewnie kilka razy to tłumaczenie z łaciny było unowocześniane. A na dzień dzisiejszy to chyba trochę księża zaspali, bo kto dziś mówi ”ukrzyżowany umarł i pogrzebion”? Nikt, a co gorsza nie  bardzo rozumieją co znaczy pogrzebion. Tak samo Polacy maja olbrzymie trudności ze zrozumieniem wierszy mistrza Jana w oryginale. Język im nie daje. Właśnie dlatego myślę ,ze jak chcę do kogoś dotrzeć to mówię językiem dla niego zrozumiałym, ale może tylko ja tak myślę.

Kiermasz

Kiermasz

Ludzie lubią kiermasze. Starsi pamiętają Kiermasze książki, na których można było kupić niedostępne w księgarniach pozycje. Swoją drogą zawsze mnie zastanawiało ,dlaczego w Polsce był problem z kupieniem popularnych książek? Ani to z importu , ani jakieś surowce specjalne, wystarczyło wydrukować i rozprowadzić po księgarniach. Ale to też przekraczało możliwości zarządzających tą dziedziną sztuki. Miał być niedosyt wszystkiego, po to by zamiast myśleć o zmianie władzy zająć się codziennym pozyskiwaniem wszystkiego. Książek o Leninie było w opór, ale innych brakowało. Teraz zaczyna być podobnie, może powracamy? Tyle ,że Lenina zmienili na kogoś innego. Tematem są jednak kiermasze. To chyba trochę niemiecki zwyczaj, bo u nich co weekend w miasteczkach są kiermasze. Oferta handlowa taka jak u nas, czyli wyroby lokalne ozdobne i żarcie ze specjalnym ukierunkowaniem. A to typowo polskie, a to chińskie czy indyjskie. I się przychodzi i je i pije i kupuje kolejny wazonik czy makatkę. Dzieciaki naciągają rodziców na słodycze i ogólnie jest rodzinnie i sympatycznie. Grają zespoły muzyczne i władze lokalne zapewniają zajęcie artystom. To co mnie nurtuje to fakt ,że wiele osób spędza tak co druga trzecią sobotę-niedzielę. Nie przeszkadza im ,że znowu zobaczą pajdy chleba ze smalcem i ogórki kiszone. Jest to chyba powód aby wyjść z domu , aby się znaleźć gdzie indziej. Przypomina mi to trochę tradycję grilla, ale chodzoną. Może tak być powinno? Jedno jest pewne, nie da się przenieść atmosfery kiermaszu na smartfon i może dlatego dając możliwość spotkania się jest on tak lubiany?

Domowe ogródki

Domowe ogródki

Nadchodzi lato i sezon fajnych dań w pełni. Dziewczyny od pewnego czasu lubią mieć blisko coś świeżego i ziołowego. Sprzedaż ziółek w doniczkach ciągle rośnie, a co za tym idzie , przy modzie na lekkie dania są one coraz smaczniejsze. W wielu kuchniach na parapetach dumnie się rozwija jakieś zioło. Najczęściej oczywiście bazylia. Ona jakby daje przykład innym, bo za czas jakiś dołącza do niej inne zioło. Jak się bywa w czyjejś kuchni to można powiedzieć na podstawie ziół co nieco o kulinarnych preferencjach gospodarzy. Bo jak do bazylii dołączy na przykład mięta to raczej znak doprawiania lodów, napojów i temu podobnych , a więc nasi gospodarze to łasuchy. Następnym razem przyniesiemy do nich ciasto lub owoce. Można te rozważania rozwijać  na podstawie na przykład  ziół często stosowanych do mięs, czy pieczenia, takich jak rozmaryn czy tymianek. Obecność w kuchni liści laurowych też lekko nas poucza ,że gospodarze lubią zupki i duszone mięska. Ale dosyć tych wątków detektywistycznych, to są nasi mili znajomi, a nie jacyś spiskowcy. Należy cierpliwie poczekać i u znajomych pojawi się na parapecie koszyczek czy doniczka, która będzie miała za zadanie pomieścić wszystkie zioła razem. Ładnie to wygląda, a i zachęcająco pachnie jak tak lekko po ziołach ręką przeczesać. Jest też grupa pań , które ambitnie sieją zioła w skrzynkach na balkonach lub w ogródkach. Bardzo fajny trend, a żarełko przyprawione świeżo zerwanymi, pycha. Jest jeszcze jedno , nie zauważyłem , aby nasze kochane panie hodowały w domu szczypior lub koper. To się kupuje na bieżąco. Na koniec taka sugestia, może idąc do kogoś przynośmy skromniejsze kwiatki a do nich dołączmy na przykład doniczkę kolendry, czy czegoś innego? Myślę ,że się dziewczyny ucieszą. Oczywiście kwiatów nie odstawiamy , też muszą być.

Kibice

Kibice

Nie sposób się nie odnieść do odbywających się we Francji mistrzostw piłkarskich. To, co mi się bardzo nie podoba, to cała praca dziennikarzy, którzy wciąż szukają sensacji i możliwości podgrzania atmosfery. Z tym ,że takie jest to współczesne dziennikarstwo i innym może się to podobać , a mnie nie. To jakby plotkarstwo dla panów, bo trudno pisać o sztucznych biustach czy pośladkach piłkarzy, za to o kontuzjach, animozjach, czy gwiazdach , bardzo łatwo. Niepokoi mnie to co chcą zrobić z młodym piłkarzem Kapustką wmawiając mu ,że jest supergwiazdą, ale tu chyba dobrze robi postawa bardziej znanych kolegów , którzy się tym dziennikarskim gadaniem nie przejmują i stąpają mocno po ziemi. To co mnie zachwyca to natomiast zachowanie naszych kibiców. Jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej na samochodach pojawiły się flagi, osłonki na lusterka i inne gadżety kibica. Okazuje się ,ze potrafimy się wesoło bawić , kulturalnie kibicować i co za tym idzie w zetknięciu z chamstwem kiboli, ludzie wygrywają. Im nie chodzi o draki, czy próby sił, tylko o czyste emocje. Tu na pewno początek dały siatkówka i piłka ręczna. I tak trzymać , bo widok rodziny na stadionie szalejącej z każdym podaniem to widok pożądany , a nie sianie nienawiści i szukanie komu tu jeszcze można przywalić. I chyba dobrze by było aby się od takich, a nie innych kibiców uczyli ci co nami na co dzień kierują. Rozwalać jest łatwo a budować dużo trudniej, ale można.