ktak

Właściwie bez wiodącego tematu, takie tam pisanie co mi do głowy przyjdzie

Wpisy z okresu: 8.2016

Galaretka

Galaretka

Ciekawy twór, bo jedne są obrzydliwe, a drugie są wręcz pyszne. Czyli fenomen. Fizycznie to mieszanina, a właściwie roztwór żelatyny w płynie. Sama żelatyna nie ma smaku,  ale już płyn to co innego. Dawniej we wszystkich domach robiło się galaretkę z nóżek czy też rybę w galarecie. Niby proces nie jest skomplikowany, ale troszkę się trzeba natrudzić, więc dzisiejsze Panie domu chętnie sięgają po wyroby gotowe. A to już nie to samo, jak głosi piosenka. Niby jest ze wszystkim łatwiej, a o dobrą galaretę na niesłodko trudno. O tę słodką dużo łatwiej , bo się producenci prześcigają, ale nie do końca. Dawniej był po domach zwyczaj robienia galaretek owocowych. Właściwie to były soki z żelatyną, ale soki domowe. Najczęściej galaretkę robiono z porzeczek. Zimą, gdy mrozy były silne często na popołudniowych herbatkach panie dodawały do na przykład ciasta drożdżowego takie galaretki. Albo na spodeczek razem z małą łyżeczką. Oczywiście na budyń śmietankowy, też czy do ciast. Ale najśmieszniejsze galaretki były w sklepach spożywczych. To w ogóle były inne sklepy. Po pierwsze towar podawano ręką i to tą sama , którą pobierano zapłatę. Nikomu to nie przeszkadzało. W sklepie stała beczka ze śledziami, beczka z ogórkami, obok pieczywa i słodyczy. A wśród tych słodyczy królowały dwie galaretki. Jedna owocowa , która wyglądała jak tęcza w wielkim bloku z którego pani sprzedawczyni z wyraźnym wysiłkiem odkrawała gruby plaster, zawijała go w papier, ważyła i sprzedawała. Dzieci na widok tej galaretki dostawały ślinotoku, bo nie wiedzieć czemu była ona stosunkowo droga. Druga galaretka to była marmolada owocowa , najczęściej o smaku śliwki, która zastępowała dżem, a może na odwrót. Też na ladzie prezentował się duży bo taki pół metra wysoko, szeroki i głęboki blok, rzeczonej marmolady. Siadały na nim muchy i inne np. osy ale to nie przeszkadzało i ludzie kupowali tę marmoladę w papierze, a potem rozprowadzali po kanapkach. Może nie było to zbyt higieniczne , ale popularne na pewno. Po galaretkach pysznych aż mi się nie chce pisać o tych niesmacznych, czy wręcz obrzydliwych więc na tym skończmy. To pisałem ja , miłośnik galaretek pysznych.

Brzoza

Brzoza

Wyrosłam wiele lat temu. Najpierw nieśmiało, ledwo rozwinięta pięłam się do góry. Cóż to był za entuzjazm jak wyrosłam ponad trawę. Przepyszne soki z ziemi i to ożywcze słońce. Potem było trochę gorzej , bo listki mi zżółkły, potem opadły, a soków dochodziło coraz mniej. Zapadłam w letarg zimowy. Czułam chłód, ale jakby z oddali , a gdy otulił mnie śnieg zasnęłam na dobre. Ocknęłam się i poczułam ,że soki znowu napierają na korzenie i zaczęłam pierwszy świadomy wiosenny sezon mojego życia. Ale byłam zdeterminowana by rosnąć. Pięłam się dosłownie codziennie o jakiś centymetr lub dwa. Poznawałam świat z innej wysokości, ptaki zaczęły na mnie siadać i kora mi zbielała. Potem znowu jesień i zima i tak w kółko. Strasznie byłam prężna, wysiewałam nasionka tak ,że obok mnie wyrastały moje córki i synowie. W moich gałązkach różne ptaki wiły sobie bezpieczne schronienia, a dzieci obdzierały mnie z kory i pisały na niej listy. Pode mną zaroiło się od grzybów, szczególnie te z czerwonymi kapeluszami podobały mi się. Ludzie siadali szukając cienia, a ja rozkwitałam w pełni swojej urody ciesząc się słonkiem i wiatrem. Tak było przez parę lat , aż do momentu gdy ciężki śnieg nie złamał mi jednej z większych gałęzi. Trzask i ból, to pamiętam. Gdy przyszła wiosna pokryłam się niby listkami, ale ta zwisająca gałąź nie. Przez ranę po niej zaczęło mnie gryźć robactwo wszelkiej maści. Nie dawałam się jak najszybciej zabliźniając ranę. Dużo mnie to kosztowało. Następnej zimy padły następne dwie gałęzie. Walka była ciężka ale nie wpuściłam robali do pnia. Coraz bardziej osłabiona traciłam gałąź po gałęzi, aż w końcu nie udało mi się wygonić robali przed zimą. Dosłownie padłam na jesieni taka byłam wykończona. Ale robale nie i w czasie gdy spałam równo mnie zjadały. Gdy się ocknęłam na wiosnę, byłam jeszcze słabsza niż jesienią. Pień wyżarty w środku nie trzymał mnie tak mocno jak kiedyś, a na domiar złego lato było bardzo burzliwe i pewnego dnia piorun powalił mnie na ziemię. Listki mi zaczęły usychać, soków coraz mniej i zasypiając jesienią wiedziałam ,że już się nie obudzę. Ale i tak miałam cudne wspomnienia i chyba miałam fajne życie. Obok mnie wybujały córki, a ja cicho odeszłam.

Konsekwencje

Konsekwencje

Ostatnio kumpel przysłał mi informacje o gadżecie jaki właśnie wchodzi na rynek. Chodzi o mały aparacik wsuwany do ucha mający właściwie jedną funkcję, tłumacza. Gdy uruchomisz aparacik nastawisz na jakiś język to on rozpoznaje co ktoś do Ciebie mówi i od razu tłumaczy to na twój język. Pierwsza myśl, ale wygoda , jedziesz do na przykład Portugalii i rozumiesz co do ciebie mówią, brakuje jeszcze tego by Twoje odpowiedzi od razu tłumaczyć na portugalski i nie ma problemu z konwersacją. Cudownie , bo iluż to ludzi ręce bolały od mówienia w językach jakich nie znają. Pada kolejna granica. A inne konsekwencje? W szkołach likwiduje się naukę języków obcych , ilość tłumaczy spada , studenci odchodzą z wydziałów lingwistycznych, no może nie wszyscy , bo zostaną badacze literatury czy kultury danego języka. Skutkiem będzie fala bezrobocia i to na tyle dotkliwa, że niby osoby skończyły uczelnie, ale będą bez zawodu. Stracą przydatność do użycia. Trzeba będzie organizować kursy zawodowe, całe grupy terapeutyczne, bo spadek z pozycji osoby szanowanej znającej coś tak złożonego jak obcy język na pozycję bezrobotnego , bez zawodu członka społeczeństwa będzie bardzo bolesny. I tak to właśnie jest z tymi wynalazkami. Z jednej strony cudo , fantazja, a z drugiej tragedia i zniszczenie. Jak zatem taki patent oceniać? Myślę ,że lenistwo co do nauki języków weźmie górę nad społecznym rozumieniem skutków wprowadzenia wynalazku w życie. Jedyne co można zrobić to ostrzec lingwistów by sobie szukali innego zajęcia z wyprzedzeniem, bo potem będzie trudniej.

Opiłek

Opiłek

Był wzorem młodzieńca , wysoki postawny , silny. Spod czapki wystawały jasne loki, twarz wiecznie uśmiechnięta. Stosunkowo młody jak na krasnala, bo raptem 160 letni Opiłek, był ulubieńcem Gedwarda ich przywódcy. Praktycznie on wypełniał wszystkie zadania jakie na nich spoczywały, reszta jedynie patrzyła bądź w niewielkim stopniu pomagała. Opiłek swoje imię zawdzięczał ostremu podejściu do zadań na niego nałożonych, a nie opilstwu jak mogło by się wydawać. Co prawda dwukrotnie po imieninach u ludzi narąbał się jak nie przymierzając świnka, ale to były wyjątki. Opiłek zawsze potrafił przytargać coś od ludzi , a to kawałek kabanosa , a to okruchy ciastek czy inne przysmaki. To było urozmaicenie , bo tak to dzień w dzień po jagódce i lulu. Opiłek sporo tego jadł , ale nikt się nie dziwił , bo kawał krasnala był z niego, miał prawie 5 centymetrów. Obowiązki Opiłka sprowadzały się do sprzątania zabawek w pokoju małego Olesia. Cały dzień ów mały smyk rozwlekał zabawki po pokoju, a wieczorem gdy mama pytała-Olesiu i kto to wszystko posprząta , on odpowiadał niezmiennie-krasnoludki. Mamę bardzo dziwiło ,że te solenne obietnice syna spełniały się, ale skoro było czysto, nie wnikała. Co noc więc dzielny Opiłek układał na miejsce klocki, piłeczki i inne zabawki. Najmniej lubił przeciągać po pokoju pluszaki, bo to dziadostwo czepiało się dywanu i bardzo było trudne do uporządkowania. Po robocie nasz bohater padał jak górnik po szychcie, a znalezione kawałki jedzenia czekały na poranne śniadanko. Dzień mijał za dniem w podobnym rytmie, aż do feralnego piątku. Wtedy właśnie mały Oleś zostawił w cieniu fotela łyżeczkę , którą jadł kaszkę, a wiedziony zapachem kaszki Opiłek wyszedł dziarsko zza fotela stanął na czubek łyżki, a ta z rozpędem walnęła go w głowę. Padł jak długi. Inne krasnoludki zrobiły porządek za niego, a jego samego odniosły do łóżeczka. Obudził się rano z wielką śliwą na czole i od razu było widać ,że był jakiś inny. Niby ten sam, a jednak inny. W pierwszą noc po obudzeniu specjalnie zostawił przy łóżku Olesia żołnierzyka , tak ,że rozespany Oleś bosą nogą nadepnął na niego wstając. Płacz dziecka wzbudził w Opiłku jedynie śmiech. Tak było co noc, zawsze zostawały pułapki na Olesia, a Opiłek się z tego śmiał. Gedward zdał sobie sprawę ,że od uderzenia Opiłkowi poprzestawiały się ze sobą dobro i zło. Długo myślał co z tym zrobić i pewnego dnia jakby od niechcenia walnął berłem Opiłka w czoło. Po ocuceniu krasnale rozpoznały znowu starego dobrego Opiłka, a Gedward jako przywódca bardzo zyskał na znaczeniu. Po tej historii zastanawiam się komu przywalić w łeb, aby mu się z powrotem przestawiło. A Wy?

Kula

Kula

To jest przedziwna sprawa z tą kulą. Najdoskonalszy kształt, najtrudniejszy do uzyskania, a jednak bardzo pożądany. Może właśnie dlatego. Oczywiście nie chodzi mi o takie rzeczy jak sylwetka w tym kształcie na chudych nóżkach , czy uformowane w paluszkach pewne wstydliwe kulki potocznie zwane babami/ swoją drogą ciekawa zbieżność nazw/.Te naturalne zostawmy w spokoju, zajmijmy się tymi mniej ludzkimi. Wiele nasion ma kształt kuli. Ciekawe dlaczego, na przykład groch czy mak mają takie nasiona. Bo już fasola czy sezam lub czarnuszka, nie. W czym to pomaga lub przeszkadza, bo natura takich rzeczy nie produkuje bezmyślnie. Ja nie wiem , ale to co wiem o kuli to to ,że ma największą wytrzymałość ze wszystkich dostępnych kształtów. Chodzi o wytrzymałość na zgniatanie i stąd pierwsze batyskafy czy sputniki miały ten kształt. Oczywiście wspaniale się toczy, ale nie sposób sterować drogą jaką się toczy. Jest więc jakby niezależna. I chyba to właśnie tak fascynuje ludzi , bo wszelkiego rodzaju piłki to przecież ulubione zabawki ludzi i ludziom się wydaje ,że potrafią nimi sterować, nogą, ręką, głową, czy kijem. Nie jest to do końca prawda. Istnieje też groźniejsze oblicze kuli. Są to na przykład kule do starych armat i całkiem współczesny śrut. Te mordercze zastosowania niestety nie tracą na atrakcyjności. Są też bardzo wykwintne formy kuli, takie jak na przykład kawior. Ileż to osób uwielbia miażdżyć w zębach te małe czarne czy czerwone  kulki, czując jak się rozrywają pod naciskiem zębów. Jako osoba , która kawioru nie lubi, podaję tę opinie jako zasłyszaną. Niszczenie kulek to podobno ponad połowa frajdy z jedzenia kawioru. Są też takie prawie chemiczne uwarunkowania gdzie kulki tworzą się samoistnie, ot na przykład produkcja groszku ptysiowego, czy pewnego rodzaju cukierków. I na koniec najbardziej spektakularna kula w przyrodzie to wystraszony jeż. Można by o tym jeszcze długo np. bańki mydlane, ale co by nie mówić kula to bardzo popularny i bardzo złożony kształt. Prosty i fascynujący.a

Odgłos

Odgłos

Był wieczór  i sam nie wiem jak znalazłem się na wielkim cmentarzu. Oczywiście byłem sam. Wokół cienie krzyży i jakiś taki spokój. Usiadłem na ławeczce obok jakiegoś grobu, delektowałem się ciszą i stojącym rześkim powietrzem. Przez jakiś czas tak się uspokoiłem ,że nie od razu do mnie dotarło ,że w niewielkiej odległości słyszę jakieś dźwięki. Dobiegały one spod sąsiedniej płyty, były rytmiczne i jakby znane. Wtem płyta drgnęła. Byłem tak spokojny, że nawet przez moment nie poczułem strachu. Może dlatego ,że ten dźwięk jest nierozerwalnie związany z cmentarzem. Płyta się odsuwała , a ja cierpliwie czekałem co będzie dalej. Płyta stanęła i spod niej wyszedł stworek człowiekopodobny wysokości tak około 40 cm. Popatrzył na mnie taki trochę skrzywiony i pyta. Lubisz muzę? Ja ,że nawet bardzo. A on do mnie , to się przysuń, coś Ci pokażę.Za namową spojrzałem do wnętrza grobu a tam na wieku starej trumny leżały cztery czaszki i dwa piszczele, trochę głębiej dostrzegłem klatkę piersiową z żebrami. Mały powiedział, to mój warsztat. Jak to, zdziwiłem się. Posłuchaj, powiedział i jak zaczął wywijać piszczelami i walić w czerepy oraz żebra. Naprawdę niezły był. Wszystko zestrojone, jakby dobrane. Jak skończył biłem mu brawo i pytam , kto mu tak świetnie instrumenty zestroił. Ja sam , ale nie stroiłem tylko szukałem odpowiednio brzmiących. Czy ty masz pojęcie ile czasu mi to zajęło zanim skompletowałem instrument? Najmniejszego pojęcia nie mam odpowiedziałem, a on ,że prawie 60 lat. Powalił mnie tą informacją, po czym zagrał raz jeszcze i zaprosił na codzienne koncerty. Płyta się nasunęła, a ja trwałem osłupiały.  Pomyślałem ,że to pewnie zmarły perkusista , taki niezrealizowany. Wstałem i idąc do domu myślałem ,że jak się ma prawdziwą pasję to i śmierć nie jest przeszkodą w jej realizacji.

Jabłka

Jabłka

Polskie jabłka są chyba najlepsze na świecie, a może ja nie jadłem lepszych. Nasuwa mi się w związku z nimi garść refleksji. Dawniej na początku lata królowały jabłka o nazwie papierówka. Aromatyczne o żółto zielonej skórce , niezbyt twarde z uporem godnym lepszej sprawy były wmuszane w każde dziecko. I warto było , bo smak zostawał w buzi na długo. Rosło tych jabłoni wiele, a i chętnych na jabłka było dużo. Potem przychodziły kosztele, jabłka pyszne, aromatyczne, pełne soku, no cudeńka. Równolegle pojawiały się antonówki idealne na szarlotki i do tak zwanych jabłek w cieście. Kwaskowate, ale pyszne. Były też koksy i szare renety, te ostatnie idealnie się przechowywały więc można je było jeść i w zimie. Ale w tamtych czasach marzono o pomarańczach czy bananach, jabłka były swojskie, a więc w ogóle nie ekskluzywne. Pyszne były jabłka malinówki. Dodatkowo pijało się napój o nazwie „Płynny owoc” ,oczywiście w smaku jabłka. Bardzo popularne były też kompoty z jabłek. Dzieciaki z lubością wyjadały rozgotowane jabłuszka. Szczytem zaś deseru , było jabłko pieczone z cynamonem. Gorące, parzyło usta, ale dzieciaki wciągały ten delikates aż miło. Do dziś przetrwało danie pod tytułem ryż z jabłkiem chętnie podawane w szkolnych stołówkach. Natomiast zupełnie zmieniła się podaż gatunków jabłek. Teraz na straganach zamiast wyżej wymienionych mamy lobo, szampiony, ligole czy goldeny. Trochę jednak inne. Mnie brakuje takich indywidualnych cech owoców. Dawniej z zawiązanymi oczami poznawało się jabłka po smaku, a teraz o to trudno. Mało tego słyszę o próbach robienia wina z jabłek. Cydr rozumiem, tak samo calvados czyli przepędzone przez rurę pseudowino jabłkowe, ale żeby robić z jabłek wino? Toż to winogrona powinny się obrazić. Nasze babcie robiły wino z porzeczek, ale nigdy z jabłek. Chociaż to może tak było w okręgu z którego pochodzę, a na przykład na Śląsku czy w Małopolsce było inaczej?

Takie tam marzenie

Takie tam marzenie

Dzisiaj w nocy miałem sen, dla mnie to dość dziwne , bo zwykle nie miewam. Śniło mi się co następuje. Był piękny letni dzień , a ja odziany jedynie w slipy i koszulkę szedłem po pomoście w kierunku ostatniej łodzi po lewej strony. Wytrzepałem nogi i wszedłem na pokład. Uzbroiłem łódkę w żagle, ale tylko dwa, bo przewidywałem ,że popływam sam, opuściłem miecz i odbiłem od pomostu. Szybko postawiłem grota / większy żagiel/ i poczułem jak wiatr zaczyna pchać łódź. Wiaterek był średni, ale w miarę stały mimo ,że było to na jeziorze. Płynąłem tak przez chwilę i zapragnąłem aby łódka popłynęła szybciej. Zrobiłem coś czego właściwie robić nie wolno, postawiłem jeszcze foka / żagiel mniejszy/zarówno fał grota/ żagiel większy od którego lina nazywa się fał/ jak i lina od foka czyli szot zmieściły mi się w ręku. Drugą ręką trzymałem ster. Naciągnąłem żagle/ poprawnie wybrałem/ i łódka pofrunęła. Zaparty nogami o skrzynkę mieczową czułem każdym kawałkiem ciała wszystkie zmiany natężenia wiatru, każdą falę. Doznałem uczucia uniesienia, było super leciałem tak szybko, aż do krańca jeziora. To jest tak jakby człowiek i łódź razem odbierały żywioł jakim jest wiatr i wykorzystywały go w sposób jaki chcą. Aby płynąć z powrotem musiałem zrobić zwrot, polegający na przerzuceniu żagli na drugą stronę i zmiany jednego szota na drugi. Czynność zasadniczo prosta, więc odpowiednio się ustawiłem i szybkim ruchem przestawiłem ster. Łódka posłusznie przeszła linię wiatru, a ja rzuciłem się do napinania żagli złapałem szot i strasznie się grzmotnąłem o burtę. Zrobiło mi się ciemno w oczach i na chwilę nie wiedziałem co się stało. Okazało się ,że leżę w łóżku, a ręką przywaliłem w nocną szafkę i rośnie na niej guz. Nic to , ale jak można było przerwać taki piękny sen. Do rana próbowałem zasnąć i dopaść tej łódki ale nie pamiętam , by mi się udało. A bardzo szkoda.

Rozstania

Rozstania

To taki moment dziwny. Nie chodzi mi o zerwanie znajomości , czy rozwód. Jest jakiś taki dziwny moment kiedy ktoś bliski wsiada do, na przykład autobusu czy pociągu i ten rusza. Odprowadziliśmy odjeżdżającego na peron, dopilnowaliśmy ,żeby wsiadł ,zajął miejsce, Stoimy na peronie, a bliski w pojeździe macha nam przez szybę. I wtedy jest blisko, jest jakieś takie wspólne podniecenie przed podróżą . Potem następuje lekko nerwowe oczekiwanie na ten moment kiedy pojazd ruszy. Nie bardzo wiadomo jak się zachować. Mamusie po raz kolejny sprawdzają czy milusiński wziął pastę do zębów  i pidżamkę. Zakochani na peronie raz po raz przesyłają sobie buziaki, bezgłośnie zapewniają o swoich uczuciach. Samotni odwracają głowy od peronu , bo im zwyczajnie przykro ,że nikt ich nie odprowadza. Czynności te powtarzane są po wielokroć , aż w końcu tracą swój sens i stają się tylko powtarzanymi w kółko zestawami gestów i słów. Potem następuje ten moment, gwizdek lub syk zamykanych drzwi i dla ludzi , którzy dotąd byli razem tory życia zaczynają się rozdzielać. Oczywiście dalej ich łączą wzajemne uczucia, lecz powoli zanika poczucie bliskości. I robi się głupio, że zostaje się samemu i że na ponowne spotkanie i złączenie we wspólnym życiu trzeba będzie poczekać jakiś czas. Oczywiście są tacy co to stojąc na peronie robią minę męczennika a w głębi ducha myślą , o rany super, tydzień spokoju, nikt mi nie będzie mi się kręcił po domu czy zwracał uwagę. Niby piękne ale czy naprawdę? A większość czuje się w tym i w wielu następnych momentach bardzo dziwnie, jak bez ręki. Niby coś zwykłego i każdy to przeżywał, ale to nic miłego. Nie wiem czy to dobór naturalny, przyzwyczajenie czy zwykłe lenistwo, ale rozstania są do dupy.

Oczy

Oczy

Dzwoniłem dziś do notariusza, a raczej Pani notariusz i umówiłem się na jutro. Kazała przynieść dokumenty , bo jak stwierdziła na piękne oczy nic mi nie załatwi. Samokrytycznie , może nawet ciut przesadnie, stwierdziłem ,że nie mam pięknych oczu czym Panią rozbawiłem. Dodałem ,że one są na tyle nieciekawe ,że z nich nic nie wyczyta. I tu się zaczęło , a skąd Pan wie? Może ja mam takie własności, że czytam i z tych mniej ciekawych. Ale łaskawa, no myślałem ,że się popłaczę, tak mnie wzruszyła. Powiedziałem zatem ok, przyjmijmy ,że Pani to umie to po co mnie Pani prosiła o dokumenty. Ona niezrażona, że to nie dla niej tylko dla urzędów zamieszanych w załatwienie sprawy i że ona to jednym spojrzeniem ogarnia i wie czy może załatwić dany akt czy nie. Samo słowo akt mnie trochę uaktywniło, a jak usłyszałem ,że do aktu trzeba stanąć, to mi trochę przeszło. Przez głowę przeleciało, mierz zamiary na siły a nie odwrotnie. A Pani notariusz ,ze swadą opisuje jak to będzie jak stanę. Skoncentrowałem się ,zebrałem rozbiegane myśli i zacząłem słuchać. A tu rozczarowanie, żadne tam , co myślałem tylko mam siedzieć na baczność i słuchać jak ona czyta. Nie bardzo mnie to porwało , bo kobita specjalnych zdolności aktorskich nie miała. Ale nie o tym chciałem, tylko wciąż zadziwia mnie to czytanie z oczu. Co można wyczytać patrząc na czyjąś tęczówkę, bo do siatkówki wzrok nie sięga? Może chodzi o rogówkę czyli błonę pokrywającą gałkę oczną? Cholera wie, ja tam mogę patrzeć w oczy godzinami i nic tam nie zobaczę , poza tym , że źrenice reagują na światło. Wychodzi więc na to , że to jeszcze jedna babska sztuczka wytrenowana na biednych dzieciach. Inaczej skąd by było to słynne- widzę po oczach ,że kłamiesz synku?