ktak

Właściwie bez wiodącego tematu, takie tam pisanie co mi do głowy przyjdzie

Wpisy z okresu: 10.2016

Ori

Ori

Mały Ori spał i było mu dobrze. W ciepłym igloo pod ścianą co prawda od czasu do czasu spadała na niego jakaś kropelka, ale nie zakłócało to jego snu. Miał 8 lat i prawie był gotowy do rozpoczęcia polowań. Ojciec już jakiś czas temu mówił mu ,że razem zapolują. Czekał na to bardzo , bo czekanie na powrót ojca z polowania w zamkniętym igloo, czy też na śniegu wokół niego, nie był niczym zajmującym. Miał swoje zabawki z kostek i kawałków skóry, ale już się troszkę nimi znudził. Za to wyobraźnie miał bujną. Wokół miał tylko biel śniegu , błękit nieba i czerwień krwi. Właściwie nic poza tym. No może żółć słońca, ale to było trudno ocenić. Monotonia krajobrazu powodowała to ,że oczami wyobraźni widywał krajobrazy bardzo dziwne i kolorowe na dodatek. Barwy jakie widział występowały tylko niezwykle rzadko, na tęczy. Pewnego razu zatruł się lekko nieświeżą rybą i wychodził nocą z igloo. Wtedy na niebie zobaczył cos absolutnie niezwykłego. Fale koloru zieleni , koloru jakiego nie znał. Było to tak niezwykłe i piękne ,że zapomniał o wszystkim i stał oniemiały z głową zadartą do góry. Widok ten prześladował go i nawet polowania na jakie zabierał go ojciec nie zacierały mu tych wrażeń. Pewnego dnia do igloo dotarli strażnicy i zapytali ojca czy Ori chodzi do szkoły. Gdy się dowiedzieli ,że nie, to kazali go przyszykować i parę dni potem zaczął Ori poznawać świat. Szkołę szybko nadrobił, ale fascynowały go i zdobycze cywilizacji i inna niż rodzinna przyroda. Zachłysnął się nią. Zaczął malować zielenie, pomarańcze, fiolety i inne kolory jakich nie znał. W szkole pochwalono go ,że ma zdolności plastyczne i skierowano do szkoły o profilu malarskim. Tam zgłębiał tematykę perspektywy, stylów malarstwa, a także nauczył się jak dobierać barwy i co za ich pomocą wyrazić. Nauczył się też komponować dzieło. Co dziwne powoli tracił tę fascynację kolorem rozwiniętego świata, a zaczął doceniać odcienie, połyski czy wręcz cienie przedmiotów. I wtedy zrozumiał ,że najfantastyczniejszą kompozycje tworzą zwały lodu oświetlone przez słońce. Feria cieni i odcieni dawała malarzowi pokaz siły przekazu dzikiego krajobrazu. Tylko trzeba było to uchwycić. Chciał wrócić do igloo, ale tam nie miał tych wszystkich farb i blejtramów. Więc nie mógł. Malował więc z pamięci. Kiedyś jakiś marszand zdecydował się zrobić wystawę jego prac. I o dziwo wszystkie się sprzedały, a on sam został bogaczem. Kupił helikopter i codziennie przylatywał do igloo malować. Wychodziło cudownie. Nauczmy się zatem doceniać dobry dojazd do pracy.

Jakiej płci jest świat?

Jakiej płci jest świat?

Jeśli ktokolwiek ma wątpliwości, to od razu zdradzę odpowiedź. Żeńskiej. Świadczy o tym cała historia ,że wspomnę Helenkę z Troi, Nefretete , Kleopatrę, czy dalej Idąc Izoldę, Joaśkę od D’Arc-ów, Marysię Tereskę i wiele wiele innych. Ot choćby Bona czy Maryśka co miała ochotę na kawę,  a Janek zabrał wojsko i rozpirzył nawałę niewiernych, aby jej zdobyć ten napój. To jest podstawa na której owe skromne niewiasty zbudowały swój system wartości. Dzisiejszy świat. I tu uwaga , ja nie dyskutuję czy on, znaczy świat, jest lepszy czy gorszy, ja się oprę na faktach. Oto dowody. Co jest najważniejszym osiągnięciem kobiet? Skanalizowanie męskiego popędu płciowego. Przecież ograniczenie chłopa do jednej partnerki przez całe życie jest diametralnie sprzeczne z biologicznymi uwarunkowaniami gatunku. Chłop powinien płodzić ile wlezie, tak jak inne ssaki. A tu sprytne kobitki narzuciły obyczajowość absolutnie sprzeczną z naturą. I to jest pierwszy filar ich dominacji. Drugi to dom. W przyrodzie samiec ssaka jest szanowanym samotnikiem, lub takim sobie władcą haremu. W każdym wypadku ma nieograniczoną wolność, która jest podstawą jego męskości. Ale nie wśród ludzi. Otóż dom to jest miejsce gdzie ma wracać , gdzie ma mu być najlepiej, a co ważne ma w to wierzyć nawet gdy tak nie jest. I tu sprytne panie wprowadzają sobie wygodne zasady, służące do realizacji własnych celów. Mężczyzna czy tego chce czy nie jest praktycznie narzędziem w rękach kobiet. A jak chłop odejdzie to nie jest to odbierane jako akt skrzywdzenia kobiety, tylko jako świadectwo jej nieudolności. Oczywiście, przez inne panie. Wszystko co się w domu dzieje jest sterowane przez panie za pomocą dwóch bardzo dobrze znanych parametrów . Seksu i wyżywienia. Każda , no prawie każda, dorosła kobieta wie jak się tym posługiwać i tu trzeba przyznać mają wyniki. Do tego trochę schlebiania próżności męskiej i wykorzystaniu wrodzonego lenistwa panów / kochanie może kupimy telewizor?/ i pełnia władzy w rękach pań. Więc świat jest rodzaju żeńskiego, co było do udowodnienia.

Rozmowy

Rozmowy

Bardzo mnie śmieszą rozmowy gdzie poważnie opowiada się o sprawach lekko śmiesznych , o słabostkach ludzkich, czy o obyczajach. Oczywiście najbardziej lubię dodawanie do reklam dalszego ciągu, lub podobne zabawy. Dziś jednak nie chodzi o moją erudycję, a o coś z życia. Jak zapewne część z Was wie produkuję wycinane z blachy kratki i inne wyroby. Rozmowy z klientami są dla mnie źródłem ciągłej radości. Szczególną pozycję zajmują rozmowy z klientami delegowanymi do rozmów ze mną przez żony. Najczęściej to się odbywa tak. Żona znajduje moją stronę w internecie  i chce się dowiedzieć więcej szczegółów. Deleguje więc męża, aby do mnie zadzwonił. Chłopina w ogóle nie widzi potrzeby zamawiania jakiejś kratki zasłaniającej otwór, bo według niego ta stara plastikowa spełnia swoją rolę. Żona mu wbija do głowy, że to jest męska czynność , bo ona się nie może znać na wszystkim , bo gdyby tak było, to po co byłby jej mąż. Siła argumentu działa i przymuszony facet dzwoni do mnie. Po pierwszych kilku zdaniach orientuję się  w sytuacji i zadaję Panu pytanie wprost. Czy Pan chce sam coś wybrać, czy to ma być wybór Żony. Panie , słyszę, oczywiście ,że jej. Ja to bym wziął taki a taki model w tym kolorze. Namawiam na konsultacje z Żoną . A po cholerę , ja to chcę mieć szybko z głowy. Nie tędy droga , ostrzegam. Jak Pan tak cos zamówi, to dopiero się Pan wystawi. Jak to, pyta zdziwiony? Panie, wtedy wszystko będzie nie tak i przez całe lata przy byle okazji będziesz Pan słyszał jak Pan Ją namówił i jaka ona była głupia ,że Pana posłuchała, bo gdyby sama wybrała to by było zupełnie inaczej. No nie mam racji. K..a, masz Pan słyszę odpowiedź, więc co robić? Powiedz jej Pan ,że wzór i kolor musi wybrać sama, a względy techniczne bierzesz Pan na siebie. Ok, tak zrobimy. Za dwa dni dzwoni nieszczęśnik. Już mam jasność wzór ten, kolor ten i to oczywiście nie ma nic wspólnego z tym co on sam wybierał. Gość nieśmiało pyta , ale co mi to da? A to tłumaczę, że ile razy ona będzie mijać tę kratkę to będzie dumna , że SOBIE TAKĄ ZAŁATWIŁA. I że to specjalnie dla niej stworzona, tu dodaję, ważna informacja, podtrzymuj Pan ją w tym przekonaniu. Jak, pyta? Jak goście wpadną pokaż Pan kratkę i głośno aby słyszała mów Pan ,że to produkt specjalnie dla mojej Żony wykonany i katem oka obserwuj Pan jak będzie się prężyć z dumy. A Pan będziesz miał spokój. I to przekonuje.

Walerian

Walerian

Mały Walerian miał obsesję. Po części wywołała ją jego rodzona matka, a po części telewizja. Wielokrotnie patrzył na reklamy promujące najnowsze pasty i płyny do zębów. Kość miał zasadniczo żółtawą, ale jego marzeniem były zęby białe jak śnieg. Po wypadnięciu mleczaków , gdy pierwszy rzut zębów stałych zapełnił mu jamę ustną eksperymentował z pastami. Hasło whitening było mu prawie przyjacielem . Szorował zęby szczoteczkami o wszelkich przekrojach, kształtach i rodzajach uwłosienia. Ręczne i elektryczne. Zawsze dochodził do takiego stanu ,że barwa leciutko beżowo złotawa i to by było na tyle. Płukanie , odstawianie herbatki, nie przynosiło pożądanego efektu. Po ukończeniu gimnazjum Walerian zaczął eksperymentować śmielej. Raz urzeczony reklamą Vizira postanowił zastosować go do swoich potrzeb. Najpierw prześledził cały cykl, odnotował czasy operacji, a potem rozpoczął eksperyment. Wziął ściśle odmierzoną ilość proszku do ust i zaczął. Najpierw minutę kręcił głową w lewo, potem stanął na dwie minuty, potem znowu w prawo kręcił i tak przez cały cykl. Gdy przyszedł czas na wirowanie mało nie tracił przytomności, ale świadomy celu wytrzymywał. Nosem puszczał bańki, ale proszku się nie pozbywał. Przecież to słynna biel Vizira. Po ostatnim wirowaniu z radością pozbył się proszku , potem jeszcze dwa płukania i ostatnie wirowanie. Wypluł wszystko i niestety zwymiotował , wypłukał usta i zniecierpliwiony poszedł do lustra. W skrajnym napięciu stał bojąc się otworzyć usta. Zapalił wszystkie światła i wolno rozchylał wargi. No może było troszkę bielej, ale bardzo niewiele. Mocno rozczarowany opadł na krzesło i wtedy przypomniał sobie ostatnie zdanie reklamy. Bielsze nie będzie. Jak się domyślacie Walerian nie był prymusem, a dlaczego znalazł się w liceum? Taką mamy szkołę.

Koledzy

Koledzy

Mamy taki pseudo klub koleżeński składający się z ośmiu kolegów , którzy razem kończyli studia ładnych parę lat temu. Spotykamy się razem w jakiejś knajpce raz na trzy cztery miesiące. Wypijamy co nieco, wymieniamy informacje co tam się u kogo zdarzyło i rozchodzimy się do następnego spotkania. Szalenie miły zwyczaj i jak się okazuje wiele osób też by tak chciało. Oczywiście kelnerki w lokalu w jakim się spotykamy nas znają i już bez pytania podają trunki, a my jakby czas nie istniał pojawiamy się tam regularnie. Jak wspomniałem wielu ludzi mówi ,że tak by chciało, ale tak się nie spotykają. Zastanawiałem się dlaczego? Może to lenistwo? Ale w dzisiejszych czasach wysłać SMS-sa do wielu osób to naprawdę nic trudnego czy żmudnego. Więc co? No może się nie za bardzo lubią i chyba o to chodzi. Skąd taki wniosek? Otóż w naszej ósemce są ludzie o różnych poglądach politycznych i aby się nie dać podzielić wydaliśmy wspólnie zakaz gadek politycznych. Okazało się ,że jeszcze jest dużo innych tematów do rozmowy, wcale nie mniej interesujących. Ale , aby tak sobie narzucić knebel tematyczny trzeba się zwyczajnie lubić i być tolerancyjnym. I chyba tak właśnie z nami jest. Myślę o tym w szerszym kontekście , bo wiem ,że gdyby ludzie działali podobnie jak my to tych napięć i nerwów byłoby na co dzień mniej. Pewnie zapytacie o czym zatem gadamy? Były i nadal czasem są próby sprowadzenia głównych wątków rozmowy do spraw zdrowotnych, ale i koronografia , a już na pewno kolonoskopia nie są to miłe tematy do rozmowy przy piwku czy winie. Został więc wydany zakaz rozmów o zdrowiu i na każde wspomnienie tego tematu ktoś z biesiadników rzuca , znaczy z naszej półki biorą i temat się samoistnie urywa. Ta wizja ma w sobie jakąś siłę. Więc o czym rozmawiamy ktoś zapyta? O wakacjach , o planach, o ich realizacji , o kłopotach z kobietami, wspominamy jak to dawniej było, czy jakby ostatnio o otwarciu po remoncie Hali na Koszykach, gdzie w czasie studiów wpadaliśmy na piwo i zastanawialiśmy się czy nie należy się nam tabliczka pamiątkowa? Pewnie następne spotkanie zrobimy właśnie w tej Hali, tak dla przypomnienia , choć to na pewno nie będzie to samo.

Ostatnie

Ostatnie

Ja w pracy mam różne owoce i warzywka w mikroskopijnych ilościach posadzone, ale fajnie jest tak z krzaczka pojeść. Jak to w życiu wszystko co piękne szybko się kończy. I żal pozostaje. Na przykład poziomki owocowały u mnie od czerwca do mniej więcej 10 października. Jakże to było miło przyjść do pracy i po drodze chapnąć poziomkę. Tak samo truskawki , ostatnią zjadłem w poniedziałek. Była co prawda zielonkawa, ale smaczek miała w porządku. Zapach też. Na moim biurku leży owoc pigwowca, który sobie od czasu do czasu wącham bo już i pigwowce i pigwa z owocu obrane. Przy drzwiach zielenieją jeszcze papryka, ale już też ją troszkę ograbiłem z owoców i pomidorki mocno brzemienne owocem. Zerwałem trochę i podobno mają dojść w domu. Zobaczymy. A tak przy okazji to wiem ,ze Amerykanie jedzą zielone pomidory. I to smażone. W Stanach widziałem to w karcie dań w restauracjach w Kalifornii, ale nie próbowałem. Okazuje się to bardzo proste w przygotowaniu, bo wystarczy umyć pomidorki pokroić w plastry ok 1 cm , obtoczyć w mące kukurydzianej przedtem soląc i pieprząc. Przyrumienić na patelni z obu stron i gotowe. Nie wiem jak to smakuje , nie jadłem, ale zrobię z ciekawości. Do tego jak się dowiedziałem można robić z tych zielonych pomidorów coś w rodzaju konfitury z tym ,że do kilku kilo pomidorów dodaje się sok z 2 cytryn i 3kg cukru. Potem przegryzanie , smażenie i gotowy produkt jako dodatek do sosów sałatek i pieczeni. Też nie wiem jak smakuje. Znalazłem też przepis na kiszenie zielonych pomidorów. Wygląda więc na to ,że się nie zmarnują. I bardzo dobrze. A może ktoś zna jeszcze inne zastosowania tych pysznych warzyw?

PS. A ja tych smażonych pomidorów nie zrobiłem, zapomniałem kupić mąkę kukurydzianą.

Zwątpienie 2

Zwątpienie 2

Zasadniczo nie mam o czym pisać. W moim życiu wiele się dzieje, ale to nie są sprawy do dzielenia się. Zresztą one są nudne. Bo kogo na przykład zainteresuje, że od trzech lat załatwiałem sprawę w jednym bardzo leniwym urzędzie, a kiedy mi się wydawało ,że do końca został jeden papierek to urząd zlikwidowano. Co gorsze to nie wiadomo kto ten urząd zastąpi , kto dostanie kompetencje do załatwienia spraw jakie ten urząd załatwiał. Aha i nie jest to skutek „dobrej zmiany”. Ja tylko zostałem z ręką w nocniku i nie wiem co dalej. Znakiem czasu są też inne sprawy. Z moich spostrzeżeń wynika ,że jedyny urząd, no może organizacja, która się mimo zmian w całym państwie nie zmieniła jest Poczta Polska. Ani nie zlikwidowała kolejek , ani nie doręcza przesyłek na czas, a już taryfy nie mają nic wspólnego z opłatami. To zdumiewające ,że ta firma jeszcze nie zbankrutowała. Albo notariusz , dawniej aby nieruchomość sprzedać lub kupić trzeba było mieć tytuł własności i tyle. A teraz , do każdej transakcji długa lista niezbędnych dokumentów i to żądanych przez najmniej istotne jednostki w procesie przenoszenia własności. Ot choćby księgi wieczyste, gdzie należy zarejestrować transakcję , wymagają na przykład zaświadczeń o tym ,że grunt nie podlega rewitalizacji rolnej. I to wydaje jeden urząd , a z drugiego należy donieść zaświadczenie ,że grunt nie będzie zalesiany. I oczywiście za wystawienie każdego „dokumentu” opłaty. Czasem myślę ,że urzędy żyją z takich opłat i same sobie wymyślają różne procedury wymagające zaświadczeń. Prawda jest taka ,że każdy z tych urzędów ma system komputerowy i wystarczyłoby je połączyć i jak to się mówi spod palca można by uzyskać każdą informację. Ale lepiej jak petenci latają od biurka do biurka , po drodze kasa, a ci za biurkiem marnują tusz drukarki na te zaświadczenia i ich późniejszą archiwizację. Bo uzyskany dokument należy zeskanować , oryginał w teczkę i do archiwum. Tylko po co? Więc o czym tu pisać , kiedy sprawa jaką się chce załatwić znika gdzieś w oparach absurdu.

Kobiety

Kobiety

Wczoraj opisałem pewną posłankę i nie do końca zdawałem sobie sprawę jak zostanie to odebrane. I dostałem po nosie. Pewnie się należało. Ja chciałem co prawda wyrazić zależność pomiędzy pewnymi cechami kobiety, a jej stosunkiem do życia, ale nie wyszło. Nie wiem dlaczego tak jest, ale jeśli kobieta ma agresywny stosunek do rzeczywistości to wiadomo , że jej coś nie wyszło. Wiadomo ,że nie jest spełniona. I tak jest pewnie w przypadku posłanki. Nie wiem z czyjej to winy i czy w ogóle taka wina jest. Ten tekst pisałem fantazjując jaka ona by była gdyby spełniła się w taki najbardziej powszechny sposób. I tu się nie mam za co wstydzić , bo pewnie byłaby szczęśliwsza, a co za tym idzie mniej agresywna, wyrozumialsza i bardziej ludzka. Pytanie czy wtedy by ją wybrano na listy wyborcze? Na to nie jestem w stanie odpowiedzieć, bo nie ja te listy konstruowałem. Jest jeszcze inna kwestia, może posłanka tak specjalnie się skoncentrowała na karierze zawodowej i jak się okazuje politycznej. Czy jej to do końca odpowiada, jaki jest koszt takiej kariery i czy uzyskane taką drogą satysfakcje starczą? To niestety jest problem jaki stawia przed sobą każda kobieta, bo jak wykazują doświadczenia nie ma takiego rozwiązania , aby być jednocześnie spełnioną kobietą matką i kobietą z karierą zawodową. Zawsze trzeba coś poświęcić. Tyle o prawdzie, ale nie zamyka nam ten stan drogi do wyobrażeń na przykład typu , a jakby to było, gdyby Prezes tej posłanki miał rodzinę? Jaki byłby on sam, jaki byłby jego stosunek do niektórych zgłaszanych haseł? Pewnie inny, może by musiał mieć prawo jazdy i konto w banku. Wiedzieć co to znaczy oszczędzać , planować wydatki, wysyłać dzieci do szkoły czy też do oddziałów samoobrony? Cała wielka część problemów życiowych by mu nie umykała. A tak to teoretyk bez własnych przeżyć. Z tym ,że raczej kobietą nie jest wbrew tytułowi tego wpisu. Pytanie , które się ciśnie na usta to, czy tacy amatorzy mogą w ogóle decydować w sprawach dotyczących życiowych interesów rodzin? 

Posłanka

Posłanka

Jest taka posłanka głęboko nieszczęśliwa, która wszystkim sprawia kłopot. Nie będę jej dokładnie nazywał, ale pewnie i tak się wszyscy domyślą. Osoba ta jest wiecznie zła , skrzywiona i nastawiona do rzeczywistości wrogo. Niby wykształcona , zatrudniona na etacie profesorskim, ale bez tytułu z Belwederu. Z wyglądem robi wszystko, aby wyglądać możliwie najgorzej, a jej sytuacja rodzinna to gorzka samotność. Do tego dochodzi stołowanie się w stołówkach, jedzenie byle czego i byle jak. To wszystko zabija w tej kobiecie to, co mogłoby być najpiękniejsze. Strasznie jest mi jej żal, bo to nieutulanie przez życie, bardzo źle wpływa na jej stosunek do świata. Oczami wyobraźni widzę jaką mogłaby być gdyby nie jeden szczegół. Jest samotna. A jakby któryś samiec się poświęcił i przyjechał do niej, nawet na lekko kulejącej chabecie jako ten rycerz, to wszystko by to zmieniło. Oczami wyobraźni widzę jak rano wstaje rześka zarzuca szlafroczek i pędzi do kuchni robić dziatwie śniadanka do szkoły. Włos jeszcze w nieładzie, ale dobre z gruntu serce każe na te kanapeczki poukładać poza serkiem żółtym jeszcze troszkę szczypiorku, papryczki, tak aby nie tylko smaczne ale i ładne były. Potem jajecznica dla starszych i tego jeźdźca od chabety, potem toaleta. Prysznic , układanie włosów , odrobinka lakieru, kremy , podkład , czerń na rzęsy, lekka szminka na ust korale i stonowany, ale gustowny kostiumik. Wychodzi z łazienki, a tam mąż w zachwycie szepce jej do ucha jakieś uwagi na temat wczorajszego wieczoru, lekkie zaróżowienie przebija się spod pudru , ale oczy błyszczą w zachwycie i myśl jedna, no może dziś powtórzymy. Potem uczelnia, wykładzik i zasłuchana dziatwa. Niestety wieczorem do stolicy, na nocne posiedzenie. Całe szczęście ,że obiadek ugotowała na dwa dni. Wieczorem w kuluarach ostatnie ustalenia z kolegami z ław i seria głosowań. Jedno wystąpienie, stonowane, logiczne i pełne argumentów. Po nim brawa od kolegów i zazdrosne spojrzenia opozycji. Krótka drzemka w hotelu sejmowym i powrót do domu, a tam od progu okrzyki – Mama wróciła! I tak pięknie by mogło być gdyby nie to ,że ten na chabecie nie dojechał.

Niosąc nowe przy stole

Niosąc nowe przy stole

Dzisiaj przy stole to się tylko je. A i to czasami, bo wielu młodych ludzi nie jaka na siedząco. .Śniadania to właściwie wszyscy na stojąco jedzą , albo w ogóle. Szybko trzeba do pracy , dzieci do przedszkoli lub szkól i dopiero za biurkiem czyli Kinder Bueno czy, coś równie pysznego. Parę dni temu byłem świadkiem zdarzenia , które opiszę. Pojechałem po swoje detale do pewnego warsztatu gdzie pracuje Ojciec, Syn i dwóch pracowników. Trafiłem akurat na przerwę na śniadanie. Trzech starszych siedziało wokół stolika i ze smakiem pałaszowało kanapki z wędliną, czy boczkiem, popijając to herbatką. W lekkim oddaleniu przy sąsiednim stole siedział Syn właściciela i jadł swoje śniadanko, na które składała się głównie mieszanka warzyw. Z plastikowego pudełeczka widelczykiem pobierał kolejne porcje sałaty, czy innego krojonego zielska , wkładał do ust i z apetytem pochłaniał popijając to wodą bez gazu. Moją uwagę zwróciły miny pozostałej trójki w momencie gdy młodzieniec wkładał do ust te witaminki. Niechęć pomieszana ze zdziwieniem, czy wręcz obrzydzeniem malowała się na twarzach całej trójki, tak jakby ten młody człowiek zjadał coś niebywale niedobrego. Zastygła niechęć powodowała ,że na chwilę oni sami przestawali jeść i nawet chyba nie czuli co jedzą, tak byli skupieni na tym jak można wsuwać to zielone z takim zadowoleniem. Potem gdy witaminki nikły w ustach Syna do wszystkich trzech docierał pyszny smak mięska i i wyraz twarzy zmieniał im się na coś w rodzaju uniesienia, by za chwile znowu ustąpić czemuś w rodzaju zniechęcenia. Patrzyłem na ten spektakl jak oniemiały i trudno mi było oderwać oczy i wyrazić po co przyszedłem, ale wyrwałem się z letargu i wyartykułowałem o co mi chodzi. Jeden z trójki raptownie odłożył kanapkę i jakby uwolniony od ciężaru patrzenia na zajadającego sałatę chłopaka szybko pobiegł po moje detale. Chłopak zaś chrupał bez skrępowania zapatrzony w monitor. Taki bohater dietetyczny. Myślę ,ze taki rodzaj posiłku dawniej się nie zdarzał. A przy stole można znacznie więcej o czasach w jakich się żyje niżby się mogło wydawać.