ktak

Właściwie bez wiodącego tematu, takie tam pisanie co mi do głowy przyjdzie

Wpisy z okresu: 11.2016

Koledzy, gdzie?

Koledzy, gdzie?

Taki mamy problem. Razem z kumplami spotykamy się raz na kwartał w jakiejś knajpeczce, aby powspominać dawne czasy, dać w palnik i w ogóle, aby się troszkę oderwać od szarej codzienności. Jak się okazuje nad całym życiem mężczyzny wisi pytanie. Gdzie to robić? I tak jest od wczesnych lat młodzieńczych, bo najpierw się szukało miejsca na igraszki z dziewczętami, na popijawy z kolesiami, potem się szukało miejsca do zamieszkania z Żoną i popijawy z koleżkami, Potem zamiana starego lokum na większe, bo dzieci , a problem popijaw z kolegami też ciągle obecny.  Na chwilę obecną pytanie gdzie obejmuje dwa tematy , gdzie się podziać na stare lata i gdzie się napić z kolegami. Ta krótka analiza życia pozwala zauważyć ,że w życiu samca temat gdzie się wybrać z kolegami jest obecny stale przez długie lata. Ta obecność nie pozwala do niego podchodzić byle jak. Za młodu to wystarczało minimum odosobnienia i napoje byle mocne, ale z czasem to podlegało ewolucji. Nigdy zasadniczo nie chodziło o to by się upodlić, choć niestety się zdarzało, ale raczej by sobie poprawić humor, pogadać. A dla tych czynności nie jest wszystko jedno gdzie się sączy i co się sączy. Nas na tych spotkaniach jest z reguły ośmiu i każdy ma swoje preferencje alkoholowe i kulinarne. Tylko jeden z nas pija zwykle wódkę, pięciu z reguły wino, a dwóch piwo z tym ,że jeden bezalkoholowe , bo mieszka poza miastem i jako kierowca nie nadużywa. Drugi piwosz to ja. Z jedzeniem bywa różnie, są tacy co muszą zjeść, inni nie. Ale jedno musi być, możliwość aby pogadać. Jest też problem cen. Winopijcy nie bardzo chcą płacić za butelkę byle jakiego wina 70 zł , cena 40 zł jest do przyjęcia , bo braki w winie pokrywa miłe towarzystwo. I tu powstaje problem jak znaleźć dla takich wymagań stosowna knajpkę. Czyli wraca pytanie gdzie? To wcale nie jest łatwe zadanie i mimo, że mamy w towarzystwie wybitnych znawców knajpingu to są problemy. I to wiszące nad głową pytanie gdzie, będzie nam pewnie zatruwać radość życia do końca dni. I bardzo dobrze, bo to znaczy ,że jeszcze się chce.

Psy

Psy

Czy psy mówią? Cholera wie, ale szczekając chyba sobie przekazują jakieś informacje. Na przykład , nie podchodź , bo ugryzę, a wtedy adresat, albo się odszczekuje w szczeku typu – grozić to możesz swoim kolegom , czy też- a może ja Ciebie. Może jest też wersja łagodna typu- no dobra idę sobie. Tego nie wiemy, ale wiadomo ,że pies szczeka mając coś na celu. Szczeka aby zwrócić na siebie uwagę i tu są możliwe trzy komunikaty: pobaw się ze mną, daj jeść , wyjdźmy na spacer. Trzeba dobrze znać swojego psa, aby wiedzieć o czym on szczeka. Są też komunikaty o zupełnie innym znaczeniu. Komunikaty miłosne. Gdy pies wyczuwa sukę w rui , to nieważne ,że dzieli ich rasa , wzrost czy temperament, on jakby kwili do niej, maleńka jaka Ty śliczna jesteś , jak uroczo trzymasz ten ogonek / nawet do bokserki/, czy bardziej wyrafinowane typu ale z Ciebie laska. Psy łańcuchowe w swojej większości używają prostego szczeku maleńka zrobię co zechcesz tylko podejdź. Ciekawie jest z tym szczekaniem na osiedlach. Gdy pod oknami znajomego pieska wesoło szczeka suczka gotowa na wszystko to szczeka, chodź do mnie książę, a on z drugiego pietra przez drzwi , no nie mogę bo mnie zamknęli, ale tęsknię jak nie wiem. Ona na to ja też, wyjdź proszę , a on odszczekuje , to może wieczorem? I tak się zdarza ,że wieczorem wychodzą o podobnej porze, a wtedy zazdrosna Pani trzyma biednego pieska na uwięzi, a on ciągnie podszczekując do najmilszej, już lecę. Z tym ,że z nieznanych przyczyn Pani mu nie pozwala. Może zazdrość? Nie wiem, ale psy mają przez to problemy psychiczne typu depresja, suczki niekryte też cierpią i wyją po nocach , oj jakbym chciała. A państwo nieczuli, bo pies i tak kocha i wybaczy. Ale sami państwo dokazują ile wlezie , a biednemu zwierzęciu nie wolno? Potem się dziwią ,że wyje po nocach. A co ma robić? I tak go wykastrują. I właśnie stąd wywodzi się określenie psi los.

Okna

Okna

Patrzę rano przez okno i coraz więcej widzę. Roślinność gubi liście i igły na zimę, a ja widzę coraz więcej przez to samo okno. A jeszcze sobie odsunę firankę. Wtedy świat za oknem jest bezwstydnie goły, ale czy przez to ciekawszy? Myślę ,że zima tak obdziera nas z intymności , że nawet jak za oknem jest śnieg na gałęziach to się to za oknem zlewa w nieopisywalny obraz tła jakiegoś, bez wyrazu. Ktoś powie , a co jak się śnieg tak uroczo skrzy w promieniach słońca? No może wtedy troszkę atmosfery to wprowadza , ale niestety takich dni jest mało, a i jak są to się z zimnem kojarzą. Więc co z tego ,że się skrzy? Świat za oknem zwyczajnie banalnieje i nie ma się czym zachwycać. To morze zaciągnąć zasłony? Można i wtedy od razy jakby cieplej, można odpalić kominek, czy zapalić nastrojowe światełka. I tu wychodzi nasza przewaga nad Holendrami, bo tam nikt nie zasłania okien. Tradycja dość stara , bo parę setek lat temu uważano ,że jak ktoś zasłania okna to spiskuje przeciw władzy. Więc nie zasłaniali, a i tak spiskowali, ale odruch został. U nas w kraju nikt takich przepisów nie wydał więc zasłaniamy ile wlezie. A to żeby sąsiad nie zobaczył nas w gaciach po kąpieli albo , by nie wypatrzył u nas nowego telewizora, bo wtedy na pewno przyjdą i ukradną. Kto nie wiadomo, ale przyjdą , a jak go wyniosą jak ma 50 cali nie wiadomo ,ale na pewno zabiorą. Więc zasłaniamy. I nie jest prawdą ,że dla nastroju. W tej sytuacji marzy mi się chwila gdy z dnia na dzień drzewka będą się pokrywać zieloną mgiełka, że listki z dnia na dzień będą większe i za oknem będzie na co patrzeć, bo telewizor sąsiadów mnie nie interesuje. Dziwak ze mnie. Tak samo uważam ,ze z łazienki do pokoju mogę przejść w gaciach , a i na golasa mi się zdarzało. I szczerze powiem , nie bardzo mnie interesuje co sądzi sąsiad o poemacie mego ciała. Ja kocham swobodę. Okna zaś są nie po to by mnie krępować a po to by zasilać pomieszczenia w światło i dawać piękny kojący widok.

Lody

Lody

Czy należy jeść lody przez cały rok? Podobno tak , bo jak stwierdzili japońscy naukowcy to bardzo poprawia możliwość koncentracji. Szczególnie jeśli te lody je się z rana. Czyli coś dla Małysza , zamiast bułki z bananem, lody. Japońscy naukowcy fascynują mnie nie od dzisiaj, a tematy jakie badają jeszcze bardziej. Japończycy mają dziwną cechę, sami nic odkrywczego w sensie naukowym nie wymyślą, ale są za to mistrzami w rozwijaniu istniejących odkryć. Ilość zastosowań jakie im przychodzą do głowy, nawet najprostszych zjawisk jest przeogromna, a skłonności do eksperymentów jeszcze bardziej nieposkromione. Ot pierwszy z brzegu przykład to hodowla wołowiny prowadzona w ten sposób, aby krowy nie piły wody tylko piwo , albo rozwodnioną sake. Wtedy mięso nabiera z czasem kruchości, a warstewki tłuszczu są bardzo cienkie i równomiernie rozłożone. Czyli wołowina pijanej krowy jako produkt, została wprowadzona na rynek i jest jedną z najdroższych wołowin świata.  Nie bardzo jestem w stanie oceniać wszystkie działania japońskich naukowców , ale ot takie rzeczy, jak wynaleziony w Japonii kieszonkowi odtwarzacz kaset, tak zwany Walkman, to typowy przykład. Nie Japończycy wymyślili magnetofon, ale właśnie oni go wykorzystali w wielu urządzeniach. Mało to co prawda naukowe, ale daje wyobrażenie o zjawisku. Tak samo jak z produkcją mieczy samurajskich o nazwie katana. To nie Japończycy wymyślili stal kutą i hartowaną, ale właśnie oni potrafili tak zrobić miecz by składał się on z setek warstw takiej stali.  Jak się dorwali do technologii produkcji lodów to robią lody o wszystkich możliwych smakach. Nawet o smaku boczku czy ryby. A wracając do początku to myślę ,że te zdolności mają po tym jak jedzą codziennie ryż i surowe ryby z wodorostami czyli sushi. Bo jak należało wykazać, kto codziennie je surowe, ten jest kreatywny, i za to fundamentalne odkrycie powinienem dostać stopień naukowy jakiegoś uniwersytetu w Japonii. Mogę nawet wziąć profesurę, a co tam. Jest jeszcze dużo rzeczy do udowodnienia.

Dewaluacja

Dewaluacja

To smutna historia ale wychodzi na to ,że najbardziej na wartości tracą książki. Po 30 latach półkowania książka traci na wartości SZEŚĆDZIESIĘCIOKROTNIE. I to jest minimum. Ciekawe są bowiem nie wszystkie książki w tak zwanym wtórnym obiegu. Warto trzymać np. pierwsze wydania , bądź znane tytuły wydane w bardzo małym nakładzie. Do tego ci co się zajmują obrotem książkami mówią ,że w ogóle idą trochę książki po 3-5 zł, a droższe leżą . Mówią też o spadku czytelnictwa, o braku zainteresowania bibliotek z powodu braku miejsca i spadku ilości czytelników. Młodsi podobno prawie w ogóle nie czytają książek w tradycyjnej formie , a jeśli czytają to na tabletach czy smartfonach. Książki w cenach 30-40 zł nadają się na prezent i tak właśnie najczęściej są kupowane. Ten stary księgarniany biznes powoli zamiera, spadają nakłady wydawanych książek. Co ciekawe przy stosunkowo niskim koszcie wytworzenia/ bez praw autorskich/ ludzie coraz chętniej wydają książki w małych nakładach własnym sumptem. Jeśli sprzedadzą sami około setki książek to każda następna to czysty zysk. Może rzeczywiście to jest najlepsza forma rozwoju dla początkujących pisarzy, bo pomija się te wszystkie hurtownie i detale gdzie cena astronomicznie leci w górę , ale traci się to co daje wydawca, a więc marketing, przygotowanie do druku i redakcję książki. Co ciekawe za tym trendem idzie inny. Otóż w mieszkaniach oddawanych do zamieszkania brakuje miejsc na regały z książkami i ich posiadanie jest trudne do realizacji. Dużo częściej w mieszkaniach młodych można znaleźć CD niż książkę. I ja nie mówię o tomikach poezji, tylko o zwykłych nawet romansidłach. Dotyczy to tak na oko ponad 95% młodych ludzi. Jeszcze coś dla dzieci jest ok, ale tak dla własnej przyjemności to VOD czy coś z Youtube’a. Z tych źródeł korzysta wielu młodych i nie muszą być to strzelanki czy mdłe romansidła. Drogowskaz dla twórców, gdzie działać aby trafić do odbiorów. Takie mamy czasy.

Kreatywność

Kreatywność

Miałem dzisiaj fajną dyskusję z panem ślusarzem na temat młodzieży. No nie była to długa dyskusja , ale zawsze. Pan się na młodzież skarżył ,że nie czyta, że nie ma zainteresowań, że ma za łatwo, a na koniec ,że nie ma marzeń. Czyli gość mocno rozczarowany, wiem dlaczego. Szuka pomocnika i co się jakiś pojawi, to po dwóch, trzech dniach odchodzi, bo jak twierdzi ślusarz, u niego trzeba pracować. Zatem ocena młodych mocno zdeterminowana sytuacją osobistą. Zacząłem myśleć jak to z tymi młodymi jest. Dawniej, rany jak ja pieprzę, to jak się poczytało książki o Tomku, czy jak to ryby śpiewają w Ukajali, to się miało marzenia. Mało kto jednak marzył , by na jego łące dzięcielina pałała, czy aby dostać się na strome brzegi Donu. Raczej szło w stronę „Dziejów grzechu” , niż „Lalki”, a co do wyboru zawodu to było prosto, albo zawodówka sprofilowana prosto, czyli stolarz, murarz czy elektryk, albo nauka bardziej zaawansowana typu technik ekonomista czy liceum pielęgniarskie. Ci co się nie potrafili zdecydować, szli do liceum, a potem na pożal się Boże studia. Nieudacznicy tacy, uczniowie nie studia. A dzisiaj jak mają marzyć o zawodzie czy o drodze życiowej? Czy filmy i gry typu Maincraft gorzej rozbudzają wyobraźnię niż Dziady część III? Nie wiem, ale po tej drugiej pozycji wielu młodych, już za moich młodych lat, chciało się targnąć. Teraz głównie czytają streszczenia i opracowania w necie i w 99% nic im to nie daje. A marzą też nie o zostaniu mistrzem stolarskim typu Gepetto, tylko raczej o projektancie systemów informatycznych czy powtórzeniu kariery Billa Gatesa, lub Roberta Lewandowskiego. I bardzo dobrze rozumieją zasady funkcjonowania rynku, wiedzą jak się na nim odnaleźć. Nie to co my, więc nie nam ich oceniać czy krytykować , bo my ich świata zwyczajnie nie znamy, a krytykowanie tego czego się nie zna to zwykłe krytykanctwo. 

Ciastkarnia

Ciastkarnia

W niedzielę około 12 poszliśmy z Żoną do sklepu pod tytułem ciastkarnia. Jechaliśmy do mojej Mamy znanego łasucha i solenizantki. Zakład ów mieści się przy kościele, więc po drodze z mszy można po coś słodkiego wpaść. I chyba pół kościoła wpadło. Nie, inaczej, podejrzewam ,że rodzinka na mszy, a dyżurny po ciacha. Dla mnie to ciekawe doświadczenia, bo lubię ludzi obserwować. Najpierw parking, wszyscy samochodami podjeżdżają, a parkingu nie ma, przepraszam jest nieduży dla tych co do kościoła przyjechali, a dla reszty, czyli ludzi taka sytuacja, chodnik szerokości około 10 metrów ale tak obudowany słupkami aby broń Boże nikt nie wjechał. Taniej postawić słupki niż zrobić zatoczkę parkingową. Tyle ,że parking ludziom służy, a 8 metrów szerokości chodnika nikomu, bo demonstracji i przepychania nie ma. Ale słupki są , a po co? W środku zakładu kolejka jak dawniej w mięsnym, gdy rzucili. I tu ciekawe trzy grupy klientów. Pierwsza w mniejszości po jednym cieście czy kilka ciastek tego samego rodzaju. Za ladą pięć pań obsługuje ten ruch, a szósta donosi blachy z coraz to nowszymi wypiekami. Druga grupa klientów najliczniejsza po co najmniej dwa , trzy rodzaje ciast. I z nimi obowiązkowe pogaduszki, a czym się różni sernik krakowski od warszawskiego, czy takiego posypanego migdałami. Krakowski ma rodzynki, a warszawski nie , bo jak się pojawiały w Polsce to zanim dotarły do Warszawy Krakowiacy wszystko zjadali. A to urocze żarciki czy comber jest zajęczy na słodko, czy dyskusje o składzie bajaderek. A w kolejce napięcie rośnie. Z tym ,że wybuch nie grozi, bo wszyscy nabuzowani, po dotarciu do lady patrzą na te pyszności, a w głowach proces myślowy, co by tu jeszcze wziąć. I ten interwał czasowy od dotarcia do szklanej gabloty z ciastami do momentu rozpoczęcia zamawiania wystarcza na uspokojenie. Potem już tylko ślinotok, pakowanie ,zapłata i czym prędzej do domu. Niektórzy nie wytrzymują i biorą jeszcze pączka na miejscu. I trzecia grupa klientów , ja ich nazywam bywalcami przychodni lekarskich, bo zakupy traktują jak wydarzenie towarzyskie. Każdy zamówiony kawałek keksu oglądają , liczą skórki pomarańczowe i inne dodatki, porównują i wcale im nie przeszkadza ,że  za nimi kolejka ludzi ,którzy też chcą się zaopatrzyć. Wreszcie pada sakramentalne – to wszystko i pani z obsługi zaczyna liczyć , mniej więcej w połowie tej czynności kupujący przypomina sobie ,że właściwie to wysłano go po drożdżowe , a on go nie kupił, więc powrót do półek i druga runda liczenia i pakowania. Na końcu pada sakramentalne czy to już wszystko? I wtedy rozlega się , a wie pani ,że jednak może zamiast keksu to wezmę to z galaretką , bo trochę mniej słodkie , a wie pani ja mam problem z cukrem i tu się zaczyna , co jest dobre, a co złe , co mówił lekarz…..A ludzie stoją i kiedy jeden pan trzynasty w kolejce z twarzą czerwoną ze złości mówi przepraszam, ja tu będę stał i zbiera się do rękoczynu, kupujący trzeciego rodzaju mówi, ojej ile ludzi, a ja pani tu zator robię, to już szybko kończmy. A po chwili, tylko jeszcze proszę mi tej chałwy z pistacją jeszcze ćwierć kilo dorzucić. A czy ona aby świeża, to może ja bez pistacji wezmę i na głos do wszystkich, już kończę. Obsłużony klient wychodzi, a kolejka oddycha z ulgą , do następnego takiego ancymonka. W tej sytuacji nasuwa się myśl , jak można było kiedyś żyć bez cukru?

Wazeliniarstwo

Wazeliniarstwo

Jesteśmy świadkami prawdziwych zawodów w wazeliniarstwie. Kilku facetów ogarniętych obłędem a mających dużo do powiedzenia bezkrytycznie pełnymi garściami czerpie tę wazelinę. Nie chcę pisać o polityce ale o życiu. Zatem zastanawiam się jaki wpływ na świat i życie pojedynczych ludzi ma to zjawisko. Odpowiedź jest krótka- olbrzymi. Począwszy od tego ,że w wielu domach małżonkowie sobie słodzą nieszczerze, wykorzystują pochlebstwa do własnych celów, co najgorsze zazwyczaj skutecznie. Poprzez szkoły wszelkiego rodzaju, pracę zawodową , aż po kariery na najwyższych stopniach władzy. Przecież wazeliniarstwem wpadającym w przekupstwo jest działalność wielu firm farmaceutycznych polegająca na opłacaniu szkoleń „najlepszym” lekarzom w zamian za zapisywanie ich specyfików. A szkolenia są w atrakcyjnych miejscówkach. Z drugiej strony w urzędzie załatwiając sprawy jakże łatwo zyskać sobie przychylność urzędniczki chwaląc jej np. niebanalną urodę. Ale gdy kogokolwiek zapytać co sądzi o wazeliniarstwie, to obrzydzenie natychmiast wskakuje na oblicze pytanego, a „szczere” słowa są wyrazem najwyższego oburzenia tym procederem. Ciekawe jest także całe spektrum usprawiedliwień jakich sobie wazelinujący udzielają. W domu to się zwykle robi „dla dobra partnera, lub dzieci”, w pracy nazywa się to dbaniem o własną karierę z tym że tu zasięg czynności podchodzących pod usprawiedliwienie rozszerza się o intrygi, kłamstwa itp. W szkole to zdobywanie sobie dobrych relacji z nauczycielem- proszę Pani ja chętnie wytrę tablicę itp. Wygląda więc na to ,że ci co nie wchodzą w d..ę to frajerzy nieudacznicy życiowi i skazują siebie i swoich bliskich na rodzaj społecznej banicji, wręcz na pośmiewisko. I niestety tak jest.

Piosenka

Piosenka

Coś mnie dopadło i pod prysznicem zacząłem śpiewać „Chlopcy z obcych mórz….” Sławy Przybylskiej . Myje to swoje boskie ciało, śpiewam słowiczym głosem i zastanawiam się nad wymową słów piosenki. Toż to była olbrzymia tęsknota za światem, którego poznanie dane było nielicznym, a okupione heroiczną walką z morską potęgą. Samotna dziewczyna patrzy na marynarzy światowców , którzy opowiadają jak to jest w portach na różnych kontynentach. W opowieściach obskurne nabrzeża Afryki czy Azji mienią się barwami, zapachami i smakami, a już na przykład port w Nowym Jorku to prawie księżycowe wyzwanie. Słuchającym oczy błyszczą, a dziewczę kwili, weź mnie z sobą. A dziś, po latach, jak to wygląda? Oczywiście dalej prosperują knajpki portowe, choć dziś marynarze wolą dyskoteki i kluby gdzie trudno odróżnić czy jest się w Hamburgu, czy w Helsinkach. Gdzie rozbrzmiewa ta sama muzyka, podobne drinki są serwowane, a dziewczęta bajerowane na opisy portu w Durbanie odpowiadają , co ty, tam syf z malarią i biedny marynarz ma przerąbane. Ona tam była i to widziała i nie da się nabrać. Co więc może pociągać kobietę w marynarzu? Może poczucie niezależności? Czyli pewność , on wyjedzie a ja będę miała spokój? To po paru latach związku a nie na początku. Może kasa, i to na pewno, a czy romantyzm takiego trudnego życia? Czy jeszcze są uczucia tak silne ,że oprą się rozłąkom? Może są. Dzisiaj z żoną gadają przez Skype, machają dzieciom i może jest wszystkim łatwiej. Może nie trzeba tyle siły woli by jak śpiewała Alicja Majewska „ męska rzecz być daleko, a kobieca wiernie czekać”? Jako wyjście awaryjne zawsze jest przecież jakiś urzędnik z kapitanatu , który wilka morskiego może czasowo zastąpić. Są podobno nawet tacy co robią to zawodowo, ale to na pewno plotki, bo życie popiera wzorzec Alicji Majewskiej. Czyli „chłopcy z obcych mórz” się zdewaluowali, jak i wiele innych symboli.

Duszek

Duszek

Nie wszyscy zdajemy sobie sprawę ,że wokół nas jest mnóstwo zjawisk o jakich nie mamy pojęcia . Jednym z nich są duszki. Dziś opiszę jak żyje Duszek Kapustnik, w skrócie DK. To bardzo pogodny, choć nie powszechnie lubiany duszek. Ma on naprawdę niełatwe życie. Ale od początku. Przychodzi lato i DK wygrzewa się w słońcu kryjąc się od czasu do czasu w zaciszu listków kapusty. Jedyne czego się musi obawiać to zające i ślimaki. Ale jedne słychać z daleka a drugie są tak wolne ,że prawdziwego niebezpieczeństwa nie ma. Czyli, wakacje na Hawajach. Ale lato się kończy i na pola wkraczają Ci co wycinają kapustę. Trzeba uważać aby się nie dostać pod nóż, a potem wraz z główką rzut do kosza i podróż do rolnika. Tam się dopiero zaczyna horror. Najpierw szatkowanie i tu trzeba się wykazać niesamowitym refleksem przeskakując nad ostrzem aby nie zostać rozciętym na pół. I boli to i półduszek ,źle się kojarzy. Załóżmy ,że się udało i wciskają go do beczki wraz z posiekanym kapuścianym chrustem. Potem ubijanie nogami. Dawniej, jak to robiły kobitki w samych spódnicach było na co popatrzeć , a teraz? Gumiaki na nogach , spodnie i tylko nacisk większy. Taki ubity duszek leży sobie potem miedzy szczątkami główek i czuje jak kwasy go zaczynają podszczypywać. Tu żre , tam żre, no nie jest, ani łatwo, ani przyjemnie. I trwa to jakiś czas, aż wreszcie zabierają go z beczki w małej porcji ukrytego i przenoszą do ciepłego pomieszczenia i do gara, albo na talerz. Gdzie by nie trafił i tak kończy w ustach, potem przejście przez kichy , ale oswojony z kwasem daje radę, a potem wspólnie z kolegami wydostają się na zewnątrz z charakterystycznym hukiem. I to nie jest miłe , bo nikt dosłownie go nie lubi. Psikają na niego jakimiś sprejami, walczą z nim w powietrzu dziwne komórki o brzydkich zapachach i jak ma szczęście to otworzą okno, a on czym prędzej wylatuje. Wreszcie wolny, nie wadzi nikomu, ale gdzie lecieć? Stoi w powietrzy jak dron i zaczyna próbować odnaleźć jakiekolwiek tropy kapuścianych pól, tych hawajskich wakacji. Ale nie odnajduje, więc przyczaja się w ostępach leśnych gdzieś na mokradłach i czeka na słońce , potem przelatuje na skraj lasu i już czuje, że kapusta coraz bliżej. Dopada jej i tak zamyka się cykl. Z tym ,że kurde , nie jest łatwo. Ale DK brzmi dumnie.