ktak

Właściwie bez wiodącego tematu, takie tam pisanie co mi do głowy przyjdzie

Wpisy z okresu: 4.2017

Wywiad

Wywiad

Wysłuchałem parę dni temu bardzo ciekawego wywiadu z bokserką, Agnieszką Rylik. Wywiad przeprowadzono w związku z wypadkiem żużlowca Tomasza Golloba. Pytanie zasadnicze brzmiało- dlaczego sportowcy po zakończeniu kariery w sporcie ryzykownym dla zdrowia, dalej ryzykują? Problem postawiony ciekawie i Pani Agnieszka  starała się na pytania odpowiedzieć. Po pierwsze opowiadała ,że sam sport, to nie wyniki , czy doping kibiców jest najważniejszy, tylko zastrzyk adrenaliny i to co się przeżywa w stanie nieosiągalnej dla nietrenującego człowieka koncentracji. Ten stan jest dla wszystkich sportowców rodzajem narkotyku. Chce się go więcej i więcej, a potem przychodzi czas ,że ciało nie pozwala na takie uprawianie sportu , które daje możliwość wywołania stanu owej koncentracji. Sportowiec pozbawiony tej możliwości czuje się jak kaleka, jak człowiek drugiej kategorii, więc szuka. Karierę kończy się zazwyczaj w wieku młodym w porównaniu z innymi zawodami, siły fizyczne też są ponadprzeciętne, a jednak już trzeba kończyć. I dawała przykłady jak sobie z tym stanem radzą sportowcy. Ot choćby Małysz po latach ryzykowania w skokach przesiadł się do bardzo niebezpiecznego samochodu. Czy tragedie sportowców tak zwanych powracających, którzy myślą ,że jeszcze mogą, ale organizm mówi nie. I wtedy? Alkohol, czy też nerwice i inne problemy. Jak wynikało z tych słów depresję ma właściwie każdy i niestety tylko część z niej wychodzi. To tak na marginesie gadania, jakie to boskie życie mają sportowcy. A ja zostałem fanem Pani Agnieszki. Jak ktoś jest mądry, to ja to bardzo cenię. Jej się udało, ale to raczej wyjątek niż reguła.

Grill

Grill

Stanąłem przed decyzją o zakupie grilla. Mam duży taras , znajomi i rodzinka lubią, my z Żoną też więc trzeba kupić. Zainteresowałem się więc tematem i co się dowiaduję. Są dwa rodzaje grilla na gaz i na węgiel. Znawcy twierdzą ,ze rodzaj paliwa nie ma kompletnie wpływu na smak potraw, więc można przyjąć ,że pod tym względem produkty są ekwiwalentne. Gaz ma jedną wielka przewagę , bo grillować można już po pięciu minutach od zapalenia ognia i to nawet w słotne dni jesienne. Ale jest oczywiście droższy. Ważne jest też czy butlę się chowa do środka , bo wtedy można swobodnie jeździć z tym rusztem w dowolne miejsce , nawet mając stosowne auto , do cioci na działkę. Dalej dobrze jest aby ruszty były żeliwne, bo wtedy łatwiej się myje i co najważniejsze mięsko się mniej klei do rusztu. Potem zwracamy uwagę, aby wewnątrz grilla znajdowała ssie półeczka trochę wyżej niż palenisko , bo można tam odłożyć już prawie gotowe kawałki, które powolutku dochodzą. Niezwykle istotne jest by grill miał pokrywkę, bo wtedy nie jest wrażliwy na powiewy wiatru. Istotnym elementem jest termometr umieszczony w klapie i możliwość regulacji temperatury płomienia. Udogodnienie w wypadku grillów gazowych stanowi piezoelektryczna zapalniczka. Cały ten wywód pokazuje olbrzymią przewagę grilla gazowego nad tym opalanym węglem drzewnym. Jest jeszcze jeden aspekt dla mnie mniej ważny , a nawet mało ważny to firma , która wyprodukowała grill. Do reszty informacji należy też dodać to, by grill miał reduktor, butle lepiej wypożyczyć na stacji Shell, bo tam są lżejsze plastikowe i z zaworem bezpieczeństwa. Warto też mieć do grilla pokrowiec na zimę i choćby takie gadżety jak ciśnieniowy zbiorniczek na olej do spryskiwania rusztów.  Mógłbym tak jeszcze dłużej ale jakoś nie zamierzam robić drugiego doktoratu z grillowania .A materiału jest ,że ho ho.  Choćby taki tytuł pracy : „Porównanie stochastycznych sposobów grillowania kiełbasy podwawelskiej w zestawieniu z  metodycznymi eksperymentami gazowymi w funkcji czasu i temperatury, z uwzględnieniem receptur poszczególnych producentów”. I do tego jako podtytuły Część pierwsza -organoleptyka i Część druga – próby laboratoryjne. Kurczę jakiego granta można by na coś takiego dostać.

Początki

Początki

Pan Konstanty Wróbel , był zwykłym robotnikiem w Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego. Koledzy nazywali go Kostek. Chłop był uczynny , miły i niekonfliktowy. Ogólnie lubiany. Miał jednak jedną cechę , która w porze przerwy obiadowej skazywała go na samotność. Cecha ta do tego stopnia determinowała jego pozycję ,że śniadanie musiał jeść poza halą w starych zaparkowanych opodal salonkach. Z jednej strony niby szaleństwo, on sam w wagonie dla VIP’ów. Naprawdę wyróżnienie, ale z drugiej strony świadomość ,że mu tę salonkę udostępniono, konkretnie pracownicy SOK mu udostępniali , aby go oddzielić od reszty załogi. Cóż to zatem za cecha, a właściwie przywara nie pozwalała mu się cieszyć posiłkiem z kolegami? Otóż Kostek nienawidził wręcz posiłków na zimno. Zawsze przynosił coś co prawdopodobnie na ciepło było pyszne, zaś zimne wręcz przeciwnie. A Kostek straszliwie na głos na to narzekał, klął to jedzenie na czym świat stoi, a porównaniami gulaszu na zimno z ….. wiadomo, że odbierał apetyt całej załodze. Stąd ta wymuszana posiłkowa banicja. Raz siedząc w eleganckiej salonce nad zimnym szpinakiem Kostek zerwał się , ryknął nie wytrzymam i z garnuszkiem w ręku rzucił się do hali maszyn. Tam udał się wprost do pieca w którym podgrzewano do czerwoności stal, wsadził do środka garnuszek ze szpinakiem i wbitymi na wierzch jajkami sadzonymi i uruchomił maszynerię. A właściwie piec indukcyjny. Po pół minucie wyjął parujący garczek i z lubieżnym wyrazem twarzy pośrodku hali maszyn na oczach oniemiałych ze zdziwienia kolegów wsunął wszystko do ostatniego kęsa. Na hali cisza, a potem oklaski. Od tego dnia Kostek każde śniadanko podgrzewał w piecu i zjadał na hali. Wielu poszło w jego ślady, ale on miał zawsze pierwszeństwo w kolejce do pieca. Eksperymentom nie było końca , a to frezarką roztrzepywali jajka na omlet, a to zamrożony boczek obrabiali strugiem na niezwykle cienkie strużyny, czy też przy pomocy wyrzynarki drutowej cieli mortadelę na plasterki jak chmurki. Przebojem był też crème brulee zapiekany palnikiem acetylenowo-tlenowym. I takie naprawdę były początki kuchni Fusion. Nie wiem doprawdy dlaczego nie nosi ona imienia Konstantego Wróbla.

Acard czy Polocard?

Acard czy Polocard?

 

To druga wersja tekstu , bo pierwszą odrzuciła wewnętrzna cenzura, której się mimowolnie poddałem. I nie była to Mysia tylko blond cenzura świeżo po fryzjerku. Tytułowe specyfiki, o jakich chcę pisać to taki pic na wodę i uspokajacz, że niby jak weźmiesz to cię zawał nie powali. Powali, powali jak zawsze w niewiadomym momencie. Z tym ,że jak się na piątkowym spotkaniu z kolegami okazało, wszystkie nasze żony uważają , że to lek cudowny / przecież różnica to kształt i nazwa/ i ordynują nam wszystkim codziennie. Lepiej zapobiegać twierdzą. Taka brygada prewencyjna. Nikt jednak nie zna takiego co by u niego te specyfiki zdziałały cuda. Ale panie wierzą w ich skuteczność i razem z nami się tymi cudami zajadają. Ceny tych leków są bardzo niskie więc nie sądzę, aby były specjalnie skomplikowane w produkcji. Oczywiście mogę się mylić i okaże się ,że nasze opiekuńcze państwo sporo do nich dokłada. Ale wątpię znając tę opiekuńczość. Ciekawe jest też to ,że owe cudeńka znajdują się w każdej domowej apteczce ludzi po pięćdziesiątce. Czyżby to świadczyło o tym, że nie wiedząc o tym wszyscy jesteśmy kandydatami do zawału? A przecież nie jest najbardziej popularna, jeśli tak można powiedzieć, przyczyna zejścia. To po jakiego diabła biorą to wszyscy? Nie chce mi się wierzyć ,że te pigułeczki ratują ponad 80% społeczeństwa w wieku zbliżonym do końcowego, od zawału. Naprawdę nie wiem i łykam codziennie dla zaspokojenia poczucia obowiązku mojej Żony.

Zmiana

Zmiana

Już pisałem kiedyś o tym ,że wraz z kumplami ze studiów spotykamy się trzy, cztery razy w roku w knajpce i dajemy w palnik wymieniając myśli. Tak też było i w ostatni piątek, ale zmienia się powoli tematyka rozmów. Dawniej gadaliśmy o technice, samochodach, biznesach, niektórzy obdarzeni lepszą pamięcią opowiadali o przygodach miłosnych. A jak było ostatnim razem? Zaczęło się od nieśmiałego wspominania o stanie zdrowia niektórych, ot takie wyznanie ,a wiecie ,że po operacji zastawki, teraz wszczepili mi jeszcze rozrusznik? A drugi się odzywa ,że on przeszedł zawał, ale o tym nie wiedział. To mnie poruszyło i zaproponowałem aby koledzy o tych tematach rozmawiali w poczekalni przychodni, bo ja tu przyszedłem o weselszych tematach mówić. Nie pomogło, zaczęli się licytować o której kto chodzi spać, potem ile proszków rano, a ile wieczorem, a na koniec znaleziono wspólny temat, że wszyscy około trzeciej wstają siusiu. Wszyscy poza mną, bo ja koło piątej, a i to nie zawsze. Te szczere wyznania kolegów jak i ślina więź z grupą doprowadziła do tego, że jak się położyłem spać po powrocie, obudziłem się koło trzeciej/ jak wszyscy to wszyscy/ i z bardzo marnym skutkiem usiłowałem się zmusić. Nie wychodziło. Położyłem się z powrotem spać w poczuciu ,że jestem gorszy , bo nawet moczu nie potrafię oddać jak moi kumple. Zniecierpliwiony przewracałem się jeszcze dosyć długo, aż zasnąłem. Obudziłem się o piątej jak zwykle, zrobiłem co swoje i doszło do mnie ,że nie należy się pozbywać osobistych przyzwyczajeń, i że to nie deprecjonuje mojej wartości w oczach kolegów. Uspokojony, bez nacisków na pęcherz zasnąłem spokojnie. 

Nigdy nie jest za późno

Nigdy nie jest za późno

Dzisiaj przeżyłem coś niespodziewanego. Złożyłem wniosek o paszport , albowiem stary mi już ekspirował. Niby zwykła czynność, ale nie w moim wykonaniu okazała się zaskakująca. Otóż po przyjęciu papierków, zdjęcia, oraz kwitu opłaty , pani urzędniczka przystąpiła do zdejmowania mi odcisków palców. Zaczęła od dłoni lewej. Palec wskazujący nie dał obrazu, potem był następny, następny i wreszcie czwarty. Żaden nie pozwolił na określenie i identyfikacje mojej osoby. W głowie natychmiast rozszalały mi się dziesiątki szans jakie taki brak odcisków daje. Po pierwsze włamania. Maska na łeb i biorę co swoje, a raczej nieswoje. Zwyczajnie przywłaszczam sobie. Bez wysiłku bogacę się. Cudownie. Dusza jednak mówi, to nieładnie tak kraść. Jakieś elementy wstydu i przyzwoitości raczej nakazują mi tę możliwość zarzucić. Pani pyta czy wykonuje jakąś pracę, która przynosi takie efekty. Mówię ,że raczej niekoniecznie , bo klawisze mam gładziutkie i nie sądzę by zdzierały nabłonek. Z niekłamanym żalem rozstaję się z marzeniem o zostaniu złodziejem. Jak się okazuje nie mam psychicznych predyspozycji.  Pani w okienku dalej dopytuje o zawód więc mówię , a ona na to ,że w takim razie dostanę paszport bez odcisków. Patrzy na mój PESEL i autorytatywnie stwierdza, a właściwie czemu ja się dziwie , Pan się już zwyczajnie zużył. I wtedy wszystko mi opadło. Poczułem się jak stary schodzony kapeć, nie dla mnie identyfikacje papilarne a nawet korzyści z tego nie mogę wyciągnąć. Jak pech to pech.

Poświętnie

Poświętnie

Wczoraj ponarzekałem, a dziś mam zamiar troszkę pochwalić te święta. Same święta mnie mało kręcą , ale lubię te dni poświąteczne. Dawniej z dziećmi, teraz we dwoje, wyciągamy rano z lodówki to co zostało i jemy sobie radośnie śniadanie debatując na różne tematy. Wiem ,że cała rodzina to lubi, a już moja córeńka to wyraża mniemanie ,że po świętach to wszystko lepiej smakuje. Może ma rację. Ja lubię te poświąteczne jajka dojadać i może to nie do końca chodzi o smak , bo przecież jajko to jajko, co o to obieranie z pomalowanej skorupki. Sam malowałem to i sam obiorę. Nie wiem dlaczego, ale to samo nadaje tym jajom jakiś charakter. To nie są zwykłe jajka , to są jaja świąteczne. Pewnie sobie to tylko wmawiam , a może jest to szacunek dla tych niby drobnych, ale jednak czynności jakich się z jajami dokonywało. A ja to najpierw je opłuczę i przemyję, potem pieczołowicie układam na warstwach skorupek od cebuli / obierki to brzmi mało poważnie/, potem zalewam wszystko wodą , dodaję octu i od zagotowania jeszcze jakieś sześć minutek. Potem łyżką łowię w garze i układam gorące jaja na szmatkach, tak aby nie pobrudzić blatu czy np. porcelany/ ha ha ha/. Jaja muszą zwyczajnie wystygnąć i nie wiem dlaczego nie mogą leżeć na talerzu , ale tak się utarło. Potem jak są jeszcze mocno ciepłe , nacieram skorupki tłuszczem aby się świeciły. Tak przygotowane wędrują do koszyczka z bukszpanem. Jak widać tych czynności troszkę jest i może właśnie dlatego jaja są takie inne? Chyba zresztą wszystko co się robi i wkłada w to pracę inaczej powinno być postrzegane. Na przykład nalewka, ha ha ha.

Obraziłem się

Obraziłem się

Tak się bawić nie będziemy. Już było ciepło pachniało wiosna i co? Śnieg i zima. Ja naprawdę nie lubię mrożonek, a już jak pomyśle ,ze mogły być mrożone jajka to mnie rzuca. Chociaż jak tak sięgnę pamięcią, to dziwne rzeczy z tą pogodą były. Będąc kilkunastoletnim chłopakiem przeżyłem coś co zapamiętałem. Było to na placu Konstytucji. Był maj  a ja stałem na czarnej górce  na chodniku przy przystanku autobusowym. Ta górka to był śnieg jeszcze zalegający po zimie. Ja już w krótkim rękawku, a tam śnieg. Kiedyś zamiast sprzątać zgarniano śnieg na bok chodnika i tam sobie leżał. aż stopniał. Tworzył obrzydliwe czarne i brudne górki, ale mało kto na nie zwracał uwagę. Innego roku pojechałem ze swoimi studentami na majową wycieczkę kuszetka dookoła Polski i zaczęliśmy od Gdyni, a tam śnieg padał poziomo i zimno było jak diabli. Co prawda około południa temperatura się podniosła ,śnieg stopniał, ale długo się nagrzewało. Ani jedno z tych wspomnień nie miało jakiegoś elementu miłego tak więc jak dzisiaj rano zobaczyłem ,że pada śnieżek to myśli i słowa jaki mi się cisnęły nie były najprzyjemniejsze. Nic poprawi się pogoda , a aspekt pozytywny to fakt ,ze na balkonach resztki z wielkanocnego obżarstwa utrzymają się dłużej. Wszystkim więc zyczę jeszcze smaczniejszego, bo mięsko skruszeje, ha ha ha.

Śmigus

Śmigus

Dzisiaj za namową Żony pojechaliśmy na spacer pod Warszawę. Taki mały trening dla mojej dochodzącej do zdrowia kończyny. Potem wracaliśmy okrężnymi drogami, trochę dla przyjemności , trochę z ciekawości jak się obchodzi ten drugi dzień świąt. Ku naszemu zdziwieniu, nawet śladu Śmigusa Dyngusa. Niby tradycja, a jakby jej nie było. Dziwne , bo raptem parę lat temu przejeżdżając przez wioski człowiek miał samochód umyty, na każdym skrzyżowaniu szybki też. A tu taki zwrot. Więc gdy zadzwoniła Żony siostra, której z reguły opowiadam niestworzone historie, wysnułem jej następującą opowieść.

Wy mieliście gości a my postanowiliśmy odwiedzić Waszą działeczkę. Ledwo wyruszyliśmy od nas z domu już kilka razy na każdych światłach samochód został oblany, potem przejazd Puławską w strugach wody , przejeżdżając przez Wisłę mieliśmy wrażenie jakby się płynęło przez most. Aż do legionowa , co chwilę fontanna w bok auta. Dosłownie wiadrami. Za Legionowem skręciliśmy w spokojną wiejską dróżkę , są tam dwa domy starców a na podwórkach pensjonariusze z kubełkami , szklaneczkami. Polewają się jak szaleni. Panie w wózeczkach w rękach miały takie gruszki do lewatywy , pełne wody i niech no ktoś podszedł. Jechaliśmy koło stadniny a tam koniuszy wraz z pomocnikami wiadrami czerpali wodę z poidła dla koni i lali na siebie ile wlezie a zdezorientowane oszalałe konie ganiały dookoła. Wreszcie skręciliśmy na leśną dróżkę , która prowadzi do Waszej działki a tam tyle błota , bo za każdym drzewem tubylec z wiadrem. Musieliśmy się wycofać.

I wyobraźcie sobie ,że Siostrunia nie uwierzyła

Koncert

Koncert

Było to dokładnie 50 lat temu. Chodziłem do liceum, było szaro , biednie i z małymi perspektywami. Co prawda liceum było dobre, ale głównie znane z tego ,że chodziły tam dzieci różnych kacyków z tamtych czasów, synowie i córki generałów i pułkowników. Ja dostałem się tam przez przypadek. Szkoła mi się podobała , bo na te wyżej opisane uwarunkowania nie zwracałem uwagi. Kolega z klasy pewnego dnia zaproponował mi ,że ma dwa bilety na Rolling Stonesów jakie załatwił jego ojciec. Bilety były drogie , bo pamiętam ,że kosztowały po 500 zł sztuka. Udało mi się wyprosić tę sumę od rodziców i poszedłem na koncert. Ale najpierw trzeba było się ubrać. Wtedy modne były golfy, a ja oczywiście takiego nie miałem, więc tak ja wielu innych założyłem koszulkę polo tył naprzód , na to marynarka świąteczna i do Sali Kongresowej. Najtrudniej było się przebić do wejścia, bo wkoło stały tłumy. Bilety u koników osiągały bajońskie sumy, a milicjantów było mnóstwo. Weszliśmy, ortaliony do szatni , na miejsca i koncert się zaczął. Najpierw byli Czerwono Czarni ze swoimi solistami , a mnie zniesmaczył Henryk Fabian , który jako ostatni zaśpiewał piosenką Stonsów. Nie najgorzej , ale nie był to ideał jaki znałem. Potem już Mick z kolegami. Koncert był na żywo, nikt niczego z magnetofonu nie grał. I koncert był fantastyczny. Prawdziwi profesjonaliści, żadnej taryfy ulgowej. Sala weszła jakby w inny świat i czuliśmy się tam dobrze. A potem to upiorne wrażenie oddalenia po wyjściu z budynku. Spać było trudno, a w duszy narastał bunt. Do dziś nie potrafię określić jaki wpływ na moje życie wywarł ten koncert, ale jak przymknę oczy to widzę tego młodziutkiego Jaggera jak dziwnie podskakuje w rytm piosenki „The last time” . Całe szczęście ,ze nie był to ten ostatni raz.

Na koniec serdeczne życzenia świąteczne dla wszystkich moich czytelników. Zdrowia, pogody ducha i pomyślności.