ktak

Właściwie bez wiodącego tematu, takie tam pisanie co mi do głowy przyjdzie

Wpisy z okresu: 11.2017

Stary a głupi

Stary a głupi

W chwili słabości , no może nie całkiem świadomie , powiedziałem Żonie ,że tak mi jakoś pulsuje w głowie. I już to mówiąc czułem ,że popełniam błąd. Po jakichś 10 sekundach od mojego wyznania ukazała mi się twarz Żoneczki z hasłem na ustach – rozbieraj się. Jak zaznaczyłem , byłem troszkę niedysponowany , ale hasełko skojarzyłem jednoznacznie, uśmiechnąłem się sam do siebie na myśl o czekających mnie atrakcjach i przez głowę ściągnąłem sweterek. Już jak opuszczałem ręce doznałem rozczarowania , bo zobaczyłem w rękach ślubnej znienawidzony aparat do pomiaru ciśnienia. Cały zapał runął, a w jego miejsce pojawiła się świadomość tego co mnie czeka. Wysunąłem rękę , Żona ozdobiła mi rączkę zaciśniętym rękawkiem i zaczęło się pompowanie. Potem upuszczanie powietrza z rękawa ozdobione wdzięcznym pikaniem aparatu i wreszcie wyrok. To wyższe ciśnienie zbyt duże, nawet sporo zbyt. I się zaczęło, zostałem na cito zapisany do lekarza pierwszego kontaktu, z tym ,że określenie na cito oznacza w tym wypadku dwa do trzech tygodni. Nie bardzo mogłem się poruszać po domu , bo zewsząd wychodziła Żoneczka z tym cholernym aparatem. Wyniki były zapisywane i potem następowały konsultacje telefoniczne z przyjacielem domu kardiologiem. Cito zleciało jak z bicza trzasnął i pojawiłem się w gabinecie uroczej pani Doktor Pierwszego Kontaktu. Przemiła osoba zmierzyła mi ciśnienie swoim sprzętem, wyszło nieźle. Tak na marginesie w okresie cito próbowałem zwalić winę na nasz domowy sprzęt ,że zawodzi i przekłamuje na moją niekorzyść, ale się nie dało.  Urocza Pani Doktor stwierdziła u mnie stany emocjonalne i to określiła jako przyczynę nadciśnienia. Dowiedziałem się ,że tego się nie leczy. Oczywiście musiałem zdać sprawę z wizyty naszemu przyjacielowi, który po usłyszeniu co zrobiła i jak mnie zdiagnozowała lekarka powiedział …… Głównie słowa powszechnie uznane za obraźliwe. Kazał przyjechać , należycie zbadał i przepisał stosowne piguły. A ja myślałem ,że nadciśnienie to prosta dolegliwość na  którą sa powszechnie znane leki . Myślałem tez ,ze je dostanę. Stary a głupi.

Jaskinia

Jaskinia

Zawsze fascynowali mnie jaskiniowcy. Szczególnie to w jaki sposób żyli, oraz jak ich zachowania mają się do dzisiejszych potrzeb człowieka. Mój ulubiony film to „Walka o ogień”, który cos mówi na ten temat. Co jakiś czas myślę o tym jak na przykład ubierali się w tych jaskiniach? Wiadomo ,że korzystali z futerek zwierząt, ale ile się trzeba było narobić aby taką skórkę zamienić na coś z czego można było uszyć/upiąć tunikę. Na zimnych kamieniach jaskini było im niewygodnie więc nanosili trawy , gałązek i na to dwie skóry jedna od dołu a druga od góry. A czy to prali? A jak czymś zapaskudzili? To co szli po następnego zwierzaka. Raczej tak , bo jedli wtedy właściwie mięsko. O ile można sobie wyobrazić jak wsuwają sarenkę czy jelenia , ba nawet łosia o tyle konsumpcja mamuta jest trudna do wyobrażenia. Ot choćby taka golonka z mamuta, toż to całe plemię ze dwa trzy dni by jadło, a były cztery. I t trzeba dodać kompletny brak surówek czy frytek o kopytkach nie wspomnę. Wielu zapyta jak oni mogli tak jeść. Odpowiadam , z apetytem, bo nie jadali zbyt często, więc usiłowali się najeść na zapas. Gość w moim wieku nie miał już ani jednego zęba i jadł , a właściwie łykał tylko małe ręcznie rwane kawałeczki i wsuwał tak długo jak długo trawił takie żarcie. Potem posyłali go po drewno na opał , a na zewnątrz jaskini, wilki, niedźwiedzie czy inne drapieżniki kończyły jego życiowa przygodę. Oczywiście dziś nam jest dużo lepiej, bo i placuszki i suróweczki nie wspominając o tym ,że ja mam własne zęby minus dwa. Wynik nie do osiągnięcia dawniej. A teraz proszę bardzo jest nas wielu, a nawet jak ktoś ma sztuczne ząbki to też wsunie golonkę. Może nie z mamuta ale zawsze. I właśnie tego bym sobie życzył goloneczki co jakiś czas.A

Zapach

Zapach

Pamiętam jak zwykle na Wszystkich Świętych urzekał mnie zapach cmentarzy. Lubiłem chadzać tam po zmroku i urzekały mnie i te zapachy i dymy ze starych zniczy, oraz zapach gorącej stearyny. To wszystko razem tworzyło jakby nastrój do latających duchów jakie zdawało się latały po cmentarzu. Nigdy nie czułem z tego powodu strachu a raczej rodzaj wzruszenia, bo wydawało mi się ,ze ta atmosfera powstaje na podstawie wspomnień tych co cmentarz odwiedzili. Niestety teraz wszystko zepsuły niezrozumiałe dla mnie wyścigi rodzin zmarłych. Kto postawi większą chryzantemę , kto zapali jak największą ilość jak największych zniczy. Ani to uroda , ani nastrój. Do tego wyścig na nagrobki , a z jakiego kamienia , a gdzie zamawiany itp. Brakuje by na płytach ceny zostawiali. Okropne. Nikt już nie robi grobów z roślinkami pod nazwą mrozy, które to maleństwa przetrzymywały ujemne temperatury a nadawały nagrobkom walor naturalności.  Tradycyjną pańską skórkę przed bramami cmentarzy zastąpiły stoiska z różnego rodzaju asortymentem czegoś do żucia itp. Ginie nastrój zadumy, wspomnień, gdzie te rodzinne obiady po południu? Dzisiaj trzeba odwiedzić kilka cmentarzy aby zapalić lampki na grobach wszystkich choćby w miarę bliskich. A to zajmuje dużo czasu. Dawniej szło się na jeden cmentarz i na raptem kilka grobów. Potem obiad i wspomnienia. Pewnie są jeszcze domy gdzie się tak obchodzi to święto i oby jak najdłużej.