Powrót

Wczoraj po raz czwarty od lipca wróciłem ze szpitala do domu. Tym razem po 12 dniach. Niestety wciąż bez diagnozy i mam tam wrócić 8 stycznia. Miałem już 9 transfuzji, a krew mi się gdzieś ulatnia. Jestem nieszczelny, ale nie nieszczery. Tym razem pobyt w publicznym ośrodku lecznictwa dał mi wiele przeżyć i możliwości obserwacji. Na Sali było nas trzech, jak w piosence Perfectu. Ja , czyli panna nikt , Lump Józek i alkoholik Stasio. Ci dwaj osobnicy zasługują na oddzielne wpisy więc ich opiszę potem. Na razie o dwóch sprawach. W sferze zapachowej to nasza sala przypominała wnętrza Coco Chanell z tym ,że jakby na odwrót. Ile razy wchodziłem musiałem wietrzyć , najbardziej dawał Józio, był z nami 8 dni bez ani jednego mycia. Naturszczyk rzec można. W tym zakresie ma się rozumieć. Strefa druga to kuchnia. Bardzo wczesny Wojciech Basiura, ten z okresu błędów i niepowodzeń kulinarnych czyli późniejszy Modest Amaro.  Z tym ,że ten szpitalny nie uczył się na błędach i stale popełniał błędy i zaniechania. Szczególnie w takich aspektach żywienia jak nieznajomość typów diet, walory smaków, warunki podania tych wykwintnych skądinąd posiłków , a o walorach estetycznych można w ogóle zapomnieć , bo nie istniały. Jak więc widać warunki ze wszech miar sprzyjały memu dążeniu do szybkiej diagnozy lecz sądząc z długości pobytu i na tym polu poległem.

Do tego szpital miał bardzo charakterystyczną cechę jakby korespondującą z systemem i czasami w jakich żyjemy. Szpital jest typu czeskiego więc na peryferiach i na tychże peryferiach znajduje się bardzo dużo przybytków typu dom starców i dom pomocy społecznej. Wszyscy chorzy pensjonariusze są do szpitala zwożeni, co powoduje dosyć wysoką średnią wieku pacjentów oraz niestety wysoką umieralność. W tej sytuacji wzrasta rola pielęgniarzy szpitalnych, co chwila potrzebnych aby pacjentów przenieść , poprawić bądź zapakować. Panowie robią to z dużą obojętnością, a nawet z humorem. Kiedy byłem przez jednego z nich wieziony na badanie w windzie pochwalił się ,że dziś dopiero dwóch, ale najwięcej to siedmioro zwiózł na ostatnią podróż. I mówił o tym w poczuciu dumy i dobrze spełnionego obowiązku. Dumny człowiek pracy. Inny przewijając naszego lumpa, który zabrudził pampersa pisał jedną ręką smsy do kogoś, w poszanowaniu polskiej mowy zapytał przewijającą wraz z nim salową ‘ czy zapach to się pisze przez c’? Prawdziwy purysta językowy. Takich obserwacji było więcej i tylko dzięki nim spokojnie przetrwałem te 12 dni, a po powrocie do domu doznałem dawno nie odczuwanego spokoju.