ktak

Właściwie bez wiodącego tematu, takie tam pisanie co mi do głowy przyjdzie

Odcinek ostatni

Odcinek ostatni

Przyjechaliśmy do doktora, na początku uświadomiłem mu ogrom strat estetycznych, ale go to mało obeszło. Jego uwagę przykuło moje nieszczęsne kolanko. O zrobimy punkcję powiedział w cichym zachwycie. Zawołał siostrę, on mi strzyknęła cos na skórę a doktor z miną sadysty wbił mi najgrubszą igłę jaka miał w kolanko. Strzykawką wyciągał co tam trafił , potem się wkuł w inne miejsce. Wreszcie skończył. Nie była to pieszczota, tym bardziej ,że uciskał aby jak najwięcej płynu wydobyć. Potem zaczął mnie badać. Kolanko było wyginane i okazało się ,że mam zerwane wiązadło wewnętrzne, bo jak stwierdził doktor, „nie trzyma’. Potem RTG, gdzie przemiła Pani odkrywała przede mną nowe pozycje na stole do prześwietleń. Ogólnie było bardzo sympatycznie ale zabiła mnie podając mi łyżkę do butów, ba nawet pomagając mi je włożyć. W międzyczasie musiałem się przesiąść na wózek i na tym rumaku znowu do doktora. Ten z dumą pokazał mi ułamek kości na zdjęciu i orzekł, ma Pan jeszcze złamanie, Może mam ale co dalej wymknęło mi się. Trzeba dalszych badań i być może czeka Pana zabieg, ale niezbyt drogi 7 do 20 tysięcy w zależności co stwierdzimy. A całe życie płaciłem na ZUS. No nic zobaczymy co będzie dalej.

I dalej

I dalej

Leżąc na wersalce zacząłem myśleć co dalej. Poprosiłem wnuki o jakiś kij, abym się mógł podeprzeć. Dzieci pobiegły nad morze i przyniosły mi Szwedkę. Kij  przebywał dosyć długo w wodzie stąd podejrzenie ,że przypłynął ze Szwecji.  Wyglądałem z nim jak Jurand ze Spychowa wracający z Fromborka od Krzyżaków. W obcinanie dłoni i wyłupywanie oczu i ekstrakcję jęzora nie zamierzałem iść. No nic , z bólem byłem w stanie wstać, Żona pobiegła do apteki, dostała jakieś specyfiki, a szwagier obdzwonił placówki służby zdrowia. Na jakąkolwiek pomoc można było liczyć najbliżej w Gdańsku/ 80 km/. Miejscowy lekarz odmówił konsultacji , bo jak stwierdził „ on jest stąd i nie ma zamiaru psuć sobie reputacji”. Nie bardzo rozumiałem o co mu chodzi, ale udało mi się dorwać asystentkę lekarza , który mnie kurował w lutym. Pamiętałem jeszcze ,że pierwsze wskazanie brzmiało, jak najmniej obciążać i potwierdził to doktor. Kazał leżeć i zgłosić się na badania we wtorek czyli jutro. Leżałem więc na łóżku przez sześć długich dni, przez otwarte okno do pokoju sączył się jod. Opuchlizna najpierw osiągnęła rozmiar główki mojego najmłodszego wnuka, potem błysnęła ferią barw i powoli zaczęła się zmniejszać. Bardzo mi żal doktora , bo te piękne efekty go ominą, no może nie całkowicie , ale szczyt działalności artystycznej organizmu mam chyba za sobą. No nic, teraz czekam na diagnozę. Mam nadzieję ,że doktór mnie pochwali i dostanę lizaka.

Urlop

Urlop

Zasadniczo większość ludzi uważa ,że urlop nad morzem to poleżeć , nawdychać się jodu. I prawie mi się udało , z tym ,że prawie robi wielka różnicę. Owszem leżałem całe siedem dni, owszem wdychałem z tym ,ze na łóżku przez otwarte okno. A było to tak. W zeszłą sobotę wyruszyliśmy z wnukami z warszawy drogą S-7 w kierunku do Gdańska, odbiliśmy potem w kierunku Krynicy i po paru godzinach znaleźliśmy swój ośrodek. Wnuczki wzięły mniejsze pakunki, ja dużą walizę i udaliśmy się na pięterko. Tam korytarzem wyłożonym kafelkami, świeżo umytym przez panie sprzątające w kierunku pokoju. W połowie korytarza na mokrej powierzchni znalazł się drobiazg , ale ważny. Była to cienka plastikowa osłonka nie ekran smartfonu.  Nie nastawiałem się jadąc nad morze na uprawianie surfingu, a osłonka była na mokrej posadzce niewidoczna. Stanąłem na niej , stopa mi odjechała, noga się wygięła pod nienaturalnym kątem w kolanie, usłyszałem i poczułem dwa jakby zerwania sznurka w kolanie, huknąłem plecami o ścianę, upadłem na zad. Noga wróciła do naturalnej pozycji, z tym ,że zaczęła błyskawicznie puchnąć w kolanie. O wstawaniu nie było mowy, więc tyłem na dupci i rękach zawlokłem się do pokoju, wciągnąłem na wersalkę i dałem sobie czas na uspokojenie i zebranie myśli. Kontuzja poważna , ale co dalej robić. Było wesoło , o czym w następnym wpisie.

Wypoczynek

Wypoczynek

No i doczekałem się. Pierwszy raz od ładnych paru lat jadę na tygodniowy urlop. Naprawdę czuję się zmęczony i fizycznie i psychicznie, więc chyba mi się należy. Z tym ,że zaraz po użyciu słowa wypoczynek spadło na mnie jak grom pytanie. Co to znaczy , co we mnie będzie wypoczywać? W końcu człowiek składa się z pewnej ilości lekko drgających neutronów, pewnej ilości protonów oraz z pewnej ilości zasuwających po kołowych orbitach elektronów. Oczywiście są jeszcze mniejsze cząsteczki ale je pomińmy. Jak ja się czuję zmęczony to co to oznacza? Protony i neutrony mniej drżą? Raczej nie bardzo bo to by zakłóciło budowę atomów. No to może elektrony? Te zmęczone pozbawiane energii spadłyby ze swoich orbit i kicha z pierwiastków. Pozornie wydaje się ,ze nie ma się co zmęczyć, bo za każdym razem skutki dla składającego się z nich byłyby opłakane. Jest takie coś co może o tym zmęczeniu świadczyć. Mamy w sobie coś co nazywa się sieci neuronów i stanowi rodzaj  wewnętrznego internetu. Po tych sieciach zasuwają informacje jakie przyjmujemy w olbrzymich ilościach. Do przetwarzania tych informacji potrzeba pewnej energii. Słyszałem ,że ok.60W. Z tym ,że nie jest to informacja stale pewna bo jak się okazuje sygnały nawet takie same nie zawsze krążą po tych samych sieciach neuronów i tymi samymi drogami. Więc gdy jesteśmy zmęczeni to sygnały potrzebują więcej energii na podróż i przetworzenie. Czyli wygląda na to ,że zamiast iść na urlop wystarczy dostarczyć mózgowi więcej energii i po kłopocie. Podobno jednak poprzez nowe bodźce na urlopie i ich „rozpychanie się” w sieciach neuronów nakazujemy mózgowi odbudowywanie starych sprawdzonych i niskoenergetycznych dróg sygnałów i jak to się uda wracamy wypoczęci. No zobaczymy.

PS. Przez następny tydzień nie będę pisał, odbuduję sobie sieci neuronów.

Maść człowieka

Maść człowieka

Jak często słyszę ,ze ten to rudy, a tamten czarnuch, czy blondszwab. To myślę ,ze nie do końca jest dobrze z tym nazywaniem ludzi. Do tego jeszcze nie wiedzieć czemu mamy umaszczenie jednolite, bez miejsc ciemniejszych, czy jaśniejszych, lub pozbawionych barwy. Można powiedzieć ,że w tym aspekcie przyroda nas skrzywdziła. Takie na przykład konie to kare, kasztany, siwki czy jabłkowite, mają piękne umaszczenie, czasem gładkie, czasem nie, ale zawsze bez jakichś konotacji typu-kasztan to fałszywy, czy coś takiego. Umaszczenie to element dumy takiego zwierzaka. Tak samo jest z psami, kotami i innymi ssakami, ale nie z człowiekiem. Jestem sobie w stanie wyobrazić jak w domu pani wychyla się z komórką w ręku i mówi widząc męża – o widzę jak mój Kary przyjechał, a koleżanka na to,mojego Siwka jeszcze nie ma. Ale, ale wiesz ,że widziałam jak Kasztan tej sąsiadki z drugiej klatki próbował w parku zdobyć tę Jabłkowitą klacz spod 20. I niby to jest to samo co zwykle , ale o ile sympatyczniej brzmi. A jeśli jeszcze mówią o czerwonobułanym nakrapianym, a nie jak dziś rudy piegus. Naprawdę można milej. Tak się rozpędziłem ,że zapomniałem ,ze nazwy koni zależą też od barwy grzywy i barwy ogona. Ostrożnie Krzyś , nie zapędzaj się, ale tak to jest, chcesz dobrze wychodzi jak zwykle. I tak nikt nie uwierzy ,że tak opisując ludzi chcesz aby było milej.

PPC

PPC

Wszyscy wiedzą ,że zdrowie kobiet jest ważne i jest ciągle przedmiotem dyskusji , głupawych pseudo specjalistów z tymi drugimi i naprawdę nie wiadomo jak się to wszystko potoczy. Mnie się wydaje ,że wiem. Najpierw w „trosce” o właściwe, nieprzekłamywane wyniki badań cytologicznych ruszy proces uzyskiwania licencji na prowadzenie badań cytologicznych. Potem drogą ustawy badania te staną się pod karą administracyjną obowiązkowe i odnotowywane w ogólnopolskiej bazie danych. Potem powoli zaczną znikać oczywiście darmowe laboratoria NFZ, oraz inne prywatne , bo jak się okaże nie przejdą procedury licencyjnej. I co wtedy? A okaże się ,że mamy zbawienną sieć laboratoriów pod nazwą PPC- Parafialne Punkty Cytologiczne. I to jak zorganizowane. Przed świątyniami znajdą się dyskretne drogowskazy kierujące panie do zakrystii. Tam kapłan przeprowadzi dopuszczającą do badania spowiedź kobiety i po akceptacji jej stanu moralnego, skieruje do następnego pokoju. Przed drzwiami z napisem bezpłatne badania cytologiczne stać będzie skromnie puszka na datki na rzecz kościoła i utrzymania PPC. Reakcja badanych będzie obserwowana przez obsługującego otwieranie drzwi kościelnego, który otworzy drzwi do PPC dopiero po wrzuceniu do puszki satysfakcjonującej ofiary. Oczywiście dobrowolnej. Potem w kompletnej ciemności wskazany przez parafię specjalista pobierze wymaz. Oczywiście organoleptycznie. Wyniki będą po tygodniu lub dziesięciu dniach, ale nie wszystkie panie je otrzymają od razu. Z niektórymi przed przekazaniem wyników kapłan będzie przeprowadzał rozmowy mające na celu nawrócenie pań na drogę cnoty. Wyniki badań zostaną skrzętnie odnotowane w parafialnej bazie danych, a to wystarczy by, by administracyjnie uznać wykonanie obowiązku wynikającego z ustawy. Panie z innych wyznań i ateistki, będą mogły uwolnić się od tego obowiązku poprzez opłacenie dobrowolnego podatku w ściśle określonej wysokości przy zeznaniu PIT. Podatek ten w całości posłuży dofinansowaniu tych mediów, które w jedynie słuszny sposób traktują relacje damsko męskie dbając o ich należyty charakter. Myślę ,że właśnie do tego modelu dąży specjalista od spraw kobiecych w ministerstwie zdrowia profesor Hazan.

Lekko wytarte

Lekko wytarte

Dzisiaj po kąpieli myłem zęby przed lustrem. Tak , robię to regularnie, ale dziś spojrzałem na siebie, a tego już nie robię codziennie. Patrzę, a tu z lusterka wydziera siwawo łysawa buźka. To nie ja, pomyślałem w pierwszym odruchu. Ale jednak. Popatrzyłem na żałosne resztki włosów na czubku i przypomniałem sobie jak nosiłem pióra do ramion. I komu to przeszkadzało? Nie powiem ,że sam to wymyśliłem ale wpadło mi do głowy ,że jak niejaki Trump może zaczesywać to i ja mogę. Ale chyba miałem zbyt nieudolną szczoteczkę do włosów , bo nie dość ,że mi nie chciała zebrać koafiury to na dodatek te zebrane nie chciały się trzymać. Po paru sekundach nerwowej walki zdałem sobie sprawę, że wybrałem złą kolejność . Najpierw trzeba zapuścić, a dopiero potem zaczesywać. Oprzytomniałem lekko , bo dojście do jakichkolwiek rezultatów wymaga jednak czasu. A jak jest czas to i chwila na refleksję się znajdzie. Jeszcze raz o tym Trumpie pomyślałem, przecież on jest mniej atrakcyjny niż ja. Tak mi się nieskromnie spod kory mózgowej wymcknęło. Ja jestem cały eco , a on syntetyk. A ,że prezydent, co tam. Przypomniałem sobie też jak mi się nie podobają młode dziewczyny z tymi botoksami i korekcjami. Przecież je coraz trudniej odróżnić jedną od drugiej. To może dojść do tego ,że mój wnuk wracając z pracy wejdzie do mieszkania dowolnej kobiety i będzie przekonany, że tam jest jego żona. Tak uspokojony raz jeszcze rzuciłem sobie szczere spojrzenie w lustro. Te ciepłe oczy, pogodny wyraz twarzy i spokój malujący się na twarzy, co prawda lekko zrytej zmarszczkami, ale wciąż budzącej zaufanie. Czy może być lepiej?

Siomka

Sioma

Wiele ryzykował chowając Tytanoczka w lesie. Wszyscy wiedzieli ,że krowa Swietłana jest cielna i spodziewali się miłego cielaczka. Gdy zaczął się poród był sam w oborze. Szybko poszło i jego oczom ukazał się zdrowy i piękny byczek. Siomka postanowił ukryć go w puszczy. Szedł z nim długo, znaczył drogę, a cielak wcale nie wydawał się zmęczony. Ukrył go więc w cienistej dolinie i przychodził do niego co noc przynosząc mu matczyne mleko. Cielak rósł i coraz bardziej zaprzyjaźniał się ze Siomką. Po pewnym czasie Siomka zorientował się ,ze jego nocne wyjścia nie uchodzą uwagi mieszkańcom przysiółka. Na szczęście dla niego wszyscy byli przekonani ,że do lasu umawia się z dziewczyną. Zachodzili w głowę,  tylko z którą. Tymczasem Tytanoczka w lesie rósł i wyglądało na to ,że wyrośnie na wielkiego byka. Ku uciesze Siomki pozwalał ,aby Siomka na nim jeździł. I niby wszystko było super, ale Siomka coraz bardziej bał się ,że ktoś skrzywdzi jego byczka. Postanowił uciec. Szedł poprzez puszczę wielką jak morze, aż doszedł do miasteczka. Gdy zamknięto bramy głodny i zziębnięty położył się koło byczka i tak dotrwał do rana. Rankiem bogaty mieszczanin zachwycił się urodą byczka i chciał go dokupić do swojego stada krów. Siomka zaproponował aby byczek zajął się krówkami za niewielką opłatą i pójdą sobie dalej. I tak chodzili od miasta do miasta, aż ktoś zobaczył jak Siomka dosiada byczka. Poprosił ,że chciałby spróbować. Siomka ostrzegł go, ale za niewielką opłatą zgodził się. Oczywiście byczek zrzucił chętnego. Miało to miejsce w Rydze więc sztukę ujeżdżania byków nazwano carryga, na cześć panującego. Rozpowszechniła się ta umiejętność po całej Rosji, a przyjeżdżający z różnych krajów władcy przywozili do swoich krajów wiadomości o tym obrzędzie. I tak powstała w Hiszpanii Corrida/ przekręcili nazwę / , a potem te amerykańskie wymysły typu rodeo. Ale to było dużo dużo później. Naprawdę wszystko co dobre bierze  się z Rosji.

Ruby

Ruby

Ruby nie był ideałem. Z urody na pewno nie Adonis, Nie był też silny jak apollo i piękny jak byk. Odwrotnie też nie. Ale był sympatyczny, wesoły i powszechnie lubiany. Ludzie dobrze się czuli w jego towarzystwie. Strasznej kariery nie robił i w takie sytuacji spotkał Sue. Obustronne uczucie wybuchło jak pożar suchego lasu, a wraz z nim wszelkie konsekwencje, czyli małżeństwo, dzieci itp. Ruby dużo pracował starając się zarobić na całą czeredę i do czasu mu się to udawało. Gdy przyszły gorsze dni okazało się ,że Sue nie chce rezygnować ze zbytków jakimi była otoczona i bardzo trudno to znosi. Oczywiście wyładowywała całą złość na Ruby,m. On miał nadzieje ,ze każdy jego krok poprawi sytuację , ale jednego nie przewidział. Sue w głębi duszy winiła go za wszystko i nawet gdy pozornie godziła się na proponowane rozwiązania to nie była w tym szczera. Niechęć i złość na Rubiego wręcz się nasilała. Jego ciągłe próby oszczędzenia jej wyrzeczeń pozostawały jakby niezauważone. Nawet gdy w sposób zasadniczy zmienił ich życie powodując wyraźną poprawę, jej złość nie minęła. Wyrażało się to tym ,że na przykład nigdy nie była z niczego zadowolona i całą żółć wylewała na Rubiego. Od rana każdego dnia zaczynała litanię co jej się nie podoba, jak jej niedobrze i ile w życiu straciła. Do tego coraz częściej skarżyła się ,ze jej życie nie układa się tak jakby sobie życzyła. Tęskniła do rzeczy, jakie były troszkę trudniejsze do osiągnięcia ale z których korzystała do tej pory raczej incydentalnie. W obecnej sytuacji przeradzało się to w tragedię. Ruby miał dość i nawet uczucie jakie do niej miał cały czas nie ułatwiało mu każdego kolejnego dnia. Wreszcie się zdecydował na desperacki krok. Swoją rentę i niedużą część przychodu jaki dawał wypracowany majątek przepisał na siebie i wyjechał do Brazylii. Ale sam , wykupił na wybrzeżu lepiankę jednoizbową i tam zamieszkał. Dogadał się z miejscowymi rybakami i jeździł z nimi na połowy. W zamian otrzymywał troszkę jedzenia, picie i ubranie kupował sam. Wreszcie zasypiał spokojnie, każdy dzień to była nowa przygoda. Żałował tylko ,że tak długo czekał i że nie miał kontaktu z wnukami. Gdy zmarł we śnie pochowano go na miejscowym cmentarzu i tak wszelki ślad po nim zaginął. Tak jak chciał.

Czym ugasić pragnienie?

Czym ugasić pragnienie?

Nadchodzą gorące dni i problem czym się napić powraca. A pić się chce. Jest duża grupa ludzi , którzy lubią w takie dni napić się czegoś o nucie mlecznej, to znaczy zsiadłego mleczka, kefiru, maślanki. Najlepiej, aby taki napój był zimny. Dawniej chłodziło się to w ziemnych piwniczkach, czy w studni. Bardzo popularna była kiedyś lemoniada, zwana także limoniadą, czyli woda z cukrem i cytryną. Proporcje są oczywiście zależne od indywidualnych gustów. I do tego oczywiście lód. Są tacy , co uważają ,że napić się można jedynie czystą wodą, lub , choć to nie jest mile widziane, wodą gazowaną. Oczywiście najlepsza jest zimna. Dzieci uwielbiają z sokiem. Jest też grupa miłośników soków oraz , by pozostać w klimatach bezalkoholowych, różne napoje gazowane typu cola i wiele innych. Dawniej była jeszcze grupa miłośników kompotów, w tym okresie szczególnie z rabarbaru, ale nie tylko. Dalej są bardzo liczne grupy miłośników piw wszelkiego rodzaju z radlerami włącznie. Nie można też pominąć fanatyków win białych i różowych. I tu na przykład spritzery austriackie, czy wszelkiego rodzaju mieszanki z Włoch, oraz bardzo popularna hiszpańska sangria. Wszystkie te napoje charakteryzuje to ,że spożywa się je zimne. Są jednak ludzie żyjący w dużym upale , na pustyniach , którzy dla ugaszenia pragnienia piją gorącą herbatę z naną / czyli miętą/ bardzo obficie posłodzoną. I co ciekawe, to rzeczywiście gasi pragnienie. Spotykałem się też z opowiadaniami o piciu kawy z cytryną , ale nie miałem okoliczności wypróbować. Ciekawe co Wy pijacie w upalne dni?